Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aluzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aluzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 sierpnia 2014

Holy fucking shit, it's Dean Randall

Weszliśmy do składziku i wsuwką otworzyłam drzwi do kolejnego składziku, który należy do ekipy Hewletta. Po cichu, zakradliśmy się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie siedział jego skład i popijał herbatę. Popatrzyli się na nas, jak na jakichś debili, Aceton-Ceron-Cwelon aż parsknął śmiechem i chciał coś powiedzieć, ale położyłam mu palec na ustach i podeszłam do drzwi, które były uchylone. Prowadziły do gabinetu Węgierka. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam, lecz zdążyłam usłyszeć tylko dźwięk zamknięcia drzwi. W tej samej chwili wszedł Hewlett i jak mnie zobaczył, to zaczął się śmiać. Głównie dlatego że potężnie jebnął mnie w łeb drzwiami.
- I co, wypieprzy cię z roboty? – zapytał Kuba.
- Nie, on tylko po ten mundur przyszedł. Nic do mnie nie miał, ale za to ty Deszczu, masz z lekka mówiąc – przesrane.
- Co ten lichuj ci powiedział? – zapytałam.
- Pytał mnie gdzie masz gabinet, kogo uczysz, i gdzie jest twój rozkład zajęć. I pytał o twojego mężczyznę, bo nie bardzo chce mu się wierzyć, że masz. Myśli że go tym zbyłaś.
- Uff, no to nie jest źle, przecież chyba potwierdziłeś.
Hewlett zastygł w uśmiechu.
- Przecież ci obiecałem, że nikomu nie powiem.
- A, o kurwa. – jęknęłam. – To teraz faktycznie, jestem w czarnej dupie w Gwadelupie.
- Randall jest strasznie cięty na ciebie. A tak w ogóle, to po kiego kija tu przyszliście?
- My w sprawie Randalla. – powiedział Kuba.
- A co wy do niego macie? – parsknął.
- No bo, gdyby on mnie jakoś szantażował, to chcemy mieć kartę przetargową.
- No jaką, że ja mam ci ją dać?
- Zrób jej badania krwi. Może rufilina się nie rozłożyła tak szybko. Jeśli tam będzie, to my plus wyniki, mamy oskarżenie o próbę gwałtu.
- … no patrz, w sumie racja. To była próba gwałtu. No to Deszczu, zapraszam do gabinetu! – Hewlett z uśmiechem wskazał mi leżankę i zwrócił się do swoich. – Which of you want collect blood of this woman? Który z was chce pobrać krew od tej panny? – parsknął z uśmiechem. Wszyscy jego uczniowie z chęcią i uśmiechami wstali, a ja tylko poszłam w jeszcze większą brechę.
- You don’t know, what this is a mistake. Nawet nie wiecie jaki to błąd. – uśmiechnęłam się szyderczo.
- Okay, olders are staying, young meat comes with me. Dobra, starsi zostają, młode mięsko idzie ze mną. – rozkazał, ze śmiechem…
Usiadłam na leżance i podciągnęłam rękaw.
- Deszczu, masz dreszczyk troszkę? – zaśmiał się.
- No nie, z taką przystojną ekipą, to inny dreszczyk. – parsknęłam, mrugając okiem.
Hewlett z uśmiechem pokręcił głową i się roześmiał.
- Tylko delikatnie, Elvis. – powiedziałam poważnie.
- Okay, fellas, look at me, and learn it. Dobra ziomki, patrzcie się i uczcie. – zwrócił się do nich. – Renard, gimmie disinfectant, Nate prepare vaccine, Hugh, gimme this belt lying on table… Thanks. Okay, first what we do is wearing this belt above vein which we want prick, you see? Very strong oppression is needed. Next, we disinfect place there, on flexion. Next is just pricking. Who wants to do it? Renard daj mi płyn dezynfekujący, Nate przygotuj strzykawkę, Hugh - daj mi ten pasek leżący na stoliku... Dzięki. Dobra, pierwsze co, to zakładamy ten pasek powyżej żyły którą chcemy nakłuć, widzicie? Potrzebujemy mocnego zacisku. Następnie odkażamy tutaj, miejsce na zgięciu. Dalej jest tylko nakłuwanie. Kto chce to zrobić?
- Doug, ale ty to jesteś… - parsknęłam. – Uprzedzam, nie ręczę za siebie. – roześmiałam się.
Pojawił się las rąk, w pobrzmiewającym śmiechu moim, Douga i Kubiego, który siedział obok i przyglądał się, jak to się potoczy.
- Deszczu, wybierz sobie amanta. – odparł Hewlett.
- Okay… Nate, because he have pretty name, it means ‘given by God’ , well I hope that you have hands given by God. Is that Nathaniel or Nathan? Dobra, Nate, bo masz ładne imię, to znaczy "dany od Boda", no to mam nadzieję że masz ręce dane od Boga. Nataniel czy Nathan? – uśmiechnęłam się.
- Nathan, sir.
- Be careful. Bądź ostrożny. – parsknął Hew.
- Go on. No dawaj. – roześmiałam się. I tak zrobił. Hewlett powiedział że podchodzi z tą igłą pod niezbyt ostrym kątem i radziłby go zmniejszyć. Mnie to mnie zabolało, na tyle, że aż mi odskoczyła ręka, przez co żyła się wyślizgnęła. Musiał trochę tam pogrzebać, a ja się śmiałam, żeby nie płakać i patrzyłam na równie rozbawionych przyjaciół. W końcu znalazł jakąś pełną krwi żyłę i pobrał krew. Hewlett zdezynfekował mi nakłucie i przykleił plaster z watą.
- … finished. Skończone. No, Deszczu, chcesz naklejkę z napisem Dzielny Pacjent? – parsknął Doug, uśmiechając się.
- Dawaj, na czole ci przykleję. – parsknęłam. – Biorę dzidę i idę. Mam nadzieję że nie spotkam tej starej kurwy, Randalla. – odparłam, z powagą.
- Nie jest taki stary, Deszczu. – jęknął Hewlet. – Na raz, w sam raz. – roześmiał się.
- A w łeb byś nie chciał? – wycedziłam z uśmiechem, targając czuprynę Douga.
Wyszłam z gabinetu i z rękami w kieszeniach, przemierzałam suchego przestwór oceanu, czyli Aleję Gwiazd. Z radością i uśmiechem na twarzy weszłam do swojego gabinetu, który powinien być pusty o tej porze, chyba że ja tam jestem. Nucąc pod nosem – we will fuck you, weszłam za drzwi i jak baletnica, bardzo w typie Jima Carreya, z wymachem ręki zamknęłam drzwi i obróciłam się i stanęłam jak słup soli jak zobaczyłam Randalla siedzącego na MOIM FOTELU.

- Welcome back. – wyszeptał, przekręcając głowę na bok, wpatrując się we mnie i strzepując papierosa.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Dalej dalej... ekhem ... Gadżeta!

W przerwie obiadowej, odnalazłam Kubę i siedliśmy sobie razem przy stole, trochę jak stare dobre małżeństwo.
- Kuba, powiedz, co tam się tak naprawdę stało, bo miałam dziś spotkanie z Randallem i dowiedziałam się nieprzyjemnej prawdy ze wczoraj… Co tam się działo? - wyrecytowałam błyskawicznie, szybciej niż Scatman John.
- Nie chcesz wiedzieć. – odparł Kuba, popijając kolę.
- Chcę wiedzieć, bo nie chce mieć żadnych tajemnic przed…
- … przed Panem Tajemniczym, którego wszyscy czworo imię znamy.
Spaliłam buraka. Na patelni. Na kurewsko rozgrzanej patelni z sosem tabasco.
- Wiecie kto to?
- Wiemy. Sama grzecznie powiedziałaś. Ale nie bój się, tylko nam, a nam powiedzieć, to tak jakby nie powiedzieć nikomu.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - podejrzliwie spojrzałam mu w oczy, które akurat miał skierowane w żarcie, a nie w rozmówcę. - Dobra mów, co się tam działo?
Kuba spojrzał na mnie z przymrużeniem oka.
- To nie będzie ani przyjemna ani wygodna prawda.
- Czy ja kupuję wibrator domajtkowy że musi być jak w raju?! - ryknęłam na cały głos, aż ludzie ze stołówki popatrzyli się na mnie takim wzrokiem, jakbym serio potrzebowała tego wibratora. - czy chcę usłyszeć prawdę? - wycedziłam spłoszona ciszej.
- To było mniej więcej tak: ten gość od Durana, co się strasznie wkurzył, to wtedy przed nim obronił cię ten cały Randall, a z kolei no ten od Durana go nie tknął, bo był w mundurze i widział co to za ranga. Zaczął cię podrywać, Hewlett coś gadał, że wcześniej widział, jak on się na ciebie gapił, no i spędziliście na jakimś gadaniu z godzinę w Rezerwuarze, coś tam się przytulaliście i on cię po prostu no uwiódł, a wiesz sama jaka jesteś po koce...
- Jestem kurwą po koce, wiem, mów dalej. - wtrąciłam podsycona swoim zachowaniem.
- Nie pierdol. - jęknął przeciągliwie Jakub, jakby chciał mi uświadomić, że jednak nie.
- Nie gadaj. - burknęłam.
- Dobra. - przymknął się, i zabrał po raz drugi do zupy, a ja westchnęłam głęboko coś o tym, że powinnam zastanawiać się co mówię. Ten na to skinął głową, i wrócił do opowiadania:
- No i poszliście razem do łazienki, a Wenom powiedział, że on tego nie zdzierży, bo widział, że to nie ty go prowadziłaś, tylko on ciebie. I w ogóle jeszcze coś Wenom powiedział, że tamten coś ci dosypał do ambrozji. Kiedy odnaleźliśmy was w łazience, byłaś jeszcze lekko przytomna, ale kompletnie nie wiedziałaś, co się dzieje. Jakby trochę przyzwalałaś na to. Zabraliśmy cię od niego, nie tłucząc mu mordy, chociaż Wenom miał wyraźną ochotę, ale Hewlett go przytrzymał. Stąd ten siniak na nodze Hewletta, bo Wenom cisnął nim o umywalkę… Ale się udało, no i cie stamtąd wyciągnęliśmy.
- … Jakubie … - zaczęłam.
- Tylko nie ten tekst z Tabalugi, proszę. – roześmiał się.
- Nie. Ja bardzo ci dziękuję za to że mi to powiedziałeś i za to że tam byłeś. Że do niczego nie doszło, matko, jak ja się cieszę. – odetchnęłam z ulgą i poklepałam się po wątrobie.
- Nie ma za co, będę wdzięczny jak mnie obronisz przed gwałcicielami kiedyś tam, nie wiem kiedy. – roześmiał się.
- A co ze Stefanem? – zapytałam, trochę podenerwowana.
- Trochę był wkurzony, ale za całą burdę odpowiada ten ludzik od Durana. Był wyczytany na liście Schindlera, na apelu rano. Ponoć dostał od Franka ostro po dupie, bo wszyscy mają wiedzieć, że Czerwonych i Czarnych Beretów się nie zaczepia, co by kurde nie robili. A on jest od zmecholi. – odparł.
- Głupi baniol. – warknęłam.
- A co z tym mundurem Randalla? – zapytał Jakub.
- Randall wyśle tam jakiegoś swojego ordynansa osobiście. Ty nie uważasz że to jakiś playboy? – zapytałam z ciekawością.
-… szczerze? Randall taki jest, z tego co słyszałem od tych co z nim przyjechali. Bierze sobie w delegację jak najwięcej młodych dziewczyn. – odpowiedział rezolutnie.
- Coś jak Kaddafi.
- Dokładnie.
- Znalazł się Hugh Hefner, amator jeden. I?
- No i że one strasznie lecą na niego ze względu na pozycję, ech i chyba sama dobrze widzisz że nie jest pokrzywdzony przez naturę, jeśli chodzi o urodę, nie sądzisz? – zapytał z uśmiechem.
- No nie jest brzydki. Ale to takie dziwne, że te laski chętnie z nim jadą. – stwierdziłam.
- Jadą, bo liczą na awanse, a Amerykanki są trochę wiesz… co po niektóre to puszczalskie. – dodał.
- A skąd ty Kubuś wiesz? – roześmiałam się.
- Wenom ma w tych sprawach szeroką wiedzę i znajomości. Wiesz że uwielbia się chwalić takimi, powiedzmy, osiągnięciami. No i ten Randall miał wyraźnie na ciebie ochotę, uważaj żeby cię nie szantażował, bo na na ciebie haczyk. – pogroził mi palcem.
- Tehee, niby jaki? – roześmiałam się po raz kolejny, olewatorsko.

- O burdzie u Stefana mówią wszyscy, ale nikt oprócz tych co ją wszczęli, nie jest karany, bo był tam Randall. On zeznawał, i Gienia mu uwierzyła. Franek trochę był zdziwiony, że to nie ty, ale Randall cię krył. Myślę, że nie odpuści ci tak łatwo, jak ci się zdaje. – poważnie wyrecytował.
- Nie no, jak z nim rozmawiałam, to zdawało się, że rozumie o co chodzi i odpuścił. – odparłam.
- Słuchaj, Randall to kawał skurwiela. Nie licz na to, że tylko dlatego że mu odmówiłaś, to sobie da siana. Jeśli naprawdę głęboko mu wpadłaś w oko, to póki nie wyjedzie, nie da ci spokoju.
- Kurwa mac. No to co robić? – zdenerwowałam się. Mogą być problemy.
- Unikaj go.
- Niby jak? Przecież ja z nimi jestem jednym z głównych łączników z tą gimbazą. Wkopałam się w niezłe bagno, szambo po uszy, teraz będę mieć wyrzuty do samej siebie.
- Wiesz, jakby ci naprawdę groził, to ja mam pomysł na polisę ubezpieczeniową dla ciebie. – uśmiechnął się. - Zjedzmy i chodźmy do Hewletta, bo będzie nam potrzebny.
- Niby po co nam jeszcze ten pajac? – zapytałam, zamyślona…
- Zrobisz badania krwi, jeśli dał ci jakiś proch, to może jego resztki są we krwi. Poszukamy rufiliny i jak ci coś zacznie gadać, że jak się z nim nie prześpisz, to coś tam, to ty wtedy mu pokażesz to i masz nas dwóch świadków, a nawet trzech, że on próbował cię zgwałcić. Jedną próbę, już miałaś, i jest wiarygodne, że ktoś próbował znowu. – odparł inteligentnie, składając talerze.
- Kubuś… - jęknęłam z uśmiechem.
- Co?
- Jesteś genialny! – krzyknęłam, dając mu buziaka w policzek.
- No nie tak ostro, bo twój żigolo mnie zabije. – uśmiechnął się i wstał.
- Zapomnij. To tak z wdzięczności. Jak całujesz matkę w policzek, to ojciec chce ci zajebać? – roześmiałam się, również wstając.
- Nie, hehe. – uśmiechnął się. – Chodź, idziemy do Elvisa.
Zdaliśmy talerze i wleźliśmy bez pytania do gabinetu Douga. Ku naszemu zdumieniu, na krześle siedział Randall i rozmawiał z Hewlettem. I chyba nie przyszedł tylko po swoją zgubę. Dean jak mnie zobaczył, uśmiechnął się, ja natomiast przeprosiłam i całym swoim cielskiem wypchnęłam Kubę na korytarz, po czym zamknęłam drzwi.
- No, to teraz widzę, jakie na niego masz działanie. – parsknął Kuba, opierając się o ścianę.
- Weź, kurde. Ma wzrok jakiegoś psychopaty, coś jak Hannibal Lecter. – oparłam się o ścianę, przerażona.
- No, ale on cię raczej nie przerobi na kotlety. – odparł, śmiejąc się.
- Te, to nie Gordon Ramsay. On wolałby na dmuchaną lalkę. Albo trupa, o ile jest nekrofilem. A może on jest nekrofilem. – wypowiedziałam się w głupkowato-mędrkowym tonie Arniego z 13 Posterunku. – Chodź, wejdziemy od zaplecza.
- A skąd ty znasz takie tajne przejścia? – zapytał.
- Nie pytaj. - roześmiałam się, bo miałam na myśli głównie zabawy z sanitariuszami w chowanego, jak próbowali mi robić zastrzyki, czy coś. Takie kurwa Xanadu*.

*klub wrotkowy z musicalu pt. Xanadu

czwartek, 17 lipca 2014

Monday morning, na na, na-na-na-na na...

Obudziłam się na chacie, jak dobrze. Haj był naprawdę wysoko, bo niewiele pamiętam. Rozejrzałam się po pokoju, i zobaczyłam Hewletta na kanapie, gdzieś na podłodze Wenoma, i rękę Kubiego wystającą zza kanapy. Powoli się podniosłam i po kręciołku w głowie, padłam z powrotem na poduszkę. Pociągnęłam nosem i poczułam jakbym miała coś na ustach, więc przetarłam dłonią po nich i na ręce ujrzałam zaschniętą krew. Szybko wstałam i popędziłam do łazienki, gdzie zobaczyłam umorusaną w krwi twarz. Natychmiast obmyłam się i poczłapałam do salonu, gdzie leżała reszta ekipy. Usiadłam obok głowy Hewletta i popatrzyłam na śpiących ćpiących. Za chwilę obudził się Wenom i podniósł się z dywanu.
- Te, lala, dobry towar, nie? – wyśmiałam Wenoma, który chyba jeszcze nie do końca był przytomny. Odpaliłam papierosa.
- Kim ja jestem… ? – zapytał, drapiąc się po głowie.
- Jesteć kurna Jurand ze Spychowa, hemoglobina, mistyfikacja, taka kurde panie sytuacja. – zaśmiałam się.
- Ze Spychowa?
- Żartuję, Wenom. Sebastian Żmijewski się nazywasz, kończ waść, wstydu oszczędź.
- Ja pierdolee…
- Aż tak ci nie pasuje ta tożsamość?
- Nie, to był chyba trochę za mocny towar… Chyba nie pamiętasz co się działo.
- No tak, właśnie się zastanawiam, skąd krew na mojej twarzy. Poszła mi sama?
- I sama poszła farba i tez kogoś zmalowałaś.
- Kogo?
- Sam chciałbym wiedzieć co tam się działo. Chyba musimy się wybrać do Stefci, i popytać. O ile nie zrobiliśmy czegoś, że Stefan nas po prostu wygoni. Aż się boję, a to zejście jest okropne. Chyba zaraz się porzygam.
- Dobra, rzygaj sobie, ale nie na dywan. Zwalaj do łazienki w takich celach. Zobaczymy co powie Hewlett z Kubim jak się obudzą.
- I o ile żyją.
- Weź nie pierdol i nie pogarszaj sytuacji. Żyją, bo widać jak oddychają. A zejście, rzeczywiście, jak po takim haju to adekwatne.
- Ja pieprzę, ostatni raz kupowałem towar w ten sposób, u tego gościa. Nigdy więcej…
- Mam totalne Radio Gaga1 w głowie. Dawaj, budzimy ich, bo nie mam ochoty czekać. A co jeśli jesteśmy ścigani przez policję i teraz może wypadało by tak po prostu spierdalać?
- Też możliwe.
- Co pamiętasz?
- Pamiętam ze było mordobicie, żandarmeria i twoje auto, który… no właśnie, był lekko podniszczony…
- TSO KURWA?!
- … no coś było nie tak z nim, pamiętam że się strasznie złościłaś, że to tak jakbyś sobie kutasa na środku twarzy narysowała czubkiem noża. Ale co to było, to nie wiem, tylko ten twój wkurw…
- Coś jeszcze?
- Nie. A ty co pamiętasz?
- Pamiętam tylko to, przed tym jak wzięliśmy mąkę… I tyle. Potem kompletna czarna dziura… wiesz, czuję się trochę jak w Kac Vegas. Całe szczęście, że nikogo nie brakuje, ale ja nie mam kompletnie pojęcia, co się stało.
- Jeśli mówisz Kac Vegas, to mam nadzieję, że nie poszedłem do łazienki z jakąś męską prostytutką.
- Kurwa mać, chyba naprawdę przesadziliśmy. Budź Kubiego.
- Dlaczego ja?!
- Bo mam bliżej do Hewletta, a ledwo chodzę.
I tak tez zrobiliśmy. Wenom nie miał z obudzeniem Kubiego problemów, natomiast Hewlett vel Pan Słaba Głowa, nie miał wcale ochoty na wstawanie. Na początku zapodaliśmy mu plaskacze, potem zimną wodę, postawiliśmy go na nogi, lecz wtedy Wenom coś się zachwiał i mało co nie upadł na szklany stół. Ostatecznie chcieliśmy już go potraktować gorącą łyżką po jajach, ale Kubi po prostu kopnął go w przyrodzenie, co od razu postawiło nam kolegę na równe nogi.
- No i co Hewciu, może ty nam powiesz, co pamiętasz?
- … o kurwa… pamiętać? Chciałbym nie!
- Pamiętasz wszystko?
- Wszystko dopóki nie przylali mi w łeb.
Spojrzeliśmy wszyscy po sobie.
- Kto ci przylał w łeb?
- Była ogólnie jakaś burda u Stefana…
- Mów dalej…
- … zaczęło się od tego, że ktoś kto śpiewał na karaoke, na drużyny z nami, wylosował Duran Duran. Ty byłaś wniebowzięta, a gościo powiedział co to za wieś, że on tego nie zna i tak dalej. I wtedy powiedziałaś, że może nie śpiewać i tracić punkty i że masz w dupie, co sądzi o DD.
- No to co, że tak powiedziałam.
- Gościo się strasznie wkurzył chyba, że masz jego zdanie w dupie. Zaczął coś się na ciebie drzeć, baby do kuchni i tak dalej…
- …to już chyba wiem, skąd ta krew…
- … to nie jego krew. To twoja krew.
- Zlałam go?
- Stłukłaś go na kwaśne jabłko. Gościu spierdalał od Stefana, aż się kurzyło, szkoda tylko że wezwał żandarmerię, a w międzyczasie na sali znaleźli się zwolennicy i przeciwnicy Duran Duran. I zaczęła się jatka. Ta krew na twojej twarzy, to reakcja na kokainę, nie że ktoś cię ujebał. Bardzo sprytnie walczyliśmy, tylko zapomnieliśmy o żandarmerii i nie było czasu iść na Narnię. We czworo wyskoczyliśmy przez okno. I jak stałem na parapecie, ktoś mi przylał tacą w tył głowy.
- Twoje szczęście że zleciałeś na nas, bo byś sobie kark skręcił. – powiedział Kuba.
- To jak ty żeś skakał?! Na główkę? – ryknęłam. – Jakubie, skąd ty wiesz jak skoczył?
- Bo pamiętam i burdę i jak wracaliśmy.
- Jakubie… - złapałam go za kołnierz. – powiedz co jest kurwa z miłością mojego życia!
- Jego tam nie było… - mruknął Hewlett, trzymając się oboma dłońmi na skroniach, z grymasem na twarzy.
- Nie pytam o OSOBĘ, pytam o SAMOCHÓD!!!! – wrzasnęłam. – Co jest z moim samochodem?!
- … no… chyba musiałabyś sama to zobaczyć… - mruknął.
- Gadaj, bo nie zejdę teraz do garażu. Właśnie schodzę, ale w innym sensie. Gadaj!
- … no wybity reflektor…
- TO JESZCZE NIE JEST TRAGEDIA, ALE I TAK ZAJEBIĘ TEGO KTO TO ZROBIŁ!
- … wybita szyba…
- KTÓRA?!
- … ta od pasażera.
- Dobra, mam ubezpieczenia na szyby. Coś jeszcze?
- … no i jest oblany różową farbą…
- Kurwa ja pierdole mac… - jęknęłam, padając na podłogę. Zemdlałam z tego wszystkiego.
Otworzyłam oczy i właśnie siedzę na swoim fotelu z ręcznikiem z lodem na głowie.
- Rąbnęłaś głową o kant sofy. – powiedział Hewlett.
- Czy mój samochód naprawdę…? – pisknęłam z rozpaczą.
- Wenom poszedł zobaczyć jak to dokładnie wygląda, o ile tam dojdzie…
- Wie on w ogóle gdzie jest mój garaż?
- Nie zostawialiśmy go w garażu, został na parkingu podziemnym.
- Ja pieprzę, co za wstyd, poplamione żółto czarne camaro różową farbą… Hańba mi, tylko iść się powiesić.
- Spokojnie, zobaczymy co to w ogóle za farba…
W tej samej chwili wszedł Wenom.
- O. Żyjesz. Jeśli chodzi o farbę, nie ma co się martwić. To jakaś maź jak plakatówki. Schodzi z wodą. Gorzej jeśli chodzi o szyby.
- Ką…?
- No… szyba jest wbita do środka, masz masę szkła w środku. Drobny mak, ja nie wiem jak myśmy się nie pokaleczyli. Ale chyba bardziej zasmuci cię to… i Wenom wyjął 10 płyt z mojego samochodu zza kurtki. Popękane i pokruszone.
- Tso to jeeest?! – wypiszczałam.
- Co najlepsze, nie ma tutaj żadnej płyty w całości, a przeszukałem cały samochód. Każdej jest mniej więcej – pół w całości, mniej więcej.
- A ja wiem dlaczego. – powiedział Kubi. – Rzucaliśmy w napastników, a nie było za bardzo czym, bo Deszczu dbasz o porządek w samochodzie, to łamaliśmy płyty na pół i rzucaliśmy. Któreś z nas powiedziało że jak po pół zostawimy, to chociaż połowa piosenek zostanie.
- Niby kto to taki kretyn, hę? – warknęłam.
- Właściciela płyt, buziaczku. – uśmiechnął się Jakub.
- Nigdy więcej nie używamy mąki, bo przepraszam bardzo, kto najbardziej tu ucierpiał?!
- Na razie ty wygrywasz z nami. 11:0:0:0.
- Za samochód policz inaczej – za reflektor 2 punkty i za szybę 2 punkty.
- Nie.
- Ma być cztery za auto! – ryknęłam. – A właściwie, to po chuj się kłócę o punkty?! Mój samochód zhańbiony! Płyty połamane!
- No to mnie się też należą punkty. – odparł Hewlett.
- Niby za co. – jęknęłam.
Hewlett podciągnął nogawkę i pokazał zawalistego siniaka na pół uda.
- Hehe… wreszcie i was dosięgło zło. Tylko że co, nic nie straciłeś, nie?
- Oprócz munduru, który leży, o tam poszarpany, to chyba nic. – roześmiał się Kubi.
- Ja pieprzę. – złapał się za głowę Hewlett. – Mam nadzieję ze jest w miarę cały, w sensie że odznaczenia.
- I tak mało złomu masz na piersi, to się nie martw. Ale o ile dobrze pamiętam, byłeś ubrany po cywilnemu?
- No właśnie… hej, to nie mój mundur! To mundur… o ku.. ku… KURWA MAC?!
- Co to za gościu QQ Curvamachi? – zapytał Wenom.
Spojrzałam się z litością na Wenoma, jak i Kubi.
- On przeklął, po prostu. – podpowiedział Jakub. – Czyj to mundur? – zwrócił się z powrotem do Hewletta.
- Jeśli to jest prawda, co ja czytam, to mam ostro przesrane.
- Czyj to mundur?! – krzyknęłam.
Hewlett trochę roztrzęsiony spojrzał na nas i z zapartym tchem powiedział że to mundur jego przełożonego, jakiegoś Randalla.
- Hehe, to jesteś Hewciu, można by powiedzieć - w dupie! Punkt za siniaka i pięć za mundur! – roześmiał się Kuba.
- Ej a za samochód to powinno być z… miliard! – szturchnęłam. – Może pochwalcie się co wy macie, Polaczki! – zwróciłam się do wyżej wymienionych.
- Ja nie wiem jak wy… - mruknął Wenom. – ale mnie to chyba ktoś ograbił ze wszystkich prochów.
- Wielka szkoda, Wen! – zironizowałam.
- Ej bańki, tak w ogóle to dziś jest normalny dzień roboczy jak inny… czy mi się zdaje?
Wszyscy zakończyliśmy licytację i zaczęliśmy w jednej chwili szukać telefonów. Pierwszy znalazł Jakub.
- Jest czwartek, 5:30.
- Wiecie co. Chyba zapierdalamy tym różowym rzygiem do roboty.

1 Mieć Radio Gaga w Glowie – słyszec ekscentryczne myśli

środa, 9 lipca 2014

Hera koka hasz elezdi...

Chrząknęłam i poprosiłam o zmianę programu. Ta spytała, na jaki, na co Wenom się w tej chwili uśmiechnął, ożywił i włączył do rozmowy, wypalając – 372!
Spojrzałam na niego, jak na głupka. On śmiał się, i kazał czekać. Tak żem czuła, że to będzie coś w jego stylu.
Nietrudno zgadnąć że był to kanał o nazwie REDHOTSEXXX i naszym oczom ukazało się coś gorszego, niż śpiewanka o nagich falach i niezdecydowanych wyspach… znaczy się, odwrotnie. Popcorn szerokim strumieniem wyleciał w powietrze, Kubi z śmiechem patrzył na ekran a Wenom z pokerową miną oglądał akcję. Cała sala pobrzmiała śmiechem, a ja upadłam pod fotel i odwróciłam się do Wenoma, ze słowami, że nie mam zamiaru oglądać jakichś jego filmików instruktażowych.
- Tak? Przecież ty ich nie potrzebujesz…
- Nie, nie potrzebuję!
- … bo już jakieś tam doświadczenie masz. – uśmiechnął się.
Wbiłam wzrok w Wenoma, a Kubi we mnie.
- Co? – krzyknęłam sztucznie.
- No, co: co? Przecież widzę że już poruchałaś, potwierdź to, bądź nie, ale na prezent dla smoka, to ty się już nie nadajesz. – roześmiał się.
- Niby skąd ci to wiadomo? Co taki pewien jesteś, że wiesz?
- Chodź tu na fotel, usiądź sobie, pogadamy. Dla mnie największa kwestia, to nie kiedy, a z kim! – parsknął. – Co to za rycerz i spryciarz musiał być, że mu się udało posiąść taką dziką kobietę, która zdaje się nie wiedzieć o istnieniu sfery erotycznej pospolitego człowieka.
Zagryzłam wargę i wstałam.
- Nie powiem ci kto to był. – mruknęłam z pełną powagą i usiadłam.
- Czyli jednak? – wykrzyczał.
- Po pierwsze – ciszej, do kurwy nędzy. Po drugie – jak to zauważyłeś?
- No, wiesz, kiedy kobieta staje się prawdziwą kobietą, zachodzą pewne zmiany, nie tylko w jej zachowaniu, ale i w wyglądzie… - mruknął, kujonowato się przemądrzając.
- Gadaj. Co takiego widać? – złapałam go za kołnierz.
- Te, lala, spokojnie… - odsunął moją rękę i pogładził koszulę. - … po prostu kiedy kobieta miała już mężczyznę między swoimi nóżkami, to nogi w bioderkach się trochę rozchodzą, a u ciebie było to strasznie proste do zauważenia, bo masz, znaczy – miałaś w miarę niebogatą sylwetkę w tych miejscach. Sexual level - up! – zaśmiał się. – Ale mam pytanie.
- Nie powiem ci kto to, już powiedziałam.
- Nie, okej, ja z czym innym. Powiedz chociaż, czy był dobry.
- Chyba cię pojebało dziewczynko.
- Czyli cienias? - zawył ze śmiechu.
- Kurwa nie, nie będę ci fanzolić o takich beremontach. Spadaj na drzewo, balasie.
- Ale dlaczego?
- Po pierwsze - chuj ci do tego. Po drugie - nie mam porównania.
- Możemy tę drugą sprawę załatwić. - poprawił pasek, a ja zamiarowałam znów pierdolnąć go za kołnierz, ale załamałam tylko ręce.
- Ty to jednak jesteś popierdolony. - burknęłam, silnie zaznaczając "r".
- Ale dobrze ci było? Szybko doszłaś? Porządnie zabolało na początku? Popieścił cię chociaż troszkę, zanim ci go włożył? – zaczął głupio się pytać, z adekwatną miną do poziomu głupstwa.
- Skąd masz takie doświadczenia? Z gej klubów?
- Po prostu powiedz, i kończę temat. Jesteś jedyną kobietą, której mogę się o to spytac, bo pierwszy raz w życiu przyjaźniłem się z dziewicą. Ciekawośc mnie zżera, ot co, to chyba nie są trudne pytania? – zapytał, już całkiem poważnie. Jakub patrzył na mnie z lekkim uśmiechem, ale widać było w jego minie taką nutę zażenowania, jakby chciał żeby go tu nie było. Wenom wyglądał całkiem poważnie, chociaż i tak wiem że oszukuje.
- Dzisiaj u Stefci! Przyniosę ci ekłipment. Zrobimy imprezę dziewiczo straceńczą.
- O swoich przygodach spod prysznica mnie nie musisz opowiadać, łomie. – mruknęłam ze śmiechem na odczepne.

I spotkaliśmy się u Stefci, w tym samym składzie, jak na Rezerwuar przystało. Wenom przyszedł pierwszy, bo tak miało być, Kubi powiedział mu, że nie bardzo ma ochotę uczestniczyć w tym przesłuchaniu, bo to takie troszkę niegrzeczne, pytać kobietę o te sprawy, a Hewletta nawet nie chcę tam widzieć, dopóki Wenom nie wyczerpie worka z pytaniami.
- Tutejszy?
- Nie. – westchnęłam, spoglądając w okno.
- Ojoj… - zaszczebiotał. – Chyba Deszczu nam się zakochał…
- Co ty wiesz o miłości…
- Tyle co ty o seksie. Wszystko widac jak na dłoni, kochana. Patrzysz gdzieś w dal, zamyślasz się od jakiegoś roku. Kiedyś byłaś taka jak ja – wolny strzelec, wszystko wolno, mam wszystko gdzieś. Wy-je-bane.
- Ty też kiedyś byłeś zakochany.
- Tak, ale nie mam zamiaru rozmawiać o Jill. Jeśli by kochała mnie tak samo jak ja ją, nigdy by nie zgodziła się na takie misje, zagrażające jej życiu. I widzisz co się stało. Nie ma jej.
Tą wypowiedzią Wenom uświadomił mi jedną, ważną rzecz. Jaką krzywdę robię Ray’owi tymi wyjazdami i szpitalami. I jak mniejszą mi wyrządza on, ciągle ryzykując własne życie. Ale to ja tyle razy obrywam i leżę…
- … wierz mi, że gdybym mógł cofnąć czas, zabroniłbym jej tam jechać… - Wenom posmutniał i popił ambrozją. – Jeśli on cię kocha, nie rób mu tego co robisz. Nie wiem ile ze sobą jesteście, czy w ogóle jesteście, ale jeżeli on wyrazi chęć pozostania z tobą, a Ty chcesz zostać z nim, to nie krzywdź go w ten sposób. Opuszczenie zakochanego mężczyzny jest gorsze niż opuszczenie zakochanej kobiety. Mężczyzna aby się zakochać, musi mieć naprawdę powód. Kobiecie wystarczy ładna klata, i jest już jego.
- Nagle znalazł się obrońca uciśnionych… - mruknęłam ze śmiechem, bawiąc się słomką.
- … ech, po prostu ze swojego doświadczenia wiem. Jeśli jest między wami coś więcej, niż seks, to nie zachowuj się jak wolna i pochopna. Nawet najtwardszy mężczyzna zapłacze, jeśli kobieta którą kocha, zginie lub go opuści. Nie pamiętasz, jak było ze mną?
- A skąd wiesz, że ja mu krzywdę robię, co? Znasz go?
- Nie mam zielonego pojecia kto to, ale kimkolwiek by nie był, jest mężczyzną, bo czymś cię zadowolił, nie? A skoro jest mężczyzną, to jest słabszy psychicznie od ciebie, to jest taka męska natura… Szybciej się złamie, niż myślisz, tylko nie da po sobie poznać.
Oboje zamilknęliśmy, i za chwilę wparował do baru Hewlett.
- Weź to sobie do serca. – zakończył Wenom.
- Hej, smutasy, co taki pogrzebowy nastrój? – krzyknął Hewlett, ściągając kurtkę.
- Jaki pogrzebowy, po prostu o poważnych rzeczach rozmawiamy! – odparł Wenom.
- Czyli że o czym, bo jak zauważyłem, ty nie potrafisz rozmawiac poważnie o poważnych rzeczach…? – zapytał Doug, siadając i zacierając ręce z zimna. – Prawda Deszczu? – poklepał mnie po ramieniu. Ja milczałam, wraz z Wenomem. Hewlett z wesołej miny przeszedł na poważną.
- Ale że coś się stało czy co?
- Nic się na razie nie stało, po prostu rozmawialiśmy chwilę o Jill… - wyrecytował monosylabicznie Wenom, po raz kolejny popijając ambrozję.
- Żeście temat znaleźli do rozmowy. Ja tam mam dobry humor! – roześmiał się.
- Ale że coś się stało, czy co? – zapytał Wenom, w podobny sposób jak Doug przed chwilą, w wyraźnym sposobie prześmiewaniem się i próbą parodii.
- A nic, po prostu mi się powoli chyba wesele będzie szykowało. – Doug spojrzał na mnie, czego nie zauważyłam, bo zwróciłam uwagę na Wenoma, zapluwającego się drinem.
- Twoje?! – wykrzyczał. – Klękajcie kobiety…
- Nie, bucu, nie moje. Mnie się do ustatkowania nie śpieszy. Stary kumpel coś tam planuje, może będę jego drużbą. – Hewlett po raz kolejny się tak na mnie popatrzył, a ja zrozumiałam, że chodzi o Ray’a i mnie. – Gdzie Jakubina? – rozejrzał się po sali.
- Zaraz przyjdzie. – mruknął Wen. Ja nie mogłam oderwać wzroku od Hewletta. Coś wie.
- Chodź Hewciu, pójdziemy po ambrozje. – wzięłam Douga pod rączkę i wyprowadziłam z Rezerwuaru. Kiedy siedliśmy przy barze, zaczął się śmićc.
- … wiem o co chcesz spytać, bo widzę jak się zdenerwowałaś, jak wam przerwałem rozmowę. – śmiał się.
- Powiedział ci?
- O planach, czy o tym co było? – Doug oparł się na ladzie.
- O tym co było. – wycedziłam.
- Opowiedział mi wszystko, z najdrobniejszymi szczegółami. – Hewlett machnął ręką, jak artysta.
- Faceci to jednak debile. – mruknęłam sama do siebie. – Myślałam, że nikomu…
- Słuchaj… - złapał mnie z uśmiechem za rękę. - … to że powiedział mi, możesz sobię włożyc między bajki. Ja nie mam zamiaru o tym nikomu opowiadać, a on mi o tym powiedział… boo… - zatrzymał się - …bo jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, a mężczyźni często zdają relacje ze swojego pożycia seksualnego. – odparł, z pisknięciem. – Dokładnie tak jak kobiety między sobą, tyle że zwracają uwagę na trochę inne rzeczy. – puścił moją rękę i oparł się powrotem o bar.
- …i… i co ci mówił…? – zapytałam, dosyc niepewnie.
- Zapewniam cię, że nie bardzo chce ci się tego słuchać, ale nie mam pojęcia co cię interesuje z jego wypowiedzi. Kobiety najczęściej mówią o rozmiarze członka, o umiejętnościach, i tak dalej. Przecież ci nie będę mówił tego, co wiesz. – zręcznie się wyprowadził z sytuacji, popijając ambrozję.
- …ale, czy mu się … tego, no…
- Podobało?
- Tak, właśnie. – westchnęłam cicho.
- Kobieto. Nie wiem nawet jak to ująć. – roześmiał się. – Jest tak szalenie w tobie zakochany, że gada o tobie w samych superlatywach. Kompletnie go nie obchodzą twoje wady, a jeśli chodzi ci o to, jaka byłaś dla niego w łóźku, to w sumie nie powiem ci nic. Mężczyznom, generalnie każdy seks się podoba, kwestią jest z kim on był. Był z tobą, a z racji tego że cię ubóstwia, to jesteś dla niego boginią. Jak zawzięcie opowiada o twoim ciele i … eech. Nie chce tego mówić, to się nie nadaje do słuchania dla kobiet. I mnie, bo mi rozporek rośnie, także tego.
- A te całe plany?
Hewlett uśmiechnął się krótko.
- Nic ci nie powiem, bo byłoby to nielojalne z mojej strony. Zapewniam cię, że zła nie będziesz. – parsknął śmiechem. – Swoją drogą, ma szczęściarz farta że cię dorwał.Tyle co on się naprzeżywał za młodu… nie dziwię się, że los zesłał mu ciebie, chyba w ramach rekompensaty cię dostał.
- Fajnie, że określasz mnie tak przedmiotowo. – parsknęłam ironicznie.
- Nie, źle zrozumiałaś. Dostał możliwośc poznania ciebie trochę z innej perspektywy niż ja. Ja, jak dobrze oboje wiemy – nie mam szans u ciebie, ze względu na sytuację, w jakiej jesteśmy położeni. On miał trochę inną drogę do zdobycia twojego serca, może i trudniejszą, ale się mu udało. Jeśli to spieprzy, to sam mu łeb spiorę, bo takiej życiowej szansy nie wykorzystać, to...
- Będę pamiętać… - zakręciłam słomką w ambrozji.
- A ty? Jak wrażenia? – zapytał Hewlett.
- Weź już przestań, bo mi Wenom próbował robić mi wywiad pielęgniarki środowiskowej niedawno. Skądś się domyślił, coś o biodrach gadał. – zaczęłam się śmiac.
- Że się niby rozchodzą? – parsknął Doug.
- Dokładnie. To prawda? – zapytałam, całkiem poważnie.
- Jeśli by można było na rzut oka odróżnic dziewicę od rozpieczętowanej, to nie wiem co działoby się na tym świecie. W jajo cię zrobił i strzelił tak tylko. A ty widać łatwo się dałaś, nie? – wyśmiał mnie.
- …tiaaa… - mruknęłam wyciągając papierosy. – Polish?
- Nie, dzięki. – parsknął. – A i tak na przyszłość – jak macie zamiar robic schadzki?
- Nie będzie żadnych schadzek. – mruknęłam, odpalając kosmoslimkę.
- No nie gadaj, że nie chcesz podtrzymywac tego romansu. Coś było nie tak? – zdziwił się na to.
- Wszystko było bardzo dobrze, ale wiesz że tak się nie da w tym układzie. Musi zakończyć ten cały kurs i wyjśc spod moich skrzydeł. Na razie, jestem pod paragrafem, i jakby się Kliczko dowiedział, to pa-pa. Nie warto się rozpuszczać, bo jeszcze dojdzie do tego, że zaczniemy to robić w pracy, a tam naprawdę niełatwo o „lojalnego” współpracownika. – odparłam ironicznie.
- Trochę racja, i trochę lipa. – stwierdził popijając.
- Nie rozumiem, czemu lipa.
- Będziesz go tak nęcić przez następne pół roku, a po aniversarach pójdziecie od razu do ciebie? – zapytał, zażenowany.
- Nie, stwierdziłam, że ostatni raz dałam dupy przed ślubem. Nigdy więcej. I tak nie mam pojęcia, dlaczego to zrobiłam wtedy raz i potem drugi. Przysięgałam sama sobie, że dochowam czystości do ślubu. I dupa wołowa mi tylko została, o tyle dobrze, że nie przegrałam zakładu. – mruknęłam.
- Pożądanie, kobitko, pożądanie, tak to się nazywa… - uśmiechnął się.
- Że u was, to rozumiem, ale żeby u mnie? – założyłam nogę na nogę. - Zwalicie sobie, i po zawodach. Przecież wiem, że to dla was takie typowe, ty też pewnie robisz to co wieczór. Zagadką jest tylko przy czym.
Hewlett się uśmiechnął i spojrzał w dół.
- Chyba każdy facet bez kobiety, lubi sobie czasami pooglądać pornole z asystą ręki…
- Dla mnie to jest wstrętne, żeby tak sobie samemu robic przyjemność.
- Bo ty tak nie robisz? Zobaczymy, jak ci zabraknie twojego kochasia, to wtedy ciekawe jak zaspokoisz swoją potrzebę. – wybuchł śmiechem.
- Umiem się powstrzymywać, jak widać. – uśmiechnęłam się dumnie.
- Nigdy nic nie wiadomo. Może będziesz szukac, jakiejś męskiej prostytutki?
- Siedzi tam na Rezerwuarze, chętne do rżnięcia sexmachine.
- Ej wy tam, mizdrzycie się, czy bierzecie ambrozję? – ryknął Wenom.
- Weź nie pierdol, lalunia! – krzyknęłam, wstając. – Idziemy!
Wróciliśmy na Rezerwuar, i za chwile przyszedł Kubi, który rozwalił cały misterny plan.
- I co, Deszczu ci powiedział, Wen?
Hewlett spojrzał się na mnie uważnie i z uśmiechem, Wenom wybałuszył oczyska na Kubiego, żeby się zamknął a ja z nutą zażenowania spojrzałam na Douga i się zaśmiałam.
- Dobra, chłopaki… - zaczęłam, śmiejąc się. – Hewlett wie, nie macie co się ukrywać.
- Hewlett, od kiedy bawisz się w ginekologa? - roześmiał się Wenom.
- Więcej cipek tyżeś widział, niż ja, nawet jakbym się bawił, jełopie. - uśmiechnął się Doug. - …dobra, co mamy na dzisiaj?
- Z racji, że Deszczu właśnie stała się prawdziwą kobietą, to dostanie coś specjalnego… LSD kochana.
- Och, dziękuję, Wenom… będę miała odpały.
- Akurat, jakieś może kolorowe fantazje ci się objawią! – parsknął. – Zostaw sobie na później, lecimy z mąką.

wtorek, 8 lipca 2014

Strange, he's standing there below, staring eyes thrill me to the bone

Nieprzyjemne i przyjemne wspomnienia jednej nocy… na marginesie, moim bijaczem okazał się być jeden z bażantów, których grupka była u nas na jakby wycieczce zapoznawczej, w takim sensie, że przyjadą na parę dni i wracają do siebie się przygotowywać do egzaminów, aby się dostać do elitarnych jednostek. Gościu został jeszcze w tym samym tygodniu wypieprzony z wojska, i wsadzili go za kratki, a właściwie – do pokoju bez klamek. Okazał się być jakimś gwałcicielem, który nie został złapany, zdążył zmienić nazwisko, a zapisał się do wojska po to, aby nie być śledzonym. Specjalnie wybrał naszą ligę, bo jesteśmy chronieni. Całe szczęście, że nie udało mu się tu dostać.
Z natłoku myśli wyrwał mnie Ray, który słusznie zauważył że odprawa kończy się za 15 minut. Ja siedziałam przytulona do niego i spoglądałam na tablicę odlotów.
- I think you have to go… Chyba musisz już iść. - mruknął, przygnębiony, rozczesując moją grzywkę.
- You know where’s the point? In it that I will daily look at you, and couldn’t touch like that. We must end this show. Wiesz o co mi chodzi? O to, że będę codziennie na ciebie patrzeć, i nie móc dotknąć jak teraz. Musimy skończyć to przedstawienie. – odparłam, lekko poddenerwowana. Zawsze taka jestem, gdy coś się dzieje nie po mojej myśli.
- And you think, that I’ll resign army, yes? I uważasz, że zrezygnuję z armii, tak? – zapytał ze śmiechem.
- No, do your dreams, but… If you wouldn’t be in my department… It could be cool. Nie, podążaj za marzeniami, ale… jeśli nie byłbyś w moim plutonie… byłoby fajnie.
- Then what? You came to the United States, and marry me? A potem co? Przyjedziesz do Stanów i za mnei wyjdziesz? – zapytał.
- I don’t wanna live here… what? Nie chcę tutaj mieszkać… co?
- What: what? Co: co?
- You said, marry me? Powiedziałeś – wyjść za ciebie?
- Yes, people make weddings then children. Normal families. Tak, ludzie się żenią a potem robią dzieci. Normalne rodziny.
- You should think about not do it. I’m so… Powinieneś to dobrze przemyśleć. Jestem zbyt…
- Yes, yes, Susannah – I know you. You’ll be doing everything, to keep yourself alone. Let me explain something – I want live with you. Your behavior doesn’t really matter to me, you know? Sometimes, your bad habits are silly, some are good to me, like your love to my body. It’s pleasing, because you’re da one that I want, and I think that’s vice versa. We can make lucky marriage… Tak, tak, Susannah – znam Ciebie. Będziesz robić wszystko, aby zostać sama. Daj mi coś wytłumaczyć – chcę z tobą żyć. Twoje zachowanie nie ma dla mnie większego znaczenia, wiesz? Czasami twoje nałogi są durne, jedne dobre dla mnie, jak twoje pożądanie. To przyjemne, bo jesteś tą jedyną której chcę, i myślę że to działa także vice versa. Możemy stworzyć szczęśliwe małżeństwo.
- Yada – yada – yada. Both of us are sick in some parts of ours lives. You’re real studhammer, and of course – I don’t enter a cavecat, but… It works, when we are long time far away from ourselves. I don’t know, what it could be in daily life. Bla-bla-bla. Oboje jesteśmy upośledzeni w niektórych częściach naszego życia. Ty jesteś ogierem z prawdziwego zdarzenia, i oczywiście – nie wnoszę sprzeciwu, ale… To działa, kiedy jesteśmy długo i daleko od siebie. Nie wiem jak to mogłoby być w normalnym życiu.
- You are frightened of that I will raping you, that’s why? Boisz się że będę cię gwałcił, tak?
- Maybe kinda, that’s why. We must change, both. You must keep yourself tight, and I… well… it’s too much talking and not too much time to do it, because my plane would came back here, till I finish laundry list… Może trochę dlatego. Musimy się zmienić, oboje. Ty musisz się trzymać na wodzy, a ja… no… to za dużo gadania, a za mało czasu, bo mój samolot zdąży tu wrócić, zanim skończę czytać litanię. - po tych słowach wstałam, z nutą zażenowania, że jestem ideałem, ale tylko w moich oczach.
- Nevermind, as you are, or was, or will be, I’ll be still loving you. Nieważne jaka jesteś, byłaś, albo będziesz, nadal będę cię kochał. – wstał i złapał mnie za dłoń. – Don’t banish me, because of it… I try to have health mind, but you… you… Nie porzucaj mnie przez to… Staram się mieć czyste myśli, ale ty… ty…
- Now, I have guilty? Or what? No co, teraz to ja jestem winna? Czy co?
- It’s masculine thing, that you are firing up my body, by your look… and that you’re close to me. Try to understand it. I’m your first, and I wish to be the last… To męska rzecz, że podniecasz moje ciało samym wyglądem i kiedy jesteś blisko. Spróbuj to zrozumieć. Jestem twoim pierwszym i chcę być ostatnim…
Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Your behavior is like calming drug. Everything you do. Twoje zachowanie jest jak lek uspokajający. Cokolwiek nie zrobisz.
- Let me kiss you, and go. Daj mi się pocałować, i idź. – uśmiechnął się i mnie pocałował. Zawsze ma w tym jakąś władczą siłę, że ja wtedy ostygam i przestaję się złościć. Ten sposób i ten smak, ta chwila, kiedy czuję jego usta, które są jakby lodołamacz, który każdą drogą, próbuje przebić się do celu. Nie mam pojęcia do jakiego, to porównanie też ciekawe. Po prostu tak silnie i zgrabnie pracuje żuchwą i ustami, że nie sposób się oprzeć i oderwać, jak już gdzieś tam wcześniej zauważyłam, nie?
Kiedy już przestał, pocałował mnie w czoło i szepnął coś, abym na siebie uważała…

Niedługo potem wsiadłam do samolotu i wróciłam do Polski!

***

Siedzimy z Kubim i Wenomem na sali telewizyjnej oglądając telewizję. Peszek chciał, że trafiliśmy na jakąś galę muzyki romantycznej, co szło za tym że ja siedziałam pochłonięta jedzeniem popcornu, kompletnie nie słuchając jak Wenom komentował teksty piosenek a Kubi go uważnie słuchał, kiwał głową i co jakiś czas wtrącał coś od siebie. Mimo siedzenia pomiędzy nimi, w ogóle nie słuchałam co mają do powiedzenia na temat tego, czy Cher śpiewa jak facet bez jaj i tak dalej…
Akurat jak skończyło się idiotyczne – Ona tańczy dla mnie, które ja przekręcałam na np. „Ona naszczy na mnie”, „Ona leży w wannie”, „Ona woli panie” , i tak dalej, tak na ekran wszedł Happysad ze swoim „Zanim Pójdę”.
- Jakiś dziecinny ten tekst. – mruknął Wenom.
- Wen, to jest bardzo głębokie wyznanie tego, że jak ty skaczesz po jakiejś lasce, to ona płacze. – parsknęłam, po raz pierwszy się odzywając w żarliwym dialogu.
- Ty zawsze znajdziesz jakieś aluzje do seksu. – mruknął.
- Przy tobie, przychodzi mi to z łatwością. – roześmiałam się. – Żartuję, nie wyczułeś ironii. Chciałbyś żeby tak było. Też myślę że to banalny i infantylny tekst. – prychnęłam. - Po co ja się w ogóle odzywałam. – bąknęłam sama do siebie, a może raczej do popcornu.
- Swoją drogą, prędzej jakaś laska skakałaby na mnie, a nie ja na niej. Coś ci się popieprzyło. – odparł. – To takie teksty, w stylu Kubiego, pewnie podrywa dziewczyny w ten sposób.
- Lepszy taki niż bezczelne łapanie za tyłek. – parsknął Kubi, udając że się obraża.
- O wreszcie ktoś ci to powiedział! – wykrzyknęłam. – Dwa do jednego, hahaha! – zaczęłam się śmiać. – Kubuś, żółwik, beczka i piąteczka!
- Heh, dobre z tym dwa do jednego. – parsknął Wenom.
- Ale ci zaraz zajebię. – syknęłam z szelmowskim uśmiechem.
Kiedy nasz hymn infantylności się skończył, zapowiedzieli wielki przebój w obcym języku. Zaczęliśmy się żywo kłócić „co to może być?”.
- Ja obstawiam „Everything I do” Adamsa – podniósł ręke Kubi.
- Ja mówię wam że to jest „She’s like the wind” Swayze’go. Na bank. – parsknął Wenom.
- Heh, a ja bym mówiła – „Careless Whisper” Michaela.
- Od kiedy piosenka tego geja jest romantyczna? – wybuchnął śmiechem Wenom.
- Od kiedy masz pindola, pedale. Jest ładna.
- Wiesz o czym jest? Że sobie facet nie potańczy jak z jakąś inną laską. Żałosne to jest.
- Ty jesteś żałosny, a Swayze’go możesz sobie włożyć między bajki. Z jego udziałem, to co najwyżej Time of my life.
- Zamknijcie się, zaczyna się! I będzie tekst! – uciszył nas Kubi.
Na ekranie pojawiło się „Je t’aime moi non plus”… wszyscy zamarliśmy, a w szczególności ja.
- Ooo, to jest miodzio. Rzeczywiście, zapomniałam o tej piosence.
I zamilknęliśmy wszyscy, jak na komendę, dopóki nie pojawiło się… to:
Je t'aime, Je t'aime
Oui je t'aime
Moi non plus
Oh mon amour
Comme la vague irrésolue
Je vais, je vais et je viens
Entre tes reins
- O w pytę wałacha. – mruknęłam.
- Co? – zapytał Kubi.
- Od dziś, ta piosenka nie jest romantyczna, jak dla mnie. – zaczęłam się ćmiać. – Ogarniacie trochę tekst?
- Z francuska, to ja tylko jedną rzecz umiem, i ty Deszczu, pewnie nie chcesz wiedzieć jaką. – uśmiechnął się szeroko Wenom. – Nie znamy.
- Dobra, ja wam to przetłumaczę tak z grubsza. X razy jest tam ‘Kocham Cię’, ale przerywniki są po prostu ko-smi-czne. No biorąc z pierwszej zwrotki, to: „przychodzę i odchodzę, jak niezdecydowana fala, pomiędzy twoje biodra…”
Wenom z Kubim spojrzeli się na siebie, potem na mnie.
- Głowa cię boli? – zapytał Wenom, przykładając dłoń do mojego czoła.
- Spierdalaj, doktor Spiele. Nie, tak tam jest! – parsknęłam. – Dalej ta baba mówi, że on jest tą falą, a ona nagą wyspą. No i powtarza, jakby akceptując to co powiedziałam wcześniej. Ja pieprzę, wyłączyć pornola, tu są szeregowi zieloni! – ryknęłam na ostatnich wirażach.
Cała sala się zwróciła na nas, a my do starszej, grubawej kobiety, obsługującej telewizor i z zapartym tchem, rozmarzonym wzrokiem, wpatrywała się w ekran. Doskonale słyszała, co to znaczy.