Chanka

Chanka

sobota, 18 października 2014

Generał brygady - tududu tududu - wychodzi na zwiady - tududu tududu

Usiadłam i w sumie spojrzałam się przez chwilę na swoje buty, co wyglądało jak wizyta gówniarza na dywaniku u dyrektora, w przedszkolu, jakbym miała 5 lat i podpaliła klasę, a nauczyciela zwyzywała od kutasonogich pieniaczy. Potem spojrzałam na Klimczuka i z powrotem na te buty, które były wyjątkowo brudne, jak moja dusza. Franek skończył pisać, odsunął się od biurka i spojrzał na mnie, tak jakby trochę z politowaniem, ale uważnie. Tak jakby był moim ojcem i przyłapał mnie na seksie. Obrócił się do tyłu i wziął jakąś zakurzoną książkę, dmuchnął na nią, i przetarł ręką, co by było widać napis co to jest.
- Deszczu, nigdy nie sądziłem, że w mojej pracy, będę musiał kiedykolwiek tłumaczyć coś starszemu oficerowi. Jesteś pierwszym starszym oficerem płci pięknej w naszej elicie i pierwszym którego muszę w tej chwili pouczać… - odparł monosylabicznie.
NIE NO CO TY TATO.
Na słowo pouczenie, podniosłam głowię, co wyraźnie odnotował.
- Nie licz, że pouczenie ode mnie to jak pouczenie na policji. To nie te ubrania, żeby tak było, dobra? Pozwól że zacytuję… - poszukał w regulaminie - … osoby będące w podlegających sobie nawzajem stanowiskach pracy, nie mogą być w oficjalnym związku ani innych bliskich sobie stosunkach… i teraz odnajduję sposób karania: …karany może być tylko i wyłącznie pracownik o wyższym stopniu, któremu podlega drugi pracownik, będący jego partnerem. Kary są następujące: w przypadku jednokrotnego wykrycia takowego wykroczenia, żołnierz o wyższym stopniu dostaje karę: 14 dni pozbawienia wolności. W przypadku kolejnego wykroczenia, kary są następujące: a) 14 dni pozbawienia wolności, gdy żołnierz należy do korpusu szeregowych bądź podoficerów, b) degradacji do najniższego stopnia w korpusie, dodatkowo – 30 dni pozbawienia wolności, zamiennie z 60 dni przejęcia statusu szeregowca, gdy należy do oficerów młodszych, c) degradacja do najniższego stopnia w korpusie, dodatkowo – 60 dni pozbawienia wolności, zamiennie z 30 dni wojskowej kolonii karnej, gdy należy do korpusu oficerów starszych d) degradacja do stopnia majora, gdy należy do korpusu generalskiego, bez możliwości powrotu do tego korpusu. Rozumiesz teraz, o co chodzi?
Spojrzałam na Klimczuka.
- 60 dni jako szeregowiec, mówisz?
- 30 dni kolonii karnej, majorze.
- Kurwa, no tego to ja się nie spodziewałam. – przetarłam twarz ręką.
WEŹ SIĘ TATO.
- Gdybyś nie pokazała się wszystkim za rączkę, nic by się nie stało. Nikomu bym nie powiedział, zachowałbym to dla siebie. Znam cię dość długo i nawet na rękę by mi było jakby cię w końcu jakiś osobnik płci męskiej usidlił i uspokoił, szczylku. Wiesz co mam na myśli. Teraz wszyscy wiedzą, i sama sobie zawdzięczasz to, że po prostu muszę, naprawdę – muszę z twojego zachowania wyciągnąć konsekwencje.
Popatrzyłam chwilę na regał z regulaminami, potem wpatrując się w dwie flagi, olśniło mnie.
-… zaraz, ale przecież to nie jest ta sama armia, chłopie, wiesz?
- To nie ma żadnego znaczenia. - złożył ręce, w geście że nie odpuści.
ALE TATO.
- A czy ma znaczenie to, że ja znałam wcześniej tego, powiedzmy, partnera?
Klimczuk spojrzał się na mnie tak groźnie, że jakbym była psem to by ogon do dupy mi uciekł, tak bym go podkuliła.
- Może i ma, a jakie masz na to dowody? Żadne.
- Jest świadek.
- Ty i on nie możecie być świadkami we własnej sprawie.
- … jest taki świadek, który wyśpiewa ci wszystko, mało tego, masz go w zasięgu ręki. - pstryknęłam palcami.
JESTEM GENIUSZEM.
Klimczuk spojrzał na mnie dosyć tępo.
- No to, kogo wezwać? – podniósł telefon.
- Hewletta. – założyłam ręce.
Za moment miał pojawić się Hewlett, a Franek z pokerową miną spoglądał na mnie i na drzwi.
- Mogę wiedzieć, co Hewlett ma do tej sprawy?
