Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą xanax. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą xanax. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Drink, drank, drunk

Wyszłam do Stefana, wieczorową porą. Postanowiłam dać czas, na pozbieranie swoich pierdoletów, a i przy okazji ulżyć sobie. Nawet nie chcę widzieć jego twarzy.
Usiadłam więc za barem, nie w Rezerwuarze – bo przyszłam sama. Stefan trochę dziwnie się na mnie popatrzył, wycierając kieliszki. Sala była pusta, a ja z otwartą gębą, spuszczoną głową i myślami gdzieś indziej, siedziałam niczym kołek.
- Witaj, Deszczu. – chrząknął.
Podniosłam głowę i oparłam się na ręce.
- Cześć Stefan… otwierasz?
- Jeszcze nie. Dla ciebie mam otworzyć?
- Jakbyś mógł… - zaczęłam grzebać po kieszeniach. Wyciągnęłam opakowanie Xanax'u i przeczytałam uważnie ulotkę. Stefan patrzył się na mnie uważnie, wyciągając Finkę i soki potrzebne do zrobienia Ambrozji.
- Dzisiaj sama Finka. – mruknęłam, kątem oka spoglądając na jego ręce. Stefcia zdziwił się i spojrzał na mnie od dołu.
- Co się stało? – zapytał, zaniepokojony.
Obejrzałam się na pustą salę i znów na Xanax.
- Chyba nie masz zamiaru tego mieszać, co?
Odpowiedziałam milczeniem.
- Słuchaj, to nie jest rozwiązanie. Ty wiesz w ogóle, czym ci to grozi?
Odpowiedź podobna. Stefan wyraźnie węszy samobójstwo, bo dopiero teraz mnie olśniło...
- Kojarzysz Whitney Houston? Zmarła od valium, tego gówna co masz w ręce i alkoholu. Nie baw się w to. Daj. – wyciągnął rękę. Ja natomiast nie podałam mu tego, tylko wzrokiem wyszukałam kosz i wrzuciłam za trzy.
- Dobra, więc poproszę setkę. – mruknęłam. Stefano zaczął nalewać, ale coś się ocknął i zmierzył mnie wzrokiem.
- Nie brałaś tego rano?
- Nie, wiem przecież co to za syf. Powiedzmy że lekarz mi przypisał, a ja nie mam zamiaru tego brać. – wyrecytowałam monotonnie…
- I dobrze. – nalał. – Moja siostra się w to wkopała, i siedzi teraz w psychiatryku… ach, tak w ogóle, to z jakiej przyczyny ci to przypisali?
- Hmm, na zespół odstawienny. Ale ja go nie mam, nigdy nie miałam… Czuję się świetnie, miałam to brać, jakby mnie jakieś schizy wzięły. – skłamałam, po czym wzięłam kieliszek i wypiłam duszkiem.
- Zapoję?
- Nie. – skrzywiłam się. – …nie trzeba, dzięki.
- To, co się stało?
- Ekhem… pewnie wiesz, co się działo w moim życiu w ostatnim tygodniu, nie?
- A kto nie wie?
- Właśnie. A dziś zakończyłam związek, rozpoczęty oficjalnie kilka dni temu.
- Tsaaa?
- Tsa. Wierz, lub nie, to dobra decyzja. Jeśli dla was facetów, fellatio jest taką wielką umiejętnością, to już wolę być głupia i nic nie umieć.
- Facet dał ci kosza, bo nie chciałaś zrobić mu loda?
- Steeefaaan… ja mu nawet kurde wcześniej dałam dupy! I nie chodzi o debilną laskę, bynajmniej nie w moim wykonaniu.
- Wiesz, bo jeśli by tak zrobił, to biorąc pod uwagę, że wcześniej wpuściłaś go do łóżka, to straszny moron musiałby być…
- Moron, powiadasz? Może i moron, słuchaj, wyobraź sobie – poznajesz piękną kobietę, ona kocha ciebie, ty ją. Dajesz jej wszystko, uchylasz jej nieba, aby jej dogodzić. Robisz to, na co ma ochotę, nawet gdyby ci kazała zamknąć bar, co jest twoim hobby, to byś zamknął… I wyobraź sobie, że pewnego dnia okazuje się być zwykłą dziwką. Ale to jeszcze nie wszystko! Dziwką, i to nie tanią, a za darmo. Ty o tym się dowiadujesz, powiedzmy – akceptujesz – i żyjecie sobie dalej, bo ci obiecała, że zaprzestanie tego. I wtedy ty chorujesz… ona się tobą opiekuje, sraty w łaty, i pewnego dnia, chcesz zaskoczyć ją w jej pracy z kwiatami, a tu wchodzisz – patrzysz – pod stołem siedzi jakiś facet i … i wiesz… tego, no.
- Rozumiem, że w twojej wersji, po prostu przyłapałaś faceta z jakąś babką na lodziku? Ta?
- Jakbyś tam był. Nalej…
- Ale nie rozumiem, co z tą dziwką…
- No przecież w naszym rozumowaniu, dziwka = ogier… tylko każde jest inaczej postrzegane, ka pe wu?
- Ahaaa, to rozumiem… chociaż… czekaj. Poznałaś faceta, mega przystojnego…
- Ta.
- Oboje się kochaliście, on był romantyczny, jakby wymarzony, tsa?
- Tsa.
- Ale okazał się być ogierem, i dalszą część opowiadania znamy.
- Ta. No i muszę przyznać, że złapałam się na tym, jak zwykła wieśniara.
- To znaczy że?
- To znaczy, że dałam mu dupy, mało tego – nieśmiganej…
Stefan spłonął rumieńcem, mnie natomiast pijacki rumieniec od dawna już powoli brał.
- No to naprawdę, gościu cię po prostu…
- Wyruchał. I dosłownie, i w przenośni. O przepraszam, mam telefon…! … ooo, od tego pana, od dzisiaj już nie odbieram telefonów! – i spektakularnie odrzuciłam połączenie. I to, i dwadzieścia następnych… W końcu telefon ucichł, a ja już byłam na połowie Finlandii…
Zadzwonił telefon. Miałam odrzucić, ale to Hewlett. Może być coś ważnego, i nie związanego ze sprawą…
- Słu-cham… - krzyknęłam.
- Deszczu, co ty odwalasz?
End call. Stefan uśmiechnął się pod nosem.
- Telefon zaufania?
- Tiaa… Hewlett to jego kumpel od gówniarza. Będzie trzymał jego stronę, ale już niedługo, mój plan…
- Wiedziałem! WIEDZIAŁEM!
- Co …
- Wiedziałem, no po prostu wiedziałem, że ty tak łatwo nie odpuścisz!
- Ależ odpuszczę, tylko pozostawię po sobie ślad… - uśmiechnęłam się szyderczo. Było już koło 21, czyli po otwarciu bramy, ludzi zaczęło przybywać.
- To co takiego przygotowałaś… ?
- E, nic takiego. Po prostu zafundowałam mu wyjazd z mojego życia za państwowe pieniądze. – parsknęłam. – Stefan, kończy mi się…
- Całej już ci nie dam. Co najwyżej pół, bo mi tu zejdziesz na tamten świat.
Do baru wszedł Hewlett. Sam. Szybko wyszukał mnie wzrokiem i przysiadł się, obracając mnie ku sobie. Popatrzyłam na niego zapijaczonym wzrokiem.
- Co - ty – wyrabiasz. – wyrecytował.
- A może jakieś, cześć, hejka, na początek, a nie mi tu z taką spycharą wyjeżdżasz przed orkiestrę… - parsknęłam.
- O co ci chodzi? Co on zrobił źle? – zaczął mi perswadować.
- On? On nic nie zrobił źle! Ktoś za to, zrobił dobrze… - roześmiałam się.
- On nie rozumie, za cholerę nie rozumie! Wini się, że to może przez to odstawianie, że może był za ostry i zbyt oschły, ale chciał cię w ten sposób utemperować… on chciał dobrze!
- Nie chodzi o to. – wysapałam, ze zdenerwowaną miną. – To nie chodzi o to.
- To o co, do jasnej cholery, bo moja cierpliwość, jako mediatora, powoli się kończy!
- Niech sobie przypomni, co robił dziś w gabinecie u siebie, z jakimś kompotem, i że ja miałam tam przyjść… nie ważne… Problem rozwiązał się sam! – wybuchnęłam ponownie śmiechