Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zepsuta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zepsuta. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2014

wokół mnie gorąco... bezpiecznie. słońce topi serce... bajecznie

Ray przystanął, i nie obróciwszy się, mruknął tylko:
- Because Xanax, that’s why. Bo tak. – odparł ozięble.
Zacisnęłam wargi i wciągnęłam ciężko powietrze. Popatrzyłam znowu w okno.
- I won’t take it. Nie wezmę tego. – ryknęłam bardziej stanowczo, lecz nie tak, jak zwykle.
Ray idąc ku kuchni obrócił się i powiedział:
- You mustn’t. You mustn’t do anything, it’s your life. But don’t break life other people, by the way. Nie musisz. Nic nie musisz robić, to twoje życie. Ale nie łam życia innym ludziom, ot tak przy okazji.
Odwróciłam się i padłam w poduszkę. Chciało mi się płakać. Chciało mi się tak ryczeć, ale nie mogłam. Schowałam głowę pod poduszką i myślałam zawzięcie, jak jest mi cholernie wstyd, jak mogę robić takie świństwa, bez kiwnięcia palcem czy mrugnięcia okiem. To całe zło, które wyrządzam w pracy, przenosi się na moje własne podwórko, czy tego chcę, czy nie. Zaczynam zabijać wokół siebie i samą siebie, a prawem jest, aby nie palić własnego domu…
Podniosłam się po raz kolejny, z chęcią zmiany i werwą, aby przejść ostateczne katharsis, ale nie aż tak głębokie, żeby wytrzeć z siebie cechy unikalne, za które lubię siebie samą. Wstałam i ubrałam się w dres, podeszłam do drzwi, co wyraźnie zauważył Ray, i ze zdziwieniem patrzył na to, co chcę zrobić. Dumnie założyłam adidasy, zarzuciłam kaptur na głowę. Tak jest! Zmienię się! To dziś dzień, będzie przełomem, będzie zburzeniem pieprzonego muru berlińskiego, i wynalezieniem prądu, o! Jehaha! Na przekór skurwysyńskiemu życiu, ot co! Yippie-ka-yay, motherfucker!
I wyszłam na korytarz, stanęłam przy windzie, drzwi od mieszkania otworzyły się, i spoglądał z nich Ray. Ja natomiast z szerokim uśmiechem zamachnęłam się, aby przycisnąć uroczyście przycisk do przywołania windy, i patrząc na Raya, uderzyłam z całym impetem w ścianę, na co się skrzywiłam i jęknęłam, chuchając na palec. Coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy. Jeszcze raz, tym razem, uważając, co bym trafiła w guzik, zamachnęłam się o jakieś 70 cm mniej i pół centymetra przed przyciskiem zatrzymałam palec. Przypomniałam sobie, że właściwie, gdzie ja idę konkretnie? I po co?
Ściągnęłam kaptur i prześlizgnęłam się w drzwiach, obok wyraźnie już rozbawionego Raymonda. Ten tylko zamknął drzwi za mną, i wrócił tam, gdzie stał – do kuchni. Ja natomiast usiadłam jak psychol na kanapie, stercząc na wznak i patrząc się na program telewizyjny.
Mecz piłki ręcznej Polska – Niemcy! Ło kurna, jak można było by zapomnieć! (można by było, jak się dwa dni przespało)
Natychmiast wpadłam w euforię i z zacięta miną uruchomiłam telewizor, z rykiem – trza lampy grzać, będzie Grunwald!
Momentalnie znalazłam się obok lodówki i z szyderczym uśmiechem otworzyłam ją. Przeszukując półki natknęłam się na wyraźny deficyt pifka. Grzebałam dalej, dalej i głębiej (dalej dalej, ręko Gadżeta!), aż w końcu wytargałam jakiegoś podstarzałego Leszka, i tuląc znalezisko w dłoniach, oświadczyłam, że ‘należy iśc po pifko’. Ray, słysząc moje postanowienie, szybko spojrzał się na mnie i momentalnie wyrwał mi Lesia z rąk, spoglądając bardzo surowo. Moja ujarana dusza, była wręcz spłakana utratą nowego przyjaciela.
- No way. Nie ma mowy. – mruknął, kręcąc głową.
- But meczyk …!? Ale meczyk!? – zająknęłam.
- But Xanax … ? Ale Xanax?
Zrobiłam ‘szmutnom minem’ i poczłapałam do pokoju, z wyraźnym niezadowoleniem. W połowie drogi przystanęłam i odwróciłam się, podeszłam do szafki i wyciągnęłam chipsy. Potem sięgnęłam do górnej szafki i wyciągnęłam tonik. Ray w tej samej chwili kazał dać ten tonik do kontroli, czy coś jest może nie w porządku z zawartością, jak z tabaką. Nalał sobie połowę szklanki i patrząc na mnie trochę upił, po czym skrzywił się i wypluł do zlewu.
- What the … it is? Co … to jest?
- Soda plus quinine, all together – tonic. Soda plus chinina – razem: tonik.
- Disgusting. Obrzydliwe.
- But good replacement of alcohol… Ale dobry zamiennik alkoholu. - odparłam smutno.
Jak to polska reprezentacja, przegrywała ostro w pierwszej połowie, i tak mnie to zdenerwowało, że cisnęłam pilotem o podłogę, wyraźnie strasząc Ray’a. Klęknęłam przy szafce pod ekranem i wyciągnęłam jedno pudełko z szuflady, dosyć grube i takie, jakby z ‘jedynką z Championa’1, z dumnym napisem ‘GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…’.
W rzeczy samej – Kapitan Bomba!
Znalazłam odcinek, na którym zakończyłam ostatnie oglądanie, i odpaliłam. Usiadłam wygodnie na kanapie, a Ray, stojąc przy stoliku barowym, z uśmiechem zaczął patrzeć się w ekran.
- I don’t understand anything, but it must have instructive translation, am I right? Niczego nie rozumiem, ale to musi mieć jakieś pouczające tłumaczenie, nie?
Odwróciłam się z miną Mckayli Maroney, i przycisnęłam opcję napisów po angielsku. Nawet nie wie jak się myli.
W tej chwili, Ray jakoś rozpromieniał, usiadł obok i śmiał się z tekstów, które mi są doskonale znane, dlatego teraz to mi coś w rodzaju uśmiechu czasami pojawiało się na twarzy. Poszłam raz się umyć i znów wróciłam na maraton. Około 23 coś mnie tknęło i odwróciłam głowę do niego.
- You are gonna leave me? Zostawisz mnie?
Ray popatrzył na mnie, z lekkim uśmiechem, przysunął się bliżej – bo siedział na drugim końcu kanapy – i wyszeptał ‘strasznie mnie do tego prowokujesz, ale tego nie zrobię, chyba że bardzo będziesz nalegać’. Pod wpływem tego dwuznacznego tekstu, spaliłam buraka i spojrzałam się powrotem na Bombę. To jest takie dwulicowe. Ray tymczasem nie powrócił na swoje miejsce, tylko odgarnął moje włosy i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wydawało mi się to dosyć dziwne, a na pewno bardzo pedalskie, i takie e. I chyba to wyczuł, bo za chwilę wstał i powiedział coś, że nie chciałby być niegrzeczny, ale chce iść już spać (a śpi na sofie, na której ja siedzę)… Podniosłam się, wyłączając telewizor i bez słowa powędrowałam do siebie, przymykając drzwi, w sumie nie wiem po co.

1Najtańszy, ekonomiczny

poniedziałek, 15 września 2014

Bad boyz (navy) blue

Zaczęłam się powoli cofać, i zakończyłam tę sekwencję na ścianie.
- I should sit there, sir. Ja tu powinnam siedzieć, sir. – wskazałam palcem na fotel.
- Dean, babe. Dean, kotku. – przekręcił głowę w drugą stronę.
- Major… Majorze... - opuściłam dłoń.
- What: major? Co: majorze? – nachylił się w moją stronę, nad biurkiem…
- Major, not babe. Majorze, nie kotku. – nabrałam w końcu pewności siebie.
- Please, have a sit. Proszę, usiądź. – wstał i wskazał na mój fotel, stanął za nim.
- I should tell it, not sir. Ja to powinnam mówić, nie sir.– poprawiłam frak munduru i usiadłam. Oparł się na fotelu, odsłonił moje ucho i szepnął.
- Dean, sweet girl. Dean, słodka laleczko. – dmuchnął mi dymem w ucho. Skrzywiłam się na to i nie bardzo wiedziałam co robić. Bez papieru, nie mam co cwaniakować, może wytrzymam te zaloty a la Trynkiewicz.
- With respect, but I think si… Z całym szacunkiem, ale uważam że si...
- Dean, dammit, Dean. Dean, do cholery, Dean. – zwrócił mi uwagę, ze stoickim spokojem, podnosząc krzesło z naprzeciwka i omijając biurko, siadł jakby tak obok a jednocześnie naprzeciwko. Trochę mnie przerażała ta sytuacja. Przestraszona, spoglądałam we wszystkie strony, myśląc, jak tu wybrnąć.
- Don’t resist me… Nie opieraj się mi... - mruknął, oglądając mnie z góry na dół. - … we both know, that you want me, as much as I want you. And it’s impolite, lie to superior, isn’t it? ...oboje wiemy, że ty chcesz mnie tak jak ja ciebie. I to nieuprzejme kłamać przełożonemu, no nie? – dotknął mojego uda zaczął je głaskać. W podświadomości już układałam plan, jak rozwalić mu łeb o granitowy parapet za nim, ale rozum krzyczał, ze wtedy, to się pogrążę, tyle z tego będzie.
- … not good girl… ...niedobra dziewczynka...
Ale za chwilę przesadził, bo jego dłoń podążyła za daleko. Strzeliłam mu z liścia. Obrócił głowę, westchnął, zamruczał i obrócił się z powrotem…
- … mrrrr … - wstał, podążając ręką po moim tułowiu i piersiach. Zaciskałam zęby ze złości. - …you are rough chick… ...ostra laska z ciebie... - znów zaszeptał mi do ucha. - … I like it… … Lubię to... - ugryzł moje ucho i zakręcił fotelem. Mało że niedobrze mi się robiło na te jego zaloty, to jeszcze to kręcenie. W końcu zatrzymał fotel nogą, o moje nogi, szybko ją przełożył pomiędzy moje łydki i pociągnął za rękę do pionu.
- You will fill my orders? Or no? Będziesz wypełniać moje rozkazy? Czy nie?
- That, what you do now, is called mobbing. That what you want to do is called sexual molestation. To co robisz teraz, nazywa się mobbing. To co masz zamiar zrobić, nazywa się molestowanie seksualne.
- And you want to call police? I co, chcesz dzwonić na policję?
- Germandery. One button, and they’re here. Someone tried to rape me, a few years ago. Just try, and you’ve lost your position and work. Żandarmerię. Jeden przycisk i tu będą. Ktoś mnie już kiedyś próbował zgwałcić. Tylko spróbuj, a stracisz swoją pozycję i pracę.
- You are threaten me, or I misunderstood it? Grozisz mi, czy źle to odebrałem?
- Yes, you understood it good. Tak, dobrze to zrozumiałeś.
- Listen to me, little dolly. Słuchaj no, laluniu. - złapał mnie za tyłek I przyparł do biurka - I’ve connections everywhere. You will collaborate, I won’t tell anything your boss. And if you won’t collaborate, you will be fired. I think it was simple to understand. Mam znajomości wszędzie. Będziesz współpracować, nic nie powiem twojemu szefowi. Nie będziesz współpracować – wylatujesz. Myślę że to łatwe do zrozumienia.
Spojrzałam się na niego z obrzydzeniem. Stałam między dwoma ogniami – albo zaryzykuję wylot na bruk, albo to z nim zrobię… Lekko się skrzywiłam i czułam jak żółta piłeczka odbija mi się od głowy jak w Pomysłowym Dobromirze.
Tahaa! Już wiem. Zrobię to samo co Charlesowi, w Connecticut. Lecz nie do końca.
Spojrzałam z pokerową miną na Randalla i przejechałam po jego piersi aż do twarzy i pogładziłam go. Uśmiechnął się szeroko.
- I see that we get along. Widzę, że się rozumiemy.
- Zobaczysz jeszcze, jak cię załatwię skurwielu. – wycedziłam przez zęby ze sztucznym uśmiechem na twarzy, kontynuując poprzednią czynność. – I meant, let’s met there at night, it could be 4 a.m., huh? Miałam na myśli – spotkajmy się tutaj w nocy, może być 4 rano?
- With pleasure… Z przyjemnością... - dotknął mojej ręki, pocałował i przejechał językiem pomiędzy palcami. Co za gbur – pomyślałam. Za chwilę wyszedł, a ja spompowałam powietrze i klapnęłam, głęboko oddychając. Do gabinetu wszedł Wenom.
- Minąłem się z Randallem, coś się stało? – zapytał, lekko zaniepokojony.
Ja złożyłam twarz w ręce i podniosłam głowę. Oparłam się i zaczęłam ostro myśleć, jak to dalej pociągnąć. I żeby aktualnie się nie poryczeć.
Wenom wziął krzesło, które przestawił Randall i usiadł tam, gdzie powinien. Spojrzał na mnie chwilę i przekręcił głowę.
- Czy ta suka o nazwisku Randall coś ci zrobiła? – zapytał raz jeszcze.
Oparłam się na fotelu i zaczęłam nerwowo szukać papierosów. Gdy je znalazłam, trzęsącymi rękoma odpaliłam go i się w końcu uspokoiłam, odprężyłam się i dmuchnęłam dymem w górę.
- Randall … właśnie przed chwilą tu był i mnie mobbingował. – odparłam, spoglądając Wenomowi prosto w oczy.
- Groził że coś powie?
- Nie tylko. Szantażował. – westchnęłam, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Wenom popatrzył w miejsce gdzie patrzę, a potem przetarł się po twarzy.
- I? – spytał, dosyć niepewnie.
Wyciągnęłam popielniczkę.
- Chciał mnie molestować. – odparłam bezemocjonalnie, strzepując popiół.
- Seksualnie? – zapytał, tym razem z nutą przerażenia.
- Tiaa. Ale mu się w tej chwili nie udało. – mruknęłam.
- Jak go zniechęciłaś?
- Problem leży właśnie w tym, że aby uwolnić się z jego uścisku, musiałam coś obiecać. I mam już plan.
- Co ci kazał? Co on w ogóle chce?
- Żąda mojego ciała. Powiedziałam mu, że ma przyjść tutaj o 4 w nocy, jeśli tak bardzo chce. Zagroził mi wcześniej, że jeśli się nie zgodzę na to, to postara się, abym już nigdy nie pracowała w tej dziedzinie, wiesz o co chodzi, nie? I obiecał że nic nie zrobi, jeśli dobrowolnie się oddam.
- Skurwiel.
- To samo pomyślałam, a nawet powiedziałam. Mam nadzieję, że Hewlett przebada tę krew do 4, bo jak nie, to albo nie przyjdę, albo przełożę, albo zwieję, albo będę zmuszona to zrobić. Właśnie miałam do niego dzwonić, aby to trochę przyspieszył, bo jak nie… nawet nie chcę o tym myśleć. – spuściłam wzrok w dół.
- Nieźle się wkopałaś.
- No kurwa. Jak stary ziemniak w kartoflisko. Ten Randall, to obok Błaszczyka, największy barbarzyńca, jakiego znam. Tylko Błaszczyk traktuje wszystkich równo, i bez jakiegoś seksizmu, a Randall – odwrotnie. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale wolałabym być w anclu u Błaszczyka po raz kolejny niż dać dupy Randallowi.
- To dlaczego sama nie zgłosisz przestępstwa?
- Limit żyć u Błaszczyka się wyczerpał. Teraz, to nie byłyby wakacje w areszcie, tylko kara więzienia. Jeśli choć trochę się orientujesz, jaka jest różnica między tymi dwoma słowami, to wiesz o co chodzi. – powiedziałam, biorąc telefon do ręki.

Zadzwoniłam do Hewletta. Na początku się opierał, ale jak powiedziałam o co dokładnie chodzi, to obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy.

środa, 6 sierpnia 2014

Holy fucking shit, it's Dean Randall

Weszliśmy do składziku i wsuwką otworzyłam drzwi do kolejnego składziku, który należy do ekipy Hewletta. Po cichu, zakradliśmy się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie siedział jego skład i popijał herbatę. Popatrzyli się na nas, jak na jakichś debili, Aceton-Ceron-Cwelon aż parsknął śmiechem i chciał coś powiedzieć, ale położyłam mu palec na ustach i podeszłam do drzwi, które były uchylone. Prowadziły do gabinetu Węgierka. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam, lecz zdążyłam usłyszeć tylko dźwięk zamknięcia drzwi. W tej samej chwili wszedł Hewlett i jak mnie zobaczył, to zaczął się śmiać. Głównie dlatego że potężnie jebnął mnie w łeb drzwiami.
- I co, wypieprzy cię z roboty? – zapytał Kuba.
- Nie, on tylko po ten mundur przyszedł. Nic do mnie nie miał, ale za to ty Deszczu, masz z lekka mówiąc – przesrane.
- Co ten lichuj ci powiedział? – zapytałam.
- Pytał mnie gdzie masz gabinet, kogo uczysz, i gdzie jest twój rozkład zajęć. I pytał o twojego mężczyznę, bo nie bardzo chce mu się wierzyć, że masz. Myśli że go tym zbyłaś.
- Uff, no to nie jest źle, przecież chyba potwierdziłeś.
Hewlett zastygł w uśmiechu.
- Przecież ci obiecałem, że nikomu nie powiem.
- A, o kurwa. – jęknęłam. – To teraz faktycznie, jestem w czarnej dupie w Gwadelupie.
- Randall jest strasznie cięty na ciebie. A tak w ogóle, to po kiego kija tu przyszliście?
- My w sprawie Randalla. – powiedział Kuba.
- A co wy do niego macie? – parsknął.
- No bo, gdyby on mnie jakoś szantażował, to chcemy mieć kartę przetargową.
- No jaką, że ja mam ci ją dać?
- Zrób jej badania krwi. Może rufilina się nie rozłożyła tak szybko. Jeśli tam będzie, to my plus wyniki, mamy oskarżenie o próbę gwałtu.
- … no patrz, w sumie racja. To była próba gwałtu. No to Deszczu, zapraszam do gabinetu! – Hewlett z uśmiechem wskazał mi leżankę i zwrócił się do swoich. – Which of you want collect blood of this woman? Który z was chce pobrać krew od tej panny? – parsknął z uśmiechem. Wszyscy jego uczniowie z chęcią i uśmiechami wstali, a ja tylko poszłam w jeszcze większą brechę.
- You don’t know, what this is a mistake. Nawet nie wiecie jaki to błąd. – uśmiechnęłam się szyderczo.
- Okay, olders are staying, young meat comes with me. Dobra, starsi zostają, młode mięsko idzie ze mną. – rozkazał, ze śmiechem…
Usiadłam na leżance i podciągnęłam rękaw.
- Deszczu, masz dreszczyk troszkę? – zaśmiał się.
- No nie, z taką przystojną ekipą, to inny dreszczyk. – parsknęłam, mrugając okiem.
Hewlett z uśmiechem pokręcił głową i się roześmiał.
- Tylko delikatnie, Elvis. – powiedziałam poważnie.
- Okay, fellas, look at me, and learn it. Dobra ziomki, patrzcie się i uczcie. – zwrócił się do nich. – Renard, gimmie disinfectant, Nate prepare vaccine, Hugh, gimme this belt lying on table… Thanks. Okay, first what we do is wearing this belt above vein which we want prick, you see? Very strong oppression is needed. Next, we disinfect place there, on flexion. Next is just pricking. Who wants to do it? Renard daj mi płyn dezynfekujący, Nate przygotuj strzykawkę, Hugh - daj mi ten pasek leżący na stoliku... Dzięki. Dobra, pierwsze co, to zakładamy ten pasek powyżej żyły którą chcemy nakłuć, widzicie? Potrzebujemy mocnego zacisku. Następnie odkażamy tutaj, miejsce na zgięciu. Dalej jest tylko nakłuwanie. Kto chce to zrobić?
- Doug, ale ty to jesteś… - parsknęłam. – Uprzedzam, nie ręczę za siebie. – roześmiałam się.
Pojawił się las rąk, w pobrzmiewającym śmiechu moim, Douga i Kubiego, który siedział obok i przyglądał się, jak to się potoczy.
- Deszczu, wybierz sobie amanta. – odparł Hewlett.
- Okay… Nate, because he have pretty name, it means ‘given by God’ , well I hope that you have hands given by God. Is that Nathaniel or Nathan? Dobra, Nate, bo masz ładne imię, to znaczy "dany od Boda", no to mam nadzieję że masz ręce dane od Boga. Nataniel czy Nathan? – uśmiechnęłam się.
- Nathan, sir.
- Be careful. Bądź ostrożny. – parsknął Hew.
- Go on. No dawaj. – roześmiałam się. I tak zrobił. Hewlett powiedział że podchodzi z tą igłą pod niezbyt ostrym kątem i radziłby go zmniejszyć. Mnie to mnie zabolało, na tyle, że aż mi odskoczyła ręka, przez co żyła się wyślizgnęła. Musiał trochę tam pogrzebać, a ja się śmiałam, żeby nie płakać i patrzyłam na równie rozbawionych przyjaciół. W końcu znalazł jakąś pełną krwi żyłę i pobrał krew. Hewlett zdezynfekował mi nakłucie i przykleił plaster z watą.
- … finished. Skończone. No, Deszczu, chcesz naklejkę z napisem Dzielny Pacjent? – parsknął Doug, uśmiechając się.
- Dawaj, na czole ci przykleję. – parsknęłam. – Biorę dzidę i idę. Mam nadzieję że nie spotkam tej starej kurwy, Randalla. – odparłam, z powagą.
- Nie jest taki stary, Deszczu. – jęknął Hewlet. – Na raz, w sam raz. – roześmiał się.
- A w łeb byś nie chciał? – wycedziłam z uśmiechem, targając czuprynę Douga.
Wyszłam z gabinetu i z rękami w kieszeniach, przemierzałam suchego przestwór oceanu, czyli Aleję Gwiazd. Z radością i uśmiechem na twarzy weszłam do swojego gabinetu, który powinien być pusty o tej porze, chyba że ja tam jestem. Nucąc pod nosem – we will fuck you, weszłam za drzwi i jak baletnica, bardzo w typie Jima Carreya, z wymachem ręki zamknęłam drzwi i obróciłam się i stanęłam jak słup soli jak zobaczyłam Randalla siedzącego na MOIM FOTELU.

- Welcome back. – wyszeptał, przekręcając głowę na bok, wpatrując się we mnie i strzepując papierosa.

sobota, 2 sierpnia 2014

... life is a mystery - everyone must stand alone. I hear you call my name, and it feels like ... HOLY SHIIIIIT"

W jednej chwili jak w rytmie "Tie your mother down", wybiegliśmy do windy i jak najszybciej dorwaliśmy się do samochodu. Jeden obdarty Węgier z mokrą głową, drugi zapuchnięty blondyn, nieogolony brunet i ja z resztkami krwi na twarzy. Za pół godziny mamy apel, a jeszcze wypadałoby się ogarnąć i ZEJŚĆ.
Około 5:50 wbiegliśmy na plac i popędziliśmy w kierunku swoich szaf.
Wparowałam na Aleję Gwiazd, już pustą, bo wszyscy tu pracujący najwidoczniej poszli już do swoich plutonów. Z buta wjechałam do gabinetu, wytarłam szybko ten nos i zmieniłam ubrania, gdyż i ja byłam po cywilnemu u Stefana.
A teraz "Ride the Wild Wind", bo muszę zapieprzać na apel poranny.
Udało mi się przed dzwonkiem. Jakie szczęście, wbiegłam po pluton, który stał z bananami na ryjach pod swoim pokojem. Nakazałam im dziki sprint na Plac a sama pobiegłam przed nimi, nadając im jak najszybsze tempo. No cóż, niech uczą się biegać w rytmie z najlepszymi.
Można powiedzieć że w ostatniej chwili stanęliśmy na swoim miejscu. Ten apel był jakiś troszkę dziwny, bo okazało się że wczoraj wieczorem przyjechała amerykańska delegacja, na czele… z podpułkownikiem Randallem. Jakiś młody chłopaczek, no może ze trzy lata starszy ode mnie, to najwięcej. Ciężko przełknęłam ślinę, bo w sumie - nie wiemy co żeśmy zmalowali, i stawiając się tutaj być może za chwilę może mnie zgarnąć żet wu.
Przestałam cały apel, słuchając wywodów tego podpułkownika i potem jak zwykle – lista skazanych, czyli kto ma się stawić gdzie.
- Do generała broni Franciszka Klimczuka mają się zgłosić chorąży Dariusz Czelabiński, sierżant Krzysztof Gruchała, porucznik Jan Betański, kapitan Grzegorz Terwań, szeregowi: Arkadiusz Erewański, Jewrehenia Andriejczuk, Emilia Hampel, Ireneusz Drozd…
Wtedy odetchnęłam z ulgą.
-… natomiast na spotkanie osobiste z podpułkownikiem Randallem zgłosić ma się major Zuzanna Deszcz do pokoju 116. Koniec apelu.
Co ten Randall ode mnie chce? – pomyślałam, mając nadzieję, że nie będę musiała chronić Hewletta przed jakąś egzekucją. No ale jeśliby chcieli Hewletta, albo całą ekipę, to by ich wyczytali, a tak to tylko ja… Nie wiem za co.
Niepewnie podeszłam do pokoju 116, odetchnęłam i zapukałam do drzwi. Drzwi otworzyła mi jakaś młodociana kadetka, chyba asystentka.
- Welcome, welcome… Carey, leave us alone. Witam, witam... Carey, zostaw nas samych.
- Yes, sir! Tak jest, sir!  – krzyknęła tak, że aż mi w bębenkach zapiszczało.
- Please, have a sit. Proszę usiąść. – mruknął, wskazując mi krzesło naprzeciwko biurka.
- …yeee... ah. – potwierdziłam.
Coś tam podpisał, przewrócił i spojrzał się na mnie z takim uśmiechem. Ja zrobiłam tylko głupią minę – co ty chcesz ode mnie człowieku?
Mam nadzieję że to nie kolejne wcielenie Hansa Landy.
- You don’t remember me, Suzy. Nie pamiętasz mnie, Suzy. – roześmiał się.
Zrobiłam głupią minę, wybałuszyłam oczy i nimi zamrugałam, kompletnie nie kojarząc o co chodzi.
- …i-if is going of Douglas Hewle… ...je-jeśli chodzi o Douglasa Hewle...
- I didn’t meant this Hungarian, oh gosh. You misunderstood me. I meant that we know each other, from yesterdays party. Nie miałem na myśli tego Węgra, na litość Boską. Nie zrozumiałaś mnie. Miałem na myśli, że się znamy ze wczorajszej imprezki. – odparł z uśmiechem.
Zaczęłam gorączkowo myśleć, o co tu kurde chodzi… zmierzyłam wzrokiem go i strojąc głupie miny, zaczęłam sie trochę pultać w zeznaniach…
- …really…? ...s-serio? – stęknęłam.
- We were kissing in toilet, if you don’t remember. – uśmiechnął się. You’re good in it. And we were doing other things. Całowaliśmy się w toalecie, jeśli nie pamiętasz. Jesteś w tym dobra. I robiliśmy jeszcze parę innych rzeczy. – zadrżał brwiami.
Przerażona, podobnie jak w przypadku samochodu, wytrzeszczyłam oczy na Randalla.
- I don’t think so… No nie sądzę... - pokręciłam głową z niedowierzaniem. – It’s impossible, sir. To niemożliwe, sir.
- Not sir, just Dean… Nie sir, tylko Dean... - znów się uśmiechnął.
- With all regard, but it’s surely mistake... sir. Z całym szacunkiem, ale to na pewno pomyłka... sir.
- Dean.
- … Dean.
- …wha…what other things you meant… Dean? Jakie "inne rzeczy" miał... eś na myśli, Dean?
Oparł się na fotelu i uśmiechnął.
- You really don’t remember. Ty naprawdę nie pamiętasz.
- All this time I repeat it. Cały czas to powtarzam. – odrzekłam stanowczo… - I… I can take guilty on me, I took drugs, and I can’t completely recall you. Ja... ja mogę wziąć winę na siebie, brałam narkotyki, i kompletnie nie mogę sobie pana przypomnieć...
- So, there’s the point. Okay, I’ll tell you – I entered this bar, called… Więc tu leży przyczyna. Dobrze, powiem Ci - poszedłem do tego baru, nazywanego ...
- U Stefana?
- Umm… Yes. And you were on something what everybody called Reservoir. Then you played guitar with your friends, and karaoke, you took fancy me, then… Okay, I know that I shouldn’t do it, but I was picking up you… after nice conversation we went to the toilet and… we were… you know. Yyy, tak. I ty byłaś na czymś, co wszyscy nazywają Rezerwuarem. Potem grałaś na gitarze z przyjaciółmi, w karaoke też, spodobałaś mi się, potem... okej, wiem że tego nie powinienem robić, ale cię podrywałem... po miłej rozmowe poszliśmy do toalety, i ... no wiesz.
- No, I don’t, but tell me one thing – we had IT? Nie, nie wiem, ale powiedz mi jedno. To było TO?
- No, but it was close to it… Nie, ale było bardzo blisko do tego.
- Thanks God! Dzięki Bogu! – spojrzałam w sufit.
- … because your friends found you, and had taken away. ... twoi przyjaciele cię znaleźli i zabrali.
- I was willing to do it? Byłam chętna?
- No, but you didn’t refused… I was willing. Now, I wanna date you, after work. Nie, ale nie odmawiałaś... Ja byłem chętny. Teraz, chciałbym się z tobą umówić, po pracy.
Ślina mi stanęła w gardle.
- It’s impossible… To niemożliwe.
- Because? Yesterday it wasn’t. Bo? Wczoraj było. 
- I have man, now…. And I’m sorry for this yesterday night, I won’t take drugs never… Mam faceta, teraz... i przepraszam za wczorajsze, już nigdy nie wezmę dragów...
Podpułkownik spojrzał się na mnie trochę dziwnie i jakby zawiedziony.
- …okey, I’m not impolite, let’s forget about it, though it was really pleasant. I’ve second case to you. Don't you have a part of my uniform? Dobra, nie jestem nieuprzejmy, zapomnijmy o tym, chociaż było całkiem przyjemne. Mam do ciebie drugą sprawę. Nie masz może przypadkiem części mojego munduru?
- Yes, it has this Hungarian, this is surgeon chief of military hospital, there. His name is Douglas Hewlett, if I’ve good memory it’s sergeant. Tak, ma go ten Węgier, ordynator wojskowego szpitala, tutaj. Nazywa się Douglas Hewlett, i jeśli mam dobrą pamięć, to sierżant.
- Okey, I’ll send there someone, good bye Suzy. Dobrze, kogoś tam poślę, żegnaj Suzy.
- Good bye, sir. Żegnam, sir. – odparłam, wychodząc na co podpulkownik się uśmiechnął.

JA PIEPSZĘ. CO SIĘ STAŁO PO TEJ MĄCE?! Dziś muszę iśc do Stefci i obejrzec taśmę bo umrę. Jak mogłam zrobic takie świństwo?! I dlaczego Jakub mi nic o tym nie powiedział?

Czuję się jak ostatnia ku*wa. Naprawdę!

czwartek, 17 lipca 2014

Monday morning, na na, na-na-na-na na...

Obudziłam się na chacie, jak dobrze. Haj był naprawdę wysoko, bo niewiele pamiętam. Rozejrzałam się po pokoju, i zobaczyłam Hewletta na kanapie, gdzieś na podłodze Wenoma, i rękę Kubiego wystającą zza kanapy. Powoli się podniosłam i po kręciołku w głowie, padłam z powrotem na poduszkę. Pociągnęłam nosem i poczułam jakbym miała coś na ustach, więc przetarłam dłonią po nich i na ręce ujrzałam zaschniętą krew. Szybko wstałam i popędziłam do łazienki, gdzie zobaczyłam umorusaną w krwi twarz. Natychmiast obmyłam się i poczłapałam do salonu, gdzie leżała reszta ekipy. Usiadłam obok głowy Hewletta i popatrzyłam na śpiących ćpiących. Za chwilę obudził się Wenom i podniósł się z dywanu.
- Te, lala, dobry towar, nie? – wyśmiałam Wenoma, który chyba jeszcze nie do końca był przytomny. Odpaliłam papierosa.
- Kim ja jestem… ? – zapytał, drapiąc się po głowie.
- Jesteć kurna Jurand ze Spychowa, hemoglobina, mistyfikacja, taka kurde panie sytuacja. – zaśmiałam się.
- Ze Spychowa?
- Żartuję, Wenom. Sebastian Żmijewski się nazywasz, kończ waść, wstydu oszczędź.
- Ja pierdolee…
- Aż tak ci nie pasuje ta tożsamość?
- Nie, to był chyba trochę za mocny towar… Chyba nie pamiętasz co się działo.
- No tak, właśnie się zastanawiam, skąd krew na mojej twarzy. Poszła mi sama?
- I sama poszła farba i tez kogoś zmalowałaś.
- Kogo?
- Sam chciałbym wiedzieć co tam się działo. Chyba musimy się wybrać do Stefci, i popytać. O ile nie zrobiliśmy czegoś, że Stefan nas po prostu wygoni. Aż się boję, a to zejście jest okropne. Chyba zaraz się porzygam.
- Dobra, rzygaj sobie, ale nie na dywan. Zwalaj do łazienki w takich celach. Zobaczymy co powie Hewlett z Kubim jak się obudzą.
- I o ile żyją.
- Weź nie pierdol i nie pogarszaj sytuacji. Żyją, bo widać jak oddychają. A zejście, rzeczywiście, jak po takim haju to adekwatne.
- Ja pieprzę, ostatni raz kupowałem towar w ten sposób, u tego gościa. Nigdy więcej…
- Mam totalne Radio Gaga1 w głowie. Dawaj, budzimy ich, bo nie mam ochoty czekać. A co jeśli jesteśmy ścigani przez policję i teraz może wypadało by tak po prostu spierdalać?
- Też możliwe.
- Co pamiętasz?
- Pamiętam ze było mordobicie, żandarmeria i twoje auto, który… no właśnie, był lekko podniszczony…
- TSO KURWA?!
- … no coś było nie tak z nim, pamiętam że się strasznie złościłaś, że to tak jakbyś sobie kutasa na środku twarzy narysowała czubkiem noża. Ale co to było, to nie wiem, tylko ten twój wkurw…
- Coś jeszcze?
- Nie. A ty co pamiętasz?
- Pamiętam tylko to, przed tym jak wzięliśmy mąkę… I tyle. Potem kompletna czarna dziura… wiesz, czuję się trochę jak w Kac Vegas. Całe szczęście, że nikogo nie brakuje, ale ja nie mam kompletnie pojęcia, co się stało.
- Jeśli mówisz Kac Vegas, to mam nadzieję, że nie poszedłem do łazienki z jakąś męską prostytutką.
- Kurwa mać, chyba naprawdę przesadziliśmy. Budź Kubiego.
- Dlaczego ja?!
- Bo mam bliżej do Hewletta, a ledwo chodzę.
I tak tez zrobiliśmy. Wenom nie miał z obudzeniem Kubiego problemów, natomiast Hewlett vel Pan Słaba Głowa, nie miał wcale ochoty na wstawanie. Na początku zapodaliśmy mu plaskacze, potem zimną wodę, postawiliśmy go na nogi, lecz wtedy Wenom coś się zachwiał i mało co nie upadł na szklany stół. Ostatecznie chcieliśmy już go potraktować gorącą łyżką po jajach, ale Kubi po prostu kopnął go w przyrodzenie, co od razu postawiło nam kolegę na równe nogi.
- No i co Hewciu, może ty nam powiesz, co pamiętasz?
- … o kurwa… pamiętać? Chciałbym nie!
- Pamiętasz wszystko?
- Wszystko dopóki nie przylali mi w łeb.
Spojrzeliśmy wszyscy po sobie.
- Kto ci przylał w łeb?
- Była ogólnie jakaś burda u Stefana…
- Mów dalej…
- … zaczęło się od tego, że ktoś kto śpiewał na karaoke, na drużyny z nami, wylosował Duran Duran. Ty byłaś wniebowzięta, a gościo powiedział co to za wieś, że on tego nie zna i tak dalej. I wtedy powiedziałaś, że może nie śpiewać i tracić punkty i że masz w dupie, co sądzi o DD.
- No to co, że tak powiedziałam.
- Gościo się strasznie wkurzył chyba, że masz jego zdanie w dupie. Zaczął coś się na ciebie drzeć, baby do kuchni i tak dalej…
- …to już chyba wiem, skąd ta krew…
- … to nie jego krew. To twoja krew.
- Zlałam go?
- Stłukłaś go na kwaśne jabłko. Gościu spierdalał od Stefana, aż się kurzyło, szkoda tylko że wezwał żandarmerię, a w międzyczasie na sali znaleźli się zwolennicy i przeciwnicy Duran Duran. I zaczęła się jatka. Ta krew na twojej twarzy, to reakcja na kokainę, nie że ktoś cię ujebał. Bardzo sprytnie walczyliśmy, tylko zapomnieliśmy o żandarmerii i nie było czasu iść na Narnię. We czworo wyskoczyliśmy przez okno. I jak stałem na parapecie, ktoś mi przylał tacą w tył głowy.
- Twoje szczęście że zleciałeś na nas, bo byś sobie kark skręcił. – powiedział Kuba.
- To jak ty żeś skakał?! Na główkę? – ryknęłam. – Jakubie, skąd ty wiesz jak skoczył?
- Bo pamiętam i burdę i jak wracaliśmy.
- Jakubie… - złapałam go za kołnierz. – powiedz co jest kurwa z miłością mojego życia!
- Jego tam nie było… - mruknął Hewlett, trzymając się oboma dłońmi na skroniach, z grymasem na twarzy.
- Nie pytam o OSOBĘ, pytam o SAMOCHÓD!!!! – wrzasnęłam. – Co jest z moim samochodem?!
- … no… chyba musiałabyś sama to zobaczyć… - mruknął.
- Gadaj, bo nie zejdę teraz do garażu. Właśnie schodzę, ale w innym sensie. Gadaj!
- … no wybity reflektor…
- TO JESZCZE NIE JEST TRAGEDIA, ALE I TAK ZAJEBIĘ TEGO KTO TO ZROBIŁ!
- … wybita szyba…
- KTÓRA?!
- … ta od pasażera.
- Dobra, mam ubezpieczenia na szyby. Coś jeszcze?
- … no i jest oblany różową farbą…
- Kurwa ja pierdole mac… - jęknęłam, padając na podłogę. Zemdlałam z tego wszystkiego.
Otworzyłam oczy i właśnie siedzę na swoim fotelu z ręcznikiem z lodem na głowie.
- Rąbnęłaś głową o kant sofy. – powiedział Hewlett.
- Czy mój samochód naprawdę…? – pisknęłam z rozpaczą.
- Wenom poszedł zobaczyć jak to dokładnie wygląda, o ile tam dojdzie…
- Wie on w ogóle gdzie jest mój garaż?
- Nie zostawialiśmy go w garażu, został na parkingu podziemnym.
- Ja pieprzę, co za wstyd, poplamione żółto czarne camaro różową farbą… Hańba mi, tylko iść się powiesić.
- Spokojnie, zobaczymy co to w ogóle za farba…
W tej samej chwili wszedł Wenom.
- O. Żyjesz. Jeśli chodzi o farbę, nie ma co się martwić. To jakaś maź jak plakatówki. Schodzi z wodą. Gorzej jeśli chodzi o szyby.
- Ką…?
- No… szyba jest wbita do środka, masz masę szkła w środku. Drobny mak, ja nie wiem jak myśmy się nie pokaleczyli. Ale chyba bardziej zasmuci cię to… i Wenom wyjął 10 płyt z mojego samochodu zza kurtki. Popękane i pokruszone.
- Tso to jeeest?! – wypiszczałam.
- Co najlepsze, nie ma tutaj żadnej płyty w całości, a przeszukałem cały samochód. Każdej jest mniej więcej – pół w całości, mniej więcej.
- A ja wiem dlaczego. – powiedział Kubi. – Rzucaliśmy w napastników, a nie było za bardzo czym, bo Deszczu dbasz o porządek w samochodzie, to łamaliśmy płyty na pół i rzucaliśmy. Któreś z nas powiedziało że jak po pół zostawimy, to chociaż połowa piosenek zostanie.
- Niby kto to taki kretyn, hę? – warknęłam.
- Właściciela płyt, buziaczku. – uśmiechnął się Jakub.
- Nigdy więcej nie używamy mąki, bo przepraszam bardzo, kto najbardziej tu ucierpiał?!
- Na razie ty wygrywasz z nami. 11:0:0:0.
- Za samochód policz inaczej – za reflektor 2 punkty i za szybę 2 punkty.
- Nie.
- Ma być cztery za auto! – ryknęłam. – A właściwie, to po chuj się kłócę o punkty?! Mój samochód zhańbiony! Płyty połamane!
- No to mnie się też należą punkty. – odparł Hewlett.
- Niby za co. – jęknęłam.
Hewlett podciągnął nogawkę i pokazał zawalistego siniaka na pół uda.
- Hehe… wreszcie i was dosięgło zło. Tylko że co, nic nie straciłeś, nie?
- Oprócz munduru, który leży, o tam poszarpany, to chyba nic. – roześmiał się Kubi.
- Ja pieprzę. – złapał się za głowę Hewlett. – Mam nadzieję ze jest w miarę cały, w sensie że odznaczenia.
- I tak mało złomu masz na piersi, to się nie martw. Ale o ile dobrze pamiętam, byłeś ubrany po cywilnemu?
- No właśnie… hej, to nie mój mundur! To mundur… o ku.. ku… KURWA MAC?!
- Co to za gościu QQ Curvamachi? – zapytał Wenom.
Spojrzałam się z litością na Wenoma, jak i Kubi.
- On przeklął, po prostu. – podpowiedział Jakub. – Czyj to mundur? – zwrócił się z powrotem do Hewletta.
- Jeśli to jest prawda, co ja czytam, to mam ostro przesrane.
- Czyj to mundur?! – krzyknęłam.
Hewlett trochę roztrzęsiony spojrzał na nas i z zapartym tchem powiedział że to mundur jego przełożonego, jakiegoś Randalla.
- Hehe, to jesteś Hewciu, można by powiedzieć - w dupie! Punkt za siniaka i pięć za mundur! – roześmiał się Kuba.
- Ej a za samochód to powinno być z… miliard! – szturchnęłam. – Może pochwalcie się co wy macie, Polaczki! – zwróciłam się do wyżej wymienionych.
- Ja nie wiem jak wy… - mruknął Wenom. – ale mnie to chyba ktoś ograbił ze wszystkich prochów.
- Wielka szkoda, Wen! – zironizowałam.
- Ej bańki, tak w ogóle to dziś jest normalny dzień roboczy jak inny… czy mi się zdaje?
Wszyscy zakończyliśmy licytację i zaczęliśmy w jednej chwili szukać telefonów. Pierwszy znalazł Jakub.
- Jest czwartek, 5:30.
- Wiecie co. Chyba zapierdalamy tym różowym rzygiem do roboty.

1 Mieć Radio Gaga w Glowie – słyszec ekscentryczne myśli

środa, 9 lipca 2014

Hera koka hasz elezdi...

Chrząknęłam i poprosiłam o zmianę programu. Ta spytała, na jaki, na co Wenom się w tej chwili uśmiechnął, ożywił i włączył do rozmowy, wypalając – 372!
Spojrzałam na niego, jak na głupka. On śmiał się, i kazał czekać. Tak żem czuła, że to będzie coś w jego stylu.
Nietrudno zgadnąć że był to kanał o nazwie REDHOTSEXXX i naszym oczom ukazało się coś gorszego, niż śpiewanka o nagich falach i niezdecydowanych wyspach… znaczy się, odwrotnie. Popcorn szerokim strumieniem wyleciał w powietrze, Kubi z śmiechem patrzył na ekran a Wenom z pokerową miną oglądał akcję. Cała sala pobrzmiała śmiechem, a ja upadłam pod fotel i odwróciłam się do Wenoma, ze słowami, że nie mam zamiaru oglądać jakichś jego filmików instruktażowych.
- Tak? Przecież ty ich nie potrzebujesz…
- Nie, nie potrzebuję!
- … bo już jakieś tam doświadczenie masz. – uśmiechnął się.
Wbiłam wzrok w Wenoma, a Kubi we mnie.
- Co? – krzyknęłam sztucznie.
- No, co: co? Przecież widzę że już poruchałaś, potwierdź to, bądź nie, ale na prezent dla smoka, to ty się już nie nadajesz. – roześmiał się.
- Niby skąd ci to wiadomo? Co taki pewien jesteś, że wiesz?
- Chodź tu na fotel, usiądź sobie, pogadamy. Dla mnie największa kwestia, to nie kiedy, a z kim! – parsknął. – Co to za rycerz i spryciarz musiał być, że mu się udało posiąść taką dziką kobietę, która zdaje się nie wiedzieć o istnieniu sfery erotycznej pospolitego człowieka.
Zagryzłam wargę i wstałam.
- Nie powiem ci kto to był. – mruknęłam z pełną powagą i usiadłam.
- Czyli jednak? – wykrzyczał.
- Po pierwsze – ciszej, do kurwy nędzy. Po drugie – jak to zauważyłeś?
- No, wiesz, kiedy kobieta staje się prawdziwą kobietą, zachodzą pewne zmiany, nie tylko w jej zachowaniu, ale i w wyglądzie… - mruknął, kujonowato się przemądrzając.
- Gadaj. Co takiego widać? – złapałam go za kołnierz.
- Te, lala, spokojnie… - odsunął moją rękę i pogładził koszulę. - … po prostu kiedy kobieta miała już mężczyznę między swoimi nóżkami, to nogi w bioderkach się trochę rozchodzą, a u ciebie było to strasznie proste do zauważenia, bo masz, znaczy – miałaś w miarę niebogatą sylwetkę w tych miejscach. Sexual level - up! – zaśmiał się. – Ale mam pytanie.
- Nie powiem ci kto to, już powiedziałam.
- Nie, okej, ja z czym innym. Powiedz chociaż, czy był dobry.
- Chyba cię pojebało dziewczynko.
- Czyli cienias? - zawył ze śmiechu.
- Kurwa nie, nie będę ci fanzolić o takich beremontach. Spadaj na drzewo, balasie.
- Ale dlaczego?
- Po pierwsze - chuj ci do tego. Po drugie - nie mam porównania.
- Możemy tę drugą sprawę załatwić. - poprawił pasek, a ja zamiarowałam znów pierdolnąć go za kołnierz, ale załamałam tylko ręce.
- Ty to jednak jesteś popierdolony. - burknęłam, silnie zaznaczając "r".
- Ale dobrze ci było? Szybko doszłaś? Porządnie zabolało na początku? Popieścił cię chociaż troszkę, zanim ci go włożył? – zaczął głupio się pytać, z adekwatną miną do poziomu głupstwa.
- Skąd masz takie doświadczenia? Z gej klubów?
- Po prostu powiedz, i kończę temat. Jesteś jedyną kobietą, której mogę się o to spytac, bo pierwszy raz w życiu przyjaźniłem się z dziewicą. Ciekawośc mnie zżera, ot co, to chyba nie są trudne pytania? – zapytał, już całkiem poważnie. Jakub patrzył na mnie z lekkim uśmiechem, ale widać było w jego minie taką nutę zażenowania, jakby chciał żeby go tu nie było. Wenom wyglądał całkiem poważnie, chociaż i tak wiem że oszukuje.
- Dzisiaj u Stefci! Przyniosę ci ekłipment. Zrobimy imprezę dziewiczo straceńczą.
- O swoich przygodach spod prysznica mnie nie musisz opowiadać, łomie. – mruknęłam ze śmiechem na odczepne.

I spotkaliśmy się u Stefci, w tym samym składzie, jak na Rezerwuar przystało. Wenom przyszedł pierwszy, bo tak miało być, Kubi powiedział mu, że nie bardzo ma ochotę uczestniczyć w tym przesłuchaniu, bo to takie troszkę niegrzeczne, pytać kobietę o te sprawy, a Hewletta nawet nie chcę tam widzieć, dopóki Wenom nie wyczerpie worka z pytaniami.
- Tutejszy?
- Nie. – westchnęłam, spoglądając w okno.
- Ojoj… - zaszczebiotał. – Chyba Deszczu nam się zakochał…
- Co ty wiesz o miłości…
- Tyle co ty o seksie. Wszystko widac jak na dłoni, kochana. Patrzysz gdzieś w dal, zamyślasz się od jakiegoś roku. Kiedyś byłaś taka jak ja – wolny strzelec, wszystko wolno, mam wszystko gdzieś. Wy-je-bane.
- Ty też kiedyś byłeś zakochany.
- Tak, ale nie mam zamiaru rozmawiać o Jill. Jeśli by kochała mnie tak samo jak ja ją, nigdy by nie zgodziła się na takie misje, zagrażające jej życiu. I widzisz co się stało. Nie ma jej.
Tą wypowiedzią Wenom uświadomił mi jedną, ważną rzecz. Jaką krzywdę robię Ray’owi tymi wyjazdami i szpitalami. I jak mniejszą mi wyrządza on, ciągle ryzykując własne życie. Ale to ja tyle razy obrywam i leżę…
- … wierz mi, że gdybym mógł cofnąć czas, zabroniłbym jej tam jechać… - Wenom posmutniał i popił ambrozją. – Jeśli on cię kocha, nie rób mu tego co robisz. Nie wiem ile ze sobą jesteście, czy w ogóle jesteście, ale jeżeli on wyrazi chęć pozostania z tobą, a Ty chcesz zostać z nim, to nie krzywdź go w ten sposób. Opuszczenie zakochanego mężczyzny jest gorsze niż opuszczenie zakochanej kobiety. Mężczyzna aby się zakochać, musi mieć naprawdę powód. Kobiecie wystarczy ładna klata, i jest już jego.
- Nagle znalazł się obrońca uciśnionych… - mruknęłam ze śmiechem, bawiąc się słomką.
- … ech, po prostu ze swojego doświadczenia wiem. Jeśli jest między wami coś więcej, niż seks, to nie zachowuj się jak wolna i pochopna. Nawet najtwardszy mężczyzna zapłacze, jeśli kobieta którą kocha, zginie lub go opuści. Nie pamiętasz, jak było ze mną?
- A skąd wiesz, że ja mu krzywdę robię, co? Znasz go?
- Nie mam zielonego pojecia kto to, ale kimkolwiek by nie był, jest mężczyzną, bo czymś cię zadowolił, nie? A skoro jest mężczyzną, to jest słabszy psychicznie od ciebie, to jest taka męska natura… Szybciej się złamie, niż myślisz, tylko nie da po sobie poznać.
Oboje zamilknęliśmy, i za chwilę wparował do baru Hewlett.
- Weź to sobie do serca. – zakończył Wenom.
- Hej, smutasy, co taki pogrzebowy nastrój? – krzyknął Hewlett, ściągając kurtkę.
- Jaki pogrzebowy, po prostu o poważnych rzeczach rozmawiamy! – odparł Wenom.
- Czyli że o czym, bo jak zauważyłem, ty nie potrafisz rozmawiac poważnie o poważnych rzeczach…? – zapytał Doug, siadając i zacierając ręce z zimna. – Prawda Deszczu? – poklepał mnie po ramieniu. Ja milczałam, wraz z Wenomem. Hewlett z wesołej miny przeszedł na poważną.
- Ale że coś się stało czy co?
- Nic się na razie nie stało, po prostu rozmawialiśmy chwilę o Jill… - wyrecytował monosylabicznie Wenom, po raz kolejny popijając ambrozję.
- Żeście temat znaleźli do rozmowy. Ja tam mam dobry humor! – roześmiał się.
- Ale że coś się stało, czy co? – zapytał Wenom, w podobny sposób jak Doug przed chwilą, w wyraźnym sposobie prześmiewaniem się i próbą parodii.
- A nic, po prostu mi się powoli chyba wesele będzie szykowało. – Doug spojrzał na mnie, czego nie zauważyłam, bo zwróciłam uwagę na Wenoma, zapluwającego się drinem.
- Twoje?! – wykrzyczał. – Klękajcie kobiety…
- Nie, bucu, nie moje. Mnie się do ustatkowania nie śpieszy. Stary kumpel coś tam planuje, może będę jego drużbą. – Hewlett po raz kolejny się tak na mnie popatrzył, a ja zrozumiałam, że chodzi o Ray’a i mnie. – Gdzie Jakubina? – rozejrzał się po sali.
- Zaraz przyjdzie. – mruknął Wen. Ja nie mogłam oderwać wzroku od Hewletta. Coś wie.
- Chodź Hewciu, pójdziemy po ambrozje. – wzięłam Douga pod rączkę i wyprowadziłam z Rezerwuaru. Kiedy siedliśmy przy barze, zaczął się śmićc.
- … wiem o co chcesz spytać, bo widzę jak się zdenerwowałaś, jak wam przerwałem rozmowę. – śmiał się.
- Powiedział ci?
- O planach, czy o tym co było? – Doug oparł się na ladzie.
- O tym co było. – wycedziłam.
- Opowiedział mi wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami. – Hewlett machnął ręką, jak artysta.
- Faceci to jednak debile. – mruknęłam sama do siebie. – Myślałam, że nikomu…
- Słuchaj… - złapał mnie z uśmiechem za rękę. - … to że powiedział mi, możesz sobię włożyc między bajki. Ja nie mam zamiaru o tym nikomu opowiadać, a on mi o tym powiedział… boo… - zatrzymał się - …bo jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, a mężczyźni często zdają relacje ze swojego pożycia seksualnego. – odparł, z pisknięciem. – Dokładnie tak jak kobiety między sobą, tyle że zwracają uwagę na trochę inne rzeczy. – puścił moją rękę i oparł się powrotem o bar.
- …i… i co ci mówił…? – zapytałam, dosyc niepewnie.
- Zapewniam cię, że nie bardzo chce ci się tego słuchać, ale nie mam pojęcia co cię interesuje z jego wypowiedzi. Kobiety najczęściej mówią o rozmiarze członka, o umiejętnościach, i tak dalej. Przecież ci nie będę mówił tego, co wiesz. – zręcznie się wyprowadził z sytuacji, popijając ambrozję.
- …ale, czy mu się … tego, no…
- Podobało?
- Tak, właśnie. – westchnęłam cicho.
- Kobieto. Nie wiem nawet jak to ująć. – roześmiał się. – Jest tak szalenie w tobie zakochany, że gada o tobie w samych superlatywach. Kompletnie go nie obchodzą twoje wady, a jeśli chodzi ci o to, jaka byłaś dla niego w łóźku, to w sumie nie powiem ci nic. Mężczyznom, generalnie każdy seks się podoba, kwestią jest z kim on był. Był z tobą, a z racji tego że cię ubóstwia, to jesteś dla niego boginią. Jak zawzięcie opowiada o twoim ciele i … eech. Nie chce tego mówić, to się nie nadaje do słuchania dla kobiet. I mnie, bo mi rozporek rośnie, także tego.
- A te całe plany?
Hewlett uśmiechnął się krótko.
- Nic ci nie powiem, bo byłoby to nielojalne z mojej strony. Zapewniam cię, że zła nie będziesz. – parsknął śmiechem. – Swoją drogą, ma szczęściarz farta że cię dorwał.Tyle co on się naprzeżywał za młodu… nie dziwię się, że los zesłał mu ciebie, chyba w ramach rekompensaty cię dostał.
- Fajnie, że określasz mnie tak przedmiotowo. – parsknęłam ironicznie.
- Nie, źle zrozumiałaś. Dostał możliwośc poznania ciebie trochę z innej perspektywy niż ja. Ja, jak dobrze oboje wiemy – nie mam szans u ciebie, ze względu na sytuację, w jakiej jesteśmy położeni. On miał trochę inną drogę do zdobycia twojego serca, może i trudniejszą, ale się mu udało. Jeśli to spieprzy, to sam mu łeb spiorę, bo takiej życiowej szansy nie wykorzystać, to...
- Będę pamiętać… - zakręciłam słomką w ambrozji.
- A ty? Jak wrażenia? – zapytał Hewlett.
- Weź już przestań, bo mi Wenom próbował robić mi wywiad pielęgniarki środowiskowej niedawno. Skądś się domyślił, coś o biodrach gadał. – zaczęłam się śmiac.
- Że się niby rozchodzą? – parsknął Doug.
- Dokładnie. To prawda? – zapytałam, całkiem poważnie.
- Jeśli by można było na rzut oka odróżnic dziewicę od rozpieczętowanej, to nie wiem co działoby się na tym świecie. W jajo cię zrobił i strzelił tak tylko. A ty widać łatwo się dałaś, nie? – wyśmiał mnie.
- …tiaaa… - mruknęłam wyciągając papierosy. – Polish?
- Nie, dzięki. – parsknął. – A i tak na przyszłość – jak macie zamiar robic schadzki?
- Nie będzie żadnych schadzek. – mruknęłam, odpalając kosmoslimkę.
- No nie gadaj, że nie chcesz podtrzymywac tego romansu. Coś było nie tak? – zdziwił się na to.
- Wszystko było bardzo dobrze, ale wiesz że tak się nie da w tym układzie. Musi zakończyć ten cały kurs i wyjśc spod moich skrzydeł. Na razie, jestem pod paragrafem, i jakby się Kliczko dowiedział, to pa-pa. Nie warto się rozpuszczać, bo jeszcze dojdzie do tego, że zaczniemy to robić w pracy, a tam naprawdę niełatwo o „lojalnego” współpracownika. – odparłam ironicznie.
- Trochę racja, i trochę lipa. – stwierdził popijając.
- Nie rozumiem, czemu lipa.
- Będziesz go tak nęcić przez następne pół roku, a po aniversarach pójdziecie od razu do ciebie? – zapytał, zażenowany.
- Nie, stwierdziłam, że ostatni raz dałam dupy przed ślubem. Nigdy więcej. I tak nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłam wtedy raz i potem drugi. Przysięgałam sama sobie, że dochowam czystości do ślubu. I dupa wołowa mi tylko została, o tyle dobrze, że nie przegrałam zakładu. – mruknęłam.
- Pożądanie, kobitko, pożądanie, tak to się nazywa… - uśmiechnął się.
- Że u was, to rozumiem, ale żeby u mnie? – założyłam nogę na nogę. - Zwalicie sobie, i po zawodach. Przecież wiem, że to dla was takie typowe, ty też pewnie robisz to co wieczór. Zagadką jest tylko przy czym.
Hewlett się uśmiechnął i spojrzał w dół.
- Chyba każdy facet bez kobiety, lubi sobie czasami pooglądać pornole z asystą ręki…
- Dla mnie to jest wstrętne, żeby tak sobie samemu robic przyjemność.
- Bo ty tak nie robisz? Zobaczymy, jak ci zabraknie twojego kochasia, to wtedy ciekawe jak zaspokoisz swoją potrzebę. – wybuchł śmiechem.
- Umiem się powstrzymywać, jak widać. – uśmiechnęłam się dumnie.
- Nigdy nic nie wiadomo. Może będziesz szukac, jakiejś męskiej prostytutki?
- Siedzi tam na Rezerwuarze, chętne do rżnięcia sexmachine.
- Ej wy tam, mizdrzycie się, czy bierzecie ambrozję? – ryknął Wenom.
- Weź nie pierdol, lalunia! – krzyknęłam, wstając. – Idziemy!
Wróciliśmy na Rezerwuar, i za chwile przyszedł Kubi, który rozwalił cały misterny plan.
- I co, Deszczu ci powiedział, Wen?
Hewlett spojrzał się na mnie uważnie i z uśmiechem, Wenom wybałuszył oczyska na Kubiego, żeby się zamknął a ja z nutą zażenowania spojrzałam na Douga i się zaśmiałam.
- Dobra, chłopaki… - zaczęłam, śmiejąc się. – Hewlett wie, nie macie co się ukrywać.
- Hewlett, od kiedy bawisz się w ginekologa? - roześmiał się Wenom.
- Więcej cipek tyżeś widział, niż ja, nawet jakbym się bawił, jełopie. - uśmiechnął się Doug. - …dobra, co mamy na dzisiaj?
- Z racji, że Deszczu właśnie stała się prawdziwą kobietą, to dostanie coś specjalnego… LSD kochana.
- Och, dziękuję, Wenom… będę miała odpały.
- Akurat, jakieś może kolorowe fantazje ci się objawią! – parsknął. – Zostaw sobie na później, lecimy z mąką.

wtorek, 8 lipca 2014

Strange, he's standing there below, staring eyes thrill me to the bone

Nieprzyjemne i przyjemne wspomnienia jednej nocy… na marginesie, moim bijaczem okazał się być jeden z bażantów, których grupka była u nas na jakby wycieczce zapoznawczej, w takim sensie, że przyjadą na parę dni i wracają do siebie się przygotowywać do egzaminów, aby się dostać do elitarnych jednostek. Gościu został jeszcze w tym samym tygodniu wypieprzony z wojska, i wsadzili go za kratki, a właściwie – do pokoju bez klamek. Okazał się być jakimś gwałcicielem, który nie został złapany, zdążył zmienić nazwisko, a zapisał się do wojska po to, aby nie być śledzonym. Specjalnie wybrał naszą ligę, bo jesteśmy chronieni. Całe szczęście, że nie udało mu się tu dostać.
Z natłoku myśli wyrwał mnie Ray, który słusznie zauważył że odprawa kończy się za 15 minut. Ja siedziałam przytulona do niego i spoglądałam na tablicę odlotów.
- I think you have to go… Chyba musisz już iść. - mruknął, przygnębiony, rozczesując moją grzywkę.
- You know where’s the point? In it that I will daily look at you, and couldn’t touch like that. We must end this show. Wiesz o co mi chodzi? O to, że będę codziennie na ciebie patrzeć, i nie móc dotknąć jak teraz. Musimy skończyć to przedstawienie. – odparłam, lekko poddenerwowana. Zawsze taka jestem, gdy coś się dzieje nie po mojej myśli.
- And you think, that I’ll resign army, yes? I uważasz, że zrezygnuję z armii, tak? – zapytał ze śmiechem.
- No, do your dreams, but… If you wouldn’t be in my department… It could be cool. Nie, podążaj za marzeniami, ale… jeśli nie byłbyś w moim plutonie… byłoby fajnie.
- Then what? You came to the United States, and marry me? A potem co? Przyjedziesz do Stanów i za mnei wyjdziesz? – zapytał.
- I don’t wanna live here… what? Nie chcę tutaj mieszkać… co?
- What: what? Co: co?
- You said, marry me? Powiedziałeś – wyjść za ciebie?
- Yes, people make weddings then children. Normal families. Tak, ludzie się żenią a potem robią dzieci. Normalne rodziny.
- You should think about not do it. I’m so… Powinieneś to dobrze przemyśleć. Jestem zbyt…
- Yes, yes, Susannah – I know you. You’ll be doing everything, to keep yourself alone. Let me explain something – I want live with you. Your behavior doesn’t really matter to me, you know? Sometimes, your bad habits are silly, some are good to me, like your love to my body. It’s pleasing, because you’re da one that I want, and I think that’s vice versa. We can make lucky marriage… Tak, tak, Susannah – znam Ciebie. Będziesz robić wszystko, aby zostać sama. Daj mi coś wytłumaczyć – chcę z tobą żyć. Twoje zachowanie nie ma dla mnie większego znaczenia, wiesz? Czasami twoje nałogi są durne, jedne dobre dla mnie, jak twoje pożądanie. To przyjemne, bo jesteś tą jedyną której chcę, i myślę że to działa także vice versa. Możemy stworzyć szczęśliwe małżeństwo.
- Yada – yada – yada. Both of us are sick in some parts of ours lives. You’re real studhammer, and of course – I don’t enter a cavecat, but… It works, when we are long time far away from ourselves. I don’t know, what it could be in daily life. Bla-bla-bla. Oboje jesteśmy upośledzeni w niektórych częściach naszego życia. Ty jesteś ogierem z prawdziwego zdarzenia, i oczywiście – nie wnoszę sprzeciwu, ale… To działa, kiedy jesteśmy długo i daleko od siebie. Nie wiem jak to mogłoby być w normalnym życiu.
- You are frightened of that I will raping you, that’s why? Boisz się że będę cię gwałcił, tak?
- Maybe kinda, that’s why. We must change, both. You must keep yourself tight, and I… well… it’s too much talking and not too much time to do it, because my plane would came back here, till I finish laundry list… Może trochę dlatego. Musimy się zmienić, oboje. Ty musisz się trzymać na wodzy, a ja… no… to za dużo gadania, a za mało czasu, bo mój samolot zdąży tu wrócić, zanim skończę czytać litanię. - po tych słowach wstałam, z nutą zażenowania, że jestem ideałem, ale tylko w moich oczach.
- Nevermind, as you are, or was, or will be, I’ll be still loving you. Nieważne jaka jesteś, byłaś, albo będziesz, nadal będę cię kochał. – wstał i złapał mnie za dłoń. – Don’t banish me, because of it… I try to have health mind, but you… you… Nie porzucaj mnie przez to… Staram się mieć czyste myśli, ale ty… ty…
- Now, I have guilty? Or what? No co, teraz to ja jestem winna? Czy co?
- It’s masculine thing, that you are firing up my body, by your look… and that you’re close to me. Try to understand it. I’m your first, and I wish to be the last… To męska rzecz, że podniecasz moje ciało samym wyglądem i kiedy jesteś blisko. Spróbuj to zrozumieć. Jestem twoim pierwszym i chcę być ostatnim…
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Your behavior is like calming drug. Everything you do. Twoje zachowanie jest jak lek uspokajający. Cokolwiek nie zrobisz.
- Let me kiss you, and go. Daj mi się pocałować, i idź. – uśmiechnął się i mnie pocałował. Zawsze ma w tym jakąś władczą siłę, że ja wtedy ostygam i przestaję się złościć. Ten sposób i ten smak, ta chwila, kiedy czuję jego usta, które są jakby lodołamacz, który każdą drogą, próbuje przebić się do celu. Nie mam pojęcia do jakiego, to porównanie też ciekawe. Po prostu tak silnie i zgrabnie pracuje żuchwą i ustami, że nie sposób się oprzeć i oderwać, jak już gdzieś tam wcześniej zauważyłam, nie?
Kiedy już przestał, pocałował mnie w czoło i szepnął coś, abym na siebie uważała…

Niedługo potem wsiadłam do samolotu i wróciłam do Polski!

***

Siedzimy z Kubim i Wenomem na sali telewizyjnej oglądając telewizję. Peszek chciał, że trafiliśmy na jakąś galę muzyki romantycznej, co szło za tym że ja siedziałam pochłonięta jedzeniem popcornu, kompletnie nie słuchając jak Wenom komentował teksty piosenek a Kubi go uważnie słuchał, kiwał głową i co jakiś czas wtrącał coś od siebie. Mimo siedzenia pomiędzy nimi, w ogóle nie słuchałam co mają do powiedzenia na temat tego, czy Cher śpiewa jak facet bez jaj i tak dalej…
Akurat jak skończyło się idiotyczne – Ona tańczy dla mnie, które ja przekręcałam na np. „Ona naszczy na mnie”, „Ona leży w wannie”, „Ona woli panie” , i tak dalej, tak na ekran wszedł Happysad ze swoim „Zanim Pójdę”.
- Jakiś dziecinny ten tekst. – mruknął Wenom.
- Wen, to jest bardzo głębokie wyznanie tego, że jak ty skaczesz po jakiejś lasce, to ona płacze. – parsknęłam, po raz pierwszy się odzywając w żarliwym dialogu.
- Ty zawsze znajdziesz jakieś aluzje do seksu. – mruknął.
- Przy tobie, przychodzi mi to z łatwością. – roześmiałam się. – Żartuję, nie wyczułeś ironii. Chciałbyś żeby tak było. Też myślę że to banalny i infantylny tekst. – prychnęłam. - Po co ja się w ogóle odzywałam. – bąknęłam sama do siebie, a może raczej do popcornu.
- Swoją drogą, prędzej jakaś laska skakałaby na mnie, a nie ja na niej. Coś ci się popieprzyło. – odparł. – To takie teksty, w stylu Kubiego, pewnie podrywa dziewczyny w ten sposób.
- Lepszy taki niż bezczelne łapanie za tyłek. – parsknął Kubi, udając że się obraża.
- O wreszcie ktoś ci to powiedział! – wykrzyknęłam. – Dwa do jednego, hahaha! – zaczęłam się śmiać. – Kubuś, żółwik, beczka i piąteczka!
- Heh, dobre z tym dwa do jednego. – parsknął Wenom.
- Ale ci zaraz zajebię. – syknęłam z szelmowskim uśmiechem.
Kiedy nasz hymn infantylności się skończył, zapowiedzieli wielki przebój w obcym języku. Zaczęliśmy się żywo kłócić „co to może być?”.
- Ja obstawiam „Everything I do” Adamsa – podniósł ręke Kubi.
- Ja mówię wam że to jest „She’s like the wind” Swayze’go. Na bank. – parsknął Wenom.
- Heh, a ja bym mówiła – „Careless Whisper” Michaela.
- Od kiedy piosenka tego geja jest romantyczna? – wybuchnął śmiechem Wenom.
- Od kiedy masz pindola, pedale. Jest ładna.
- Wiesz o czym jest? Że sobie facet nie potańczy jak z jakąś inną laską. Żałosne to jest.
- Ty jesteś żałosny, a Swayze’go możesz sobie włożyć między bajki. Z jego udziałem, to co najwyżej Time of my life.
- Zamknijcie się, zaczyna się! I będzie tekst! – uciszył nas Kubi.
Na ekranie pojawiło się „Je t’aime moi non plus”… wszyscy zamarliśmy, a w szczególności ja.
- Ooo, to jest miodzio. Rzeczywiście, zapomniałam o tej piosence.
I zamilknęliśmy wszyscy, jak na komendę, dopóki nie pojawiło się… to:
Je t'aime, Je t'aime
Oui je t'aime
Moi non plus
Oh mon amour
Comme la vague irrésolue
Je vais, je vais et je viens
Entre tes reins
- O w pytę wałacha. – mruknęłam.
- Co? – zapytał Kubi.
- Od dziś, ta piosenka nie jest romantyczna, jak dla mnie. – zaczęłam się ćmiać. – Ogarniacie trochę tekst?
- Z francuska, to ja tylko jedną rzecz umiem, i ty Deszczu, pewnie nie chcesz wiedzieć jaką. – uśmiechnął się szeroko Wenom. – Nie znamy.
- Dobra, ja wam to przetłumaczę tak z grubsza. X razy jest tam ‘Kocham Cię’, ale przerywniki są po prostu ko-smi-czne. No biorąc z pierwszej zwrotki, to: „przychodzę i odchodzę, jak niezdecydowana fala, pomiędzy twoje biodra…”
Wenom z Kubim spojrzeli się na siebie, potem na mnie.
- Głowa cię boli? – zapytał Wenom, przykładając dłoń do mojego czoła.
- Spierdalaj, doktor Spiele. Nie, tak tam jest! – parsknęłam. – Dalej ta baba mówi, że on jest tą falą, a ona nagą wyspą. No i powtarza, jakby akceptując to co powiedziałam wcześniej. Ja pieprzę, wyłączyć pornola, tu są szeregowi zieloni! – ryknęłam na ostatnich wirażach.
Cała sala się zwróciła na nas, a my do starszej, grubawej kobiety, obsługującej telewizor i z zapartym tchem, rozmarzonym wzrokiem, wpatrywała się w ekran. Doskonale słyszała, co to znaczy. 

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

niedziela, 6 lipca 2014

"Rape me, my friend..."

Było to w czasie między aniversarami numer dwa, czyli tymi ostatnimi a przyjazdem, powinnam napisać odwrotnie. Jak zwykle, nocny dyżur, około dwudziestej szajba na prysznicach, i potem spokój. Gazetka, fajeczka, spojrzenie, gazetka, fajeczka, spojrzenie. Ewentualnie tylko gazetka i fajeczka. Dokładnie podczas tego ‘ewentualnie’ naszło mnie na potrzebę wstąpienia do Świątyni Dumania, czyli toalety. Poszłam do zwykłego szaletu, tego dla każdej klasy pracowniczej, i wracając ciemnawym łącznikiem, ktoś mnie złapał od tyłu i zakrył usta. Po krótkim fajcie, próbowałam uciekać, ale świeżo umyta podłoga i szmata na podłodze, uniemożliwiły mi ucieczkę. Wyrżnęłam jak Mateja na buli i zostałam zaciągnięta we wnękę. Gościu, naprawdę jakiś zdesperowany, z dzikością zrywał ze mnie pas a ja, szamotałam się we wszystkie strony, nie mogąc się ruszyć, gdyż wcześniej zadbał o to, aby moje ręce były poza zasięgiem jego głowy, z której miałam ochotę wydrapać oczy. W pewnej chwili ktoś wszedł, i … skończyło się. Wy wiecie kto to był.
Aide.
Można by się nawet teraz zastanawiać, w kontekście że Aide to Ray, być może ten „raper” był najęty przez niego aby zyskał w moich oczach. Takie przypuszczenie, ale tego nie wiedziałam. Kiedyś się spytam.
Kontynuując, zapłakana  uklękłam w kącie wnęki, ukrywając twarz. To był rzadki widok, aby zobaczyć mnie jak płaczę. Pamiętam że Adieu podszedł i podniósł mnie, i przytulił, głaskał po głowie, ja za to wypłakałam mu i zawilgociłam mundur, a raczej piżamę. Gdyby tamtędy nie przechodził, prawdopodobnie ja już bym nie żyła. Sama bym się zabiła po takim zhańbieniu, jeśli nikt by za mnie tego nie zrobił. Skoro nie liczę się z życiem innych, to i ze swoim się nie liczę. Taka reguła.
Zamulona, siedziałam potem w zabiegowym, u Hewletta. Jaką minę miał wtedy, zapamiętam do końca mojego życia. Hewlett nigdy, ale to nigdy nie pokazuje swoich czułych stron, w sensie że nie płacze, nie wzrusza się… Zawsze jak to robi, to dla żartu, na pokaz, lub na podstawioną sytuację. I zawsze widać że to fałszywe, bo kiepski z niego aktor. Tym razem, widać było co czuje. Był taki jakby trochę zmartwiony, nuta współczucia i tak jakby ktoś mu zabił kicię, w wieku pięciu lat. Tak było w pierwszej chwili, bo potem widziałam, jak i on trochę współodczuwał to, co mnie spotkało. To jest właśnie rola przyjaciela.
Podobnie zresztą było z Wenomem, bo o Kubim nie ma co mówić. On zawsze pokazuje to, co czuje. Wenom natomiast był taki sam jak Hewlett, tyle że miał ochotę przyrżnąć temu, kto próbował to zrobić. Pamiętam to dokładnie, gdy siedzę jak debil, jak niepełnosprawna istota na leżance, z worami pod oczami od płaczu i potarganymi ubraniami… Oni dookoła, siedzą na innych krzesłach, nie podchodzą, bo nie wiedzą jak się zachować. Wiedzą kim są i co mają w spodniach. Nie chcą podchodzić, bo ja mogę odczuć zagrożenie, które zawsze bagatelizowałam i powinnam bagatelizować. Co gdybym myślała u siebie w pracy tak o każdym, kto przychodzi do mojego gabinetu? Broniła się przed jakimkolwiek kontaktem i zostawaniem sam na sam, a choćby z Frankiem? A wiadomo czy to nie stary zboczeniec? A Wenom? To już w ogóle. To jest zboczeniec. Tak właśnie… wtedy dookoła siedzieli oni, w pewnym momencie wleciała Baśka, i aż mi głupio było, że ktoś ją ściągnął tu po nocy. Kazała im wszystkim wyjść, a no i przyszła z … kobietą od spraw kobiecych. Wyobraźcie sobie moją dziką negację położenia się na samolocie, w celu sprawdzenia, czy nic mi rzeczywiście nie zrobił, jak mówiłam. Powiedziałam. Tylko raz powiedziałam co się stało i nigdy więcej nie zeznałam, bo nie chciałam  wracać, chciałam zapomnieć i mieć to daleko w głowie, zakryte czarną płachtą i najlepiej to to w ogóle spalić, wymazać, zapić, zaćpać, zapomnieć… Nie położyłam się tam. Za Chiny Ludowe i Sułtanat Brunei, nie rozkładam nóg nigdy w czyjejś obecności. Myślałam że ta stara to wybuchnie zaraz na mnie, ale dobrze wiedziała że jej nie wolno. Byłam nie wściekła. Byłam po prostu smutna i tak jakby poczułam się jak szmata. Że tak prosto dałam sobą obrócić i mogło się stać coś, co miałoby wpływ na moje dalsze życie. Gdyby nie Aide, naprawdę, popełniłabym samobójstwo. Zżarło by mnie to uczucie zeszmacenia i kolejnego dnia, nie byłoby mnie na tym świecie…
Baśka próbowała coś do mnie przemówić, dać do zrozumienia, że nikt nie chce źle, przecież to kobieta jak i ty – tu se pomyślałam, że ciekawe, bo to może jakaś Grodzka, czy inny pedał – i daj spokój, nie rób scen, nie zachowuj się jak dziecko, weź się w garść, każda kiedyś musi w końcu tam usiąść, prędzej czy później.
Spojrzałam na nią wtedy, jak na kogoś kto kompletnie nie ma pojęcia o czym mówi i do kogo. Spojrzałam na nią jak na plebejskiego współpracownika, jak na kogoś niskiej rangi, dlaczego ja ludzi oceniam po tym, jaki mają pagon lub jego brak?!
Uświadomiła mi za chwilę przyczyny, dlaczego mam to zrobić, na co pokazałam jej zapięty pasek w moich spodniach i pokazałam ręką, że tu nic nie było.
Potem przyszła jakaś kobita i przedstawiła się, że jest psychologiem, że tu pracuje i wie kim ja jestem. Ja natomiast nie miałam zielonego pojęcia, gdyż z psychiką nigdy nie miałam problemu. Inni je z nią mieli. Zaczęła ze mną rozmowę, a raczej monolog, który prowadził do nikąd, typu – wiele kobiet było w twojej sytuacji, radzą z tym sobie, zawsze na początku jest uczucie przygnębienia. We mnie zbierały się siły, nie mentalne, a fizyczne, bo chciałam jej pokazać, co to jest uczucie przyzębienia albo lepiej – przygębienia. Ale się powstrzymałam. Nie robi nic złego, swoją robotę. Niech się wygada, tym prędzej wyjdzie. Jak randka w ciemno, nie wiadomo kto następny. Na koniec kazania, gdy zapytała, czy mam jakieś pytania, odparłam – czy mogę iść do domu?  Spojrzała na mnie tak głupkowato, jakby myślała, czy zapytam ją za chwilę jak się wiąże pętlę samozaciskową. W pewnej chwili powiedziała, że omówi to z kilkoma osobami i zobaczy co da się zrobić. I wyszła.
Ja natomiast siedziałam dalej, machając nogami, trochę się niecierpliwiąc. Zaczęłam nawet z nudów czytać jakieś pierdoły na tablicach instruktorskich, gdy wszedł Hewlett. Niepewnie podszedł do mnie, spoglądając mi w oczy i na ręce, naprzemiennie. Jakby mnie się bał. Zapytał czy może usiąść obok mnie, ja odparłam, że po co się głupio pyta, jakby to co się stało, zamieniło mnie w jakiegoś potwora, który odgryza wszystkim głowy w promieniu dwóch metrów. Rozmowę zaczął jąkając się, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Ja wiedziałam o co chodzi. O to, że jestem jaka jestem i nie puszczą mnie na chatę, bo zrobię sobie krzywdę, tere fere kuku. Może i bym strzeliła sobie działkę, albo dwie… Jakąś wódę, i tak dalej, ale nic więcej. Mimo wszystko Hewlett mówił że albo zostanę wywieziona do szpitala publicznego, albo pójdę do domu, lecz nie sama. I że mam wybrać tę zaufaną osobę…