- Zaraz będziesz wszystko wiedział, generałku ty mój.
Z potężnym hukiem wpadł Hewlett, wepchnięty przez któregoś ze swoich kolegów, co by się nie stresował. Zasalutował i w sumie to popatrzył na mnie, śmiejąc się i na Franka…
- Sierżancie Hewlett, czy chciałby pan być świadkiem w sprawie tej tu obecnej…
- Ale że chodzi o nią i o jej … ta, jasne Deszczu. Ostatnia deska ratunku?
Popatrzyłam się na Hewletta z dołu na górę.
- Jeśli mówisz, że deska, to masz rację.
Hewlett usiadł z bananem na twarzy i zwrócił się do generała.
- Co mam mówić?
- Wszystko co wiesz, od początku…
Hewlett głęboko westchnął, popatrzył się na mnie i z zapartym tchem opowiadał o tragedii młodego Aide, o jego rodzicach, jak się wychowywał, potem szybko przeszedł do San Francisco, gdzie kazał mi dokładać swoje partie informacji, i tym samym wspólnie doszliśmy do porwania i Jalalabadu. Następnie ja już zaczęłam za dużo mówić, na co przystopował mnie Klimczuk, i o Tajlandii Hewlett mówił, sam, mimo trudności, z przedstawianiem scen z plaży Phuket. Jebany kabel.
Ja coraz bardziej zniżałam wzrok ku dołowi, a Klimczuk coraz bardziej chyba zaczął współodczuwać to, co się działo. Wiecie, sranie w banie, love story.
Nie znacie Klimisiaczka, ale to taki nietypowy gość, który żyje w świecie Harlequina. Beka konkretna z niego wśród jemu równych, ale nikt nie odważył mu się w twarz powiedzieć, że mężczyzna czytający romansidła to pizda. Zwłaszcza wojskowy,
... momentami, nawet się śmiał, a ja podnosiłam wzrok i ufnie patrzyłam na opowiadającego, co by nie przekręcił czegoś tam.
- … no i wtedy, gdy się dowiedział o tym że ten zboczeniec Randall miał ochotę na jego dziewczynę, się chłopak wkurzył i stwierdził że ma dość tego ukrywania się. To że wy wiecie, to nie raczej jej wina, tylko jego. Po za tym, naprawdę nazywa się inaczej i w sumie kasując jego tożsamość, pod którą jest jej podwładnym, okazuje się, że sprawa w ogóle nie istnieje.
- Kasować tożsamość jedno, ale ludziom nie wykasujesz tego z pamięci.
- A co to za problem wywalić Deszcza na urlop, hę?
- Nawet nie wiesz jaki. - parsknął, wiedząc że tylko my oboje wiemy (to znaczy, ja i Klimczuk), że mnie nie da się dać urlopu. Ja nie mam życia poza pracą. Nie potrafię się odnaleźć, kiedy nie pracuje.
- Brzmi to trochę abstrakcyjnie – Deszcz, urlop. Boję się tylko że Deszcz mi z tego urlopu nie wróci. I pewnie nie chcesz iść, co Deszczu? - zapytał troskliwie.
- A co ja będę całe dnie robić, co? Tylko nie bardzo rozumiem co miałeś na myśli mówiąc że nie wrócę... - mój wykrywacz szowinizmu drgnął.
- Właśnie. Może jakąś misyjkę?
Właśnie miałam powiedzieć – jaha – ale Hewlett tak się na mnie popatrzył, że kazanie Wenoma przypomniało mi się z prędkością międzygwiezdną.
- … bardzo chętnie, lecz nie.
- Ja chyba znowu ci odpuszczę, wiesz? Ludziom, powiem… naprawdę nie wiem co, bo zgaduję, że nie mogę ujawnić podwójnej tożsamości?
- Ja nie wiem. - burknęłam.
- Ani ja. - odparł Hewlett.
- Wezwę tutaj zaraz obiekt dyskusji.
Za chwilę przyszedł Ray.
- Hewlett, tłumacz, to co mówię. Z racji tego, że wiemy co się kroi między wami dwojga… nie, nie tobą i Hewlettem… wyższa twoja mać musi zostać ukarana, a ja po litanii której wysłuchałem przed chwilą, nie mam serca tego robić. Deszcz nie chce iść ani na urlop, ani na misję. Problem nie leży w karze, a w jakiejś przyczynie, czemu mam odpuścić. Możliwości jest kilka – albo podamy to, że jesteś podwójny, albo to, że któreś z was odchodzi ze swojego stanowiska, chociaż znając Deszcza, to tu chodzi tylko o ciebie, albo to, że coś z prawem, ale zaraz znajdą się inni amatorzy.
tłum: - Ja mogę odejść, bez żadnych problemów.
Wbiłam wzrok w Ray’a. Doskonale wiedziałam że zrezygnował z CIA, rezygnuje z USMC, to ciekawe, co jeszcze?
Klimczuk popatrzył na moją minę, parsknął i westchnął.

- To w takim razie sprawa sama się rozwiązała. Dziękuję za współpracę. Dokończcie formalności już u siebie, Hewlett. Deszczu – wracaj skądś przyszła. Nie chcę cię widzieć w moim gabinecie co najmniej tydzień… I idź się wyspowiadać, zbereźniku.

piątek, 17 października 2014

Nad nami dmuchawce, chujawce i ja. Właśnie zawala się świat...

Tamci wyszli po policję, a Ceron bacznie się nam przyjrzał.
- Wy naprawdę nic nie braliście? - spytał podejrzliwie, z dozą uśmiechu.
- Brał cię… w aucie… - zanucił Doug, kompletnie nie odnajdujący się w sytuacji, a na pewno nie w pytaniu.
- Przepraszam za kolegę, on się dziś nie wyspał. – dodał Wenom, zatykając mu dłonią usta.
- Naprawdę?
- Nic a nic. – odpowiedziałam, tak już nie na żarty.
- Mniej niż zeroooo ooo… - krzyknął Wenom, zarzucając nutę. Zaczęliśmy wszyscy śpiewać, a Ceron siadł tylko na parapecie i spoglądał na nas jak na kretynów. I słusznie.
Na o-o-o-o! weszła psiarnia.
- Mamy Scoobiego! – ryknął Hewlett. Policja popatrzyła na nas podejrzliwie, ale chyba z lekką zazdrością.
- Co, zazdrościcie fazy, nie? – krzyczał Doug.
- Granatooowii, ech. – mruknęłam przeciągliwie.
Rzeczeni granatowi nas obmacali, skuli i przywiązali do krzeseł.
-Skazali nas na krzesło… drewniano-metalowe! Powiedz mojej żonie, że ją kocham! – darł się Wenom.
- To ty masz męża, czy żonę, bo już nie nadążam. – fuknął Doug.
Któryś z policjantów się roześmiał. Został odesłany.
- Panowie, co wy chcecie konkretnie zrobić? – spytał Ceron, wyraźnie zaintrygowany poczynaniami policji.
- Poddać krew szybkiemu testowi na obecność narkotyków.
- E, doktorku, uważaj na tę blondi pannę, ona nie znosi igieł! – wybuczał Doug.
- Hewlett, po co mówiłeeeeś… cała frajda na nic. – odparł Wenom.
- Ja go tylko uprzedzam przed smokiem… yyy znaczy przed prawym sierpowym żebrowym! – wymyślił na poczekaniu.
Policjanci się odwrócili do Cerona.
- Naprawdę?
- Tak, to prawda. Może ostro przylutować. – Ceron z trudem powstrzymywał śmiech.
Policja znów zaszczyciła nasze oczy widokiem swoich facjat.
- No to panie przodem.
- Wenom, idziesz na całość! – zaczął klaskać skutymi rękoma Hewlett.
Odpięto mnie od mojego krzesła i przesadzono na taki fotel.
- Ty! Granatowy! Ręce precz od niej, bo jak nie to ci przypin… przyje…kurde jak to było! – zaplątał się Hewlett.
- Dolę. Ja też. – dodał Wenom.
Kiedy zapinali mnie w takie plastikowe tasiemki, Ceron zrobił face palm.
- Panowie, nie te środki, nie tych ludzi…
- To tylko kobieta! – wtórowali jeden drugiemu.
- A myślałem że emancypacja doszczętnie wyginęła. – wciął się Doug.
- Stary, skąd ty takie słowa znasz? – pisnął Wenom.
- A co ja takiego powiedziałem?
- Emon…emany… emancy… pacja. Emancypacja.
- Ma się, heh, ten paszport Polsatu, to wiesz… nieograniczone możliwości!
- Jak wy nic nie braliście, to ja was nie znam. – burknął Ceron, śmiejąc się.
- Też tak sądzę Ceronku, też. – odparł Doug.
- Co? Już? Ceronku!? Przed chwilą to ja byłem obiektem twoich pragnień! 10 minut temu był nim Deszczu! A teraz co? Ceronek? On ma żony!
- Żonę. Jedną…
- Stary, nie wiesz co tracisz – przerwał wielką mowę Wenom przez chwilę – Żonę…! Dzieci! – darł.
- Nie mam dzieci. – odparł.
- No, to stary, DO ROBOTY! – ryknął Wenom, śmiejąc się zapalczywie.
W tej samej chwili w drzwiach tylnych pojawiła się Baśka patrząca się w jakąś kartkę w ręku.
- Kochanie, słyszałeś, niezła jatka, podobno Desz… o żesz kurwa ja pierdolę. – tak wyglądała jej reakcja.
- A ta, jak na zawołanie przyszła! – roześmiał się Doug.
- Pierdol, pierdol, może coś z tego będzie, nie Ceruś? – burknął Wenom.
- Co się tu… - zaczęła.
- Jak widzisz, polska młodzież potrafi się bawic bez alkoholu! – parsknął Hewlett.
- Tylko narkotykami. – dociął mu Ceron.
- Ach, ty, dowcipnisiu, niech ci będzie, przystojniaczku! – obruszył się Hewlett.
W tym momencie policja wyciągnęła igły.
- Panowie, ja coś na temat tych tasiemek już mówiłem. – powiedział Ceron. Oni mu dali podobną śpiewkę, jak wcześniej.
Przy podejściu do odwiertu w mojej skórze, instynkt antyszprycowy wziął w górę. Dwóch policjantów w tej samej chwili upadło na ziemię, a mnie zawiodło to do Raya. I zawiodło.
- Uprzedzałem. Teraz sobie łapcie. – parsknął Lekarz.
- Tu trzeba żandarmerii!
- Oni nic nie poradzą. Zostawcie mi ją na koniec, dam radę sam.
- My tez możemy użyć chloroformu.
- Pan chyba sobie kpi. Chloform już przyswoiła.
Baśka mnie przekonała, że pigułka gwałtu, to dobra rzecz, dla mojego dobra. Nigdy nie sądziłam że to powie.
- Eeeej, to mój patent! – ryczał Doug.
- Coś go książe nie użyłeś wtedy, kiedy trzeba było. – parsknął Wenom.
Ceron poinformował mundurowych o tym narkotyku, na co trochę się zdziwili, ale cóż – mus to mus.
0% razy cztery. Czyści.

Kolejnego dnia, udałam się jak zwykle do pracy, i tylko gdy mój identyfikator zapipczał przy wejściu, tak chyba Franek już wiedział, żeby wysłać swojego adiutanta z pocztówką do mojego gabinetu. Weszłam tam, i nikogo nie zastałam (no bo jak, skoro wszyscy wiedzą o co chodzi z Aide). Jedynie kartkę na stole od Klimczuka, że mam przyjść jak najszybciej. Usiadłam w fotelu, popatrzyłam się trochę na ten kawałek papieru, z tekstem napisanym widocznie zestresowanym pismem kochanego generała. Westchnęłam głęboko i spojrzałam, jak zwykle w sufit, ale nie tym razem, aby poskarżyć się Najwyższemu, tylko ot tak, wiedząc, że na górę muszę pójść jako major, a mogę wrócić w najgorszym wypadku jako cywil…
Z przemyśleń wyrwał mnie interkom, który ogłaszał coś tam, co mnie w ogóle nie dotyczyło. Już niedługo mogło zacząć dotyczyć, albo w ogóle nie będę miała szansy słuchać Naganiacza, czyli interkomisty, zwanego krócej Nagano.
Zebrałam w sobie siły i poszłam odważnym krokiem na klatkę schodową, aby pójść do jaskini smoka. W rzeczywistości miałam serce w gardle i ten tupliwy, głośny łomot oficerek, był jak szczekanie przerażonego psa. Głośne, ale w dalszym ciągu strachliwe. Wszyscy patrzyli na mnie trochę dziwnie, jakbym była jakimś pedobear’em, jakbym skrzywdziła miliony ludzi, a wszystko przez to, że akurat tak pojebane życie, to tylko Deszczu mógłby mieć. Nikt bowiem u nas w robocie nie wiąże się ze współpracownikami, owszem, z innymi zielonymi – tak, ale nie tymi z którymi ma się pracować. Ja złamałam tę zasadę, chociaż, szczerze mówiąc – nie znajduję u siebie żadnej winy. Skąd miałam wiedzieć, że ktoś podszywający się pod inną osobę, jest w rzeczywistości osobą którą znam? Nawet nie wyobrażam sobie, jak mogłam być taka ślepa, nie mogąc zauważyć choć krzty podobieństwa, między dwoma osobami, które okazały się być jedną.
To tak jakby ktoś posądził cię o to, że cudzołożysz z księdzem, ale to było wtedy, kiedy on jeszcze nim nie był. W takiej sytuacji właśnie się znajduję. Nikt nie wie skąd znam Aide, czy w ogóle go znałam. Wszyscy myślą natomiast, że ja zrobiłam to za co Randall pójdzie siedzieć. Niezwykłe, ale cóż, ludzie tacy są. Lepiej wiedzą z kim sypiasz, niż ty sama.
Stanęłam w końcu pod drzwiami Franka, w duchu myśląc, z jakimi słowami na ustach wejść. Ale w sumie, nie wiedziałam, co chce wiedzieć, bo jak od razu wejdę z tłumaczeniem, to mogę się wysypać i powiedzieć o słowo za dużo, nie? Trzymać gębę na kłódkę, wejść z pokorą.

Klimczuk siedział i coś pisał, podobnie jak Randall, kiedy mnie wezwał na rozmowę. Spojrzał na mnie i nie uśmiechnął się, a tylko powrócił do swojej roboty, mrucząc pod nosem – siadaj, Deszcz.

wtorek, 7 października 2014

Watching every motion in my foolish lover's game...

... On this endless ocean finally lovers know no shame...

Myślałam że Klimczuk wyleje mnie z roboty, przez to, co widział wtedy na widowni, po tych końskich zalotach Randalla… Nie przez intrygę. Nie przez zhańbienie munduru czy coś takiego, pod co można byłoby to podciągnąć. Nie.
Chodziło o Ray'a, a właściwie Scotta Harringtona, a właściwie to gówno prawda, bo nazywa się Ray. Mózg rozjebany.
Fakt faktem, że zbliżają się aniwersary. Należy ćwiczyć tańce, wygrać jebany puchar ligi konserwatorów powierzchni płaskich, wkupić się w łaski Klimisiaczka, i w tymże właśnie celu zajęliśmy dużą salę…
- Dopóki nie wygracie, nie ogolę się! Rozumiecie? – ryknął Hewlett, jak jakiś wykładowca na bani, który nie wytrzeźwiał po wczorajszych imieninach ciotki Kryśki.
- Stary, ty mało że wyglądasz jak Węgier, albo jaki Żyd, to jeszcze cię wezmą za jakiegoś Abdula i przy najbliższej okazji będziesz szamał ołów, aż ci się będą uszy trzęsły. Albo nos. – odparł Wenom.
- Panie Kapralu Sebastianie, proszę tak się nie zwracać i nie obrażać przyszłego kapitana oficera Navy Seals!
- US Marines. – poprawiłam pana przyszłego kapitana.
- US Marines. Tak powiedziałem przecież… Ekhem, a tak w ogóle, gdyby nie Wenom i jego złamana noga niegdyś, to byśmy tu wszyscy nie siedzieli, wieta?
- Pierdolenie, tak ta noga była złamana jak jego wał, a że wszyscy wiemy co robi Wenom w trakcie i po aniwersarach, to nie musicie mnie pytać skąd wiem czy nie ma złamanej pały. - wymruczałam smętny monolog. Wenom spojrzawszy się na mnie z litościwą miną (ale taką, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem), entuzjastycznie krzyknął:
- Dzięki mojej girze, zawdzięczasz mi chłopa, Deszczuś!
- Ja już na lotnisku wyhaczyłem laskę z laską! – odparł Ray.
- A ja w magnetycznej klatce! – parsknął Doug.
- Od kiedy pornole kręcą w magnetycznych klatkach? – zapytał Wenom. - Która to kategoria na redtube?
- Pamiętasz, Deszczu? - zwrócił się do mnie Hewlett.
- Chyba twoje żebra pamiętają to najlepiej. – odparłam, mrucząc beznamiętnie. W zasadzie nie byłam smutna, ale to widmo klęski wiszące nade mną mnie przytłaczało.
- Hewi… powiedz mi coś, czego nie wiem… - uśmiechnął się Wenom. – Czyżby gorrrący romans?
- Oo taak… - zamruczał Doug. – Moich żeber z jej stopą.
- Co do tego, że fajne magnesiki na syrach1 tam dają, to wiem. – dodał Wenom…
- Z mojej strony wygląda to obszerniej, ciekawiej i na pewno bardziej interesująco, niż z twojej, Deszczu. Więc ja może opowiem.
- No dawaj Mickiewiczu.
- W pewną letnią, majową noc…
- Mrrr, brzmi romantycznie… - Wenom dalej się wydurniał jak głupi.
- Byłem na stażu w tutejszym szpitalu. Cała jednostka gadała o piękności która przylutowała pewnemu plecakowi, dodatkowo, pasztetowi… A że ja miałem ochotę pobyć sam na sam w księżniczką uwięzioną w zamku, konkretniej w tej magnetycznej celi, wziąłem kolejkę tzw. Misji uspokajania. Czyli podawania jakichś melis czy chuj wie czego, bo się strasznie miotałaś ze wściekłości. Ordynator uprzedzał mnie o straszliwym smoku broniącym dostępu do panny. A tak serio to uprzedził, że to nie tylko kobieta, ale tez wysokiej klasy komandos. Ja, jak nierozumiejący, co się do niego mówi, albo po prostu głupi - poleciałem na żywioł, bez chloroformu, bez włączenia tych magnesów, czy co tam się włącza - ze strzykawkami. Ty spałaś. Znaczy, tak wyglądałaś. Pochyliłem się nad niewinną buźką, chciałem się przyjrzeć.
- Taaahaa, przyjrzeeeeć. – jęknąl Wenom. - Tysiąc i jeden pornoli się tak zaczyna. Rżnąć to my a nie nie nas.
- Goń się... No i wtedy oczy się otworzyły i dostałem z metalowego buta prosto w żebra. I to był właśnie ten smok.
- Dratewka się znalazł, szczęście że z siarką i owcą nie przylazł. – parsknęłam.
- Ciiii… czy… czy to nie jest tak wzruszająco, romantyczne? – jęknął Wenom, nabijając się z kolegi…
- Raczej reumatyczne. – wygiął się Doug, prostując tułów z ręką w tym miejscu.
- No, ale dzięki temu, wyciągnęli mnie z ancla! Bo biję wszystkich!
- Sam Hewlett wiesz, twojej ciekawości poniżej pasa, nie mogło nic innego powstrzymać, jak zdrowe uderzenie! – roześmiał się Wenom…
- No, dobra a skąd wiesz, co ja chciałem zrobić?
- Idź ty w cholerę, miano największego zboczeńca w tym terenie dzierżę ja! I nie oddam! – krzyknął. – Deszczu dobrze o tym wie! Gadać dalej, może ciekawszych rzeczy się dowie pan Ray! Że może Hewlett jest gejem!
- O, to ja się tu zwierzam z moich heteroseksualnych wspomnień, a ty mi tu mówisz że jestem pedałem!
- Ale to by tłumaczyło fakt, że nie masz żadnej panny! – wypiszczał Wenom, nie wierząc w swój cwany intelekt. Tak to nazwijmy, bo w zasadzie on go bardzo rzadko używa.
- Ty też nie! – zawtórował mu Hewlett.
- Może jesteście parą? – mruknęłam.
Wszyscy zaczęli się napadowo śmiać.
- Ja się zaraz zleję ze śmiechu! – jęknął Wenom.
- Dajcie mu pampersa! Wenom, poczuj tampon! – krzyknęłam.
Cały Brecht przerwał jakić sztywniak, o gejowskim wyglądzie, z jakąś dziewuchą i magnetofonem. Alfons i … (nie zdążyłam pomyśleć):
- Hej, jak nie tańczycie, to oddajcie salę!
- Put your hands on my tummy, and take the key, babe! By mouth! – zaintonował Hewlett. Pedziowo jak stąd do Meksyku.
- Sory bro, mam nadzieję że nie jesteś gejem. Sala obok zdaje się być wolna, czemu nie pójdziesz tam? – zapytałam, śmiejąc się z reszty. – Przepraszam za kolegę, on chyba skręcił nie to co trzeba, jakiś proszek do prania albo kurwa Gazetę Wyborczą.
- Banda idiotów, nie wiem co wciągaliście, ale powiem to Klimczukowi!
- Marihuaen! – odparł Wenom.
- Śmiało, idź, pozdrów go! – krzyknęłam, trochę nieświadoma w tamtej chwili co w zasadzie ja wyprawiam.
Za jakieś 10 minut wkroczył… batalion żandarmerii na czele z Klimczukiem. W pierwszej chwili zaczęliśmy się śmiać, (boże jak śmiesznie, zaraz się kurwa zesram ze śmiechu) ale jak Klimczuk powiedział – ta kobieta to agresor, 4 ancle conajmniej, wszyscy komando – to się lekko mówiąc, posraliśmy w gacie.
- No nieeeee, ten gej serio tam poszedł? – ryknął Wenom.
- To karnawał is gettin’ started? – dodał Hewlett głupio.
Sprawialiśmy wrażenie nieźle nachlanych, albo dobrze przyćpanych. Żandarmeria chciała nas wziąć siłą, na co zaprotestował Ray, ale oni uznali, że skoro jesteśmy naćpani, to i też nieprzewidywalni. Dlatego się nie cykali.
Trafiliśmy do szpitala wojskowego, gdzie dyżur miał Ceron. Kiedy wszedł na salę i zobaczył nas, a w szczególności Hewletta, to upuścił rękawiczki.
- Chcemy rozmawiać z ordynatorem. – rozkazał żandarm.
- Hee… - parsknął i uśmiechnął się Jeff. – To są ci naćpani?
- Tak, ale my rozmawiać z ordynatorem, tu i teraz! – zawtórował. Tak nawiasem mówiąc, to oni chcieli rozmawiać z ordynatorem dlatego, że gdy znajduje się przyćpanego żołdaka, to o ile jest jakoś ustawiony, o tyle generał będzie dbał żeby nic nie wypłynęło na ten temat. Tego ma dopilnować ordynator. A zgadnijcie kto nim jest.
- No, to nie jest zbyt możliwe… - odparł Ceron, powstrzymując śmiech i spoglądając w czubki swoich butów.
- Dlaczego? - warknął żandarm jak rasowy rottweiler.
- Bo to ten kudłaty Węgier którego ściskacie. – nie wytrzymał i zaczął się ćmiać gdy to mówił, wkładając kolejne rękawiczki.
- Taaak to jaaaa, typ niepozornyyyy… - Doug zaczął udawać Stachurskiego.
- Niepokorny, ćpunie. – poprawiłam typa.
- Eeej Ceron, jak mam fryzurę na Elvisa, to nie znaczy, że jestem od razu kurde kudłaty! - informacje dotarły do Presleya ze znacznym opóźnieniem, no albo jego munio nie poradził sobie z tak wielkim napływem informacji.
- Kudłaty? A gdzie Scooby? Auuu! – dopiero ogarnął wszystko Żmija.
- Akurat na załogę pogromców to wy się nadajecie. Jak Deszczu do koła gospodyń wiejskich.
- Powiedziałabym ci żebyś spierdalał, ale w sumie to masz rację. - burknęłam porozumiewawczo.
- No Welmy nam brakuje… ale Wenom jest goootów się poświęcić, swoje przeżył, czas na kastrację, zamykamy punkt rozpłodowy klaczy. – pogłaskał Wenoma Hewlett.
- Ale to Ray nosi okulary!
- No, ale Fred i Dafne to para…
- A to sory, zwracam honory…
Wszystko przerwał żandarm.
- Widzi pan, panie doktorze, musieli coś brać!
- Nie sądzę. – pokręcił głową. – Znam ich.
- To proszę uruchomić laboratorium. I jakąś załogę.
- Załoga G! – krzyknął jeden.
- Punkt G! - krzyknął drugi.
- Tylko, że ordynator ma do tego uprawnienia. – odparł Ceron.
- Stanowczo zezwalam! – powiedział ordynator.
- Ech… w takim razie, wzywamy policję… - zdenerwował się Truskawka.
- Uuuuuu… - zawyliśmy bez szacunku.
- Rym cym cym, będzie dym. - skwitował Wenom piskliwie.

1 - nogach

Here I am, once again I’m torn into pieces - can't deny it, can't pretend... just fuck up something done.

Po kilkunastu minutach przygotowano telewizor i puszczono film, przy mnie, świadkach i Randallu, oraz policji i delegowanych od żet wu. Wszystko się wyjaśniło, bo wszystko było dobrze widać. Siedziałam na sali, na zewnątrz zdegustowana jak Mckayla Maroney a wewnątrz jak Sasha Grey oglądająca swój debiut w branży1. Hewlett spytał czy wszystko okej na muniu, ja odparłam zdawkowo, że raczej tak i podwinęłam kolana na fotelu, przytulając się do nich. Tak, taki emowski zawis nad swoją nieudolną dolą. Randalla chyba zamkną, a ja siedziałam dalej, coraz bardziej osamotniana przez kolejnych mundurowych. W końcu zostałam sama jak pierdolony Chuck Noland w Castaway'u, na początku sali, a na końcu moralności. Było mi niedobrze. Cały czas. I tylko niechęć sprzątania po sobie w przypadku erupcji rzygów mnie powstrzymywała od tego czynu.

Zdawało mi się że nikogo tu nie ma.
W tej samej chwili ktoś oparł się nade mną jak Randall.
Ale to nie Randall. To Ray.
- He didn’t did you harm? Nie zrobił ci krzywdy? – zapytał, głaskając mnie po głowie.
Natychmiast obróciłam się i stanęłam na fotelu, przytulając go. Boże, w tej chwili nie pomyślałam w żadnym wypadku CO GDYBY ktoś to widział. Nie. Ściskałam to kochane cielsko, próbując nie ryczeć (bo ryczeć oficerowi nie przystoi), próbując zgasić emocje, no i nadal mając na uwadze to żeby się nie porzygać.
Kątem oka zobaczyłam zaciekawionego sytuacją Klimczuka, spoglądającego w naszą stronę. W tamtej chwili, miałam to kompletnie gdzieś. Niech mnie wywala. No niech mnie wypierdoli na podrapany, zbity ryj. Jebie mnie to. A przynajmniej w tej chwili.
- … he didn’t, but I was close to did harm to him… ...nie zrobił, ale ja byłam blisko zrobienia mu krzywdy … - mruknęłam zgrywając W-pytę-supermena.
- My little fighter. Mój mały wojownik. – szepnął, patrząc mi prosto w oczy, z uśmiechem, potem pocałował. Już widzę minę Kliczki. Taaa, to jest to. Nuta zażenowania i trochę wstydu, że siedzi tam i patrzy. Tak jakby siedział w szafie gdy jego córka uprawia seks.
- Let’s get outta here, my boss is sitting on the end of this room. He’s toungue-tied. Wynośmy się stąd, mój szef siedzi na końcu tego pokoju. Jest zażenowany.
- Right. Jasne.
Wyszliśmy z sali za rękę, i jaki cudowny traf był, (o kurwa!) że trafiliśmy na żandarmów prowadzących Randalla. Miny ich trzech były niesamowite, a ja dla wzmocnienia efektu, namiętnie pocałowałam Ray’a, który był zdumiony moim zachowaniem. No bo ja tak nie mam. No nie jestem ani wulkanem namiętności, ani wanną romantyzmu. Może trochę jestem niemą cipą. Nie mówię zawsze tego, co mi ślina na język przyniesie. Ale za to nie jestem zboczonym megakutasem jak Wenom. Trzeba znać złoty środek.
Z szyderczym uśmiechem spojrzałam się na udupionego przeze mnie Randalla, a żandarmi z rozdziawionymi koparami spojrzeli po sobie. Musiałam jeszcze wrócić do gabinetu po klucze, i po drodze spotkałam moich świadków, widząc nas oboje, uśmiechnęli się szeroko.
- Honey, why they are just smiling, not like everyone with eyes outta face? Kochanie, dlaczego oni tylko się uśmiechają, a nie jak wszyscy z oczami na wierzchu?
- Because they know, babe. Bo oni wiedzą, kotku.
Ray zmarszczył brwi i sam sobie przypomniał że powiedział Hewlettowi, co powiedział. Wzięłam kluczyki i wyszłam dziarsko z gabinetu.
- Okay, now don’t laugh because of my car. That’s not my failure. Okej, a teraz nie śmiej się z mojego samochodu. To nie ja nawaliłam.
Właśnie. Jak oboje zobaczyliśmy mój samochód w dziennym świetle, ja zrobiłam minę Not Bad, a Ray powstrzymując się od śmiechu, odwrócił się, zakrywając usta.
- Nie jest tak źle. – powiedziałam. – And you, my lovely villain, you had to not laugh. A ty, mój kochany zdrajco, miałeś się nie śmiać. – roześmiałam się, targając go za czuprynę.
- I’m sorry… (śmiech) but I didn’t know that you do paintings on your car. Przepraszam... ale nie wiedziałem że malujesz na swoim aucie.
- This car is love of my life. Like when you would dye your hair and get shitty tattoos on your all body. Ten samochód to miłość mojego życia. Tak jakbyś pofarbował sobie włosy I zrobił gówniane tatuaże na całym ciele. – wsiadłam do samochodu.
- Well, you know what I think? Love of your life must be only one, I’m very jealous… Ech, wiesz co myślę? Miłość twojego życia musi być tylko jedna, jestem zazdrosny...
- You require more time, than he. Wymagasz więcej czasu niż on.
- Rather it. Raczej to.
- It’s he. Chevrolet Camaro, masculine. Be careful of glass. To on. Chevrolet Camato, rodzaj męski. Uważaj na szkło.
- Sure. What you did last night, that it… sorry, he is painted and punched? Jasne. Co robiłaś poprzedniej nocy, że to... przepraszam – on jest pomalowany I stuknięty?
- I wanna know, too. Też bym chciała wiedzieć.
- Oooh, honey, bad truth – alcohol? Oj, kochana, brzydka prawda – alkohol?
- If only. Gdyby tylko.
Ray popatrzył na mnie zdumiony i wesoła mina zmieniła się na posępną i zdenerwowaną.
- Drugs, again? Znowu narkotyki? – zapytał, ukrywając chyba swoją wściekłość. Bardzo udanie, jak widzę.
- Oh, it was laaast tiiime. Oj to był ostatni raz. – jęknęłam. – But there’s worse truth. Ale jest coś gorszego.
- I’m listening, like on confession. Słucham, jak na spowiedzi.
Spojrzałam się na Ray’a i znów na drogę.
- You know, what cocaine does with people. Wiesz co kokaina robi z ludzi.
- I know. Very stupid. Wiem. Bardzo głupich (ludzi).
Spojrzałam się znów na Ray’a, lekko zezłoszczona.
- Okay, let it be, stupid. But it makes people … more confident. Dobra, niech będzie, głupich. Ale sprawia że ludzie są... bardziej pewni siebie.
- Yes. And? Tak. I?
- This Randall was picking up me, and I don’t remember what it was. He gave me… Ten Randall mnie podrywał a ja nie pamiętam co to było. Dał mi...
- That I know. And there’s the point, why you shouldn’t and better – can’t take drugs. It’s on your laundry list, to do. To wiem. I to powód dlaczego nie powinnaś I lepiej – nie możesz ćpać. To jest na twojej litanii.
- So, what you did of your laundry list? No to co zrobiłeś ze swojej litanii?
- I’ve resigned of CIA. Zrezygnowałem z CIA.
(bulszit, to nie ludzie rezygnują z CIA, to CIA rezygnuje z nich, hehe)
- Well, it was very important, and… No, to było bardzo ważne, I...
- And what you did from your laundry list? A ty co zrobiłaś ze swojej litanii?
- … I’m trying not to smoke… not too much. Staram się nie palić... za dużo.
Ray spojrzał na mnie z politowaniem.
- I understand that you are going home with me, right? Rozumiem że wracasz do domu ze mną, tak?
- Yes. Tak.
- And you wanna me to stay, right? I chcesz żebym został, tak?
- Right. Tak.
- How long you want to? Jak długo?
Spojrzałam się na Raya jakby tym pytaniem chciał wymusić na mnie obrzydliwie wazeliniarską i romantyczną postawę „CHCĘ ZOSTAĆ Z TOBĄ DO KOŃCA MEGO ŻYWOTA, MÓJ TY ROMEŁO”.
- Till I won’t get bored with you. Dopóki się tobą nie znudzę. – zaśmiałam się. Jestem pokładem gówna, a nie romantycznych motylków.
- So, you will have short course of not taking drugs, you know? No, to będziesz miała krótki kurs nie-brania narkotyków, wiesz?
Weszliśmy do mieszkania.
- Where you have your little arsenal… huh? No to gdzie jest twój mały arsenał, hę?
Podeszłam do fototapety z muzykami i odkleiłam twarz Rogera Watersa. Tam znajdowała się dziura, w ramie, gdzie przechowywałam to, czego nikt oprócz mnie, nie miał prawa znaleźć.
- Take these all. Bierz te wszystkie.
Wyjęłam garśc koki.
- That’s all? To wszystko?
Wyjęłam dwa blistry lsd.
- Are you sure? Jesteś pewna?
Ściągnęłam cały obraz i wytrząsnęłam całość z ram. Następnie wszystko pozbierałam, w miarę możliwości.
- Where’s your bathroom? Gdzie jest twoja łazienka?
Palcem wskazałam drzwi do łazienki.
- Come with me. Chodź ze mną.
Oboje nachyliliśmy się nad muszlą.
- You know, what to do. Wiesz co robić. – spojrzał na mnie wymownie.
Z łezką w oku wyrzuciłam mój dobytek… Ray objął mnie z tyłu i położył głowę na moim ramieniu.
- Well, that’s love, honey. Throw something what you like, for somebody that you love. No, to to jest miłość kotku. Rzuć coś co lubisz, dla kogoś kogo kochasz.
- Please, stop this talking, antiterrorist. No proszę, przestań gadać antyterrorysto. – warknęłam, odwracając się do rozbawionego Raya.
- Antiterrorist? Antyterrorysto? – odparł, śmiejąc się. – Be my terrorist, please… Bądź moim terrorystą, proszę. - dotknął moich ust.
- Cuff me, del tigre.



1 W branży porno rzecz jasna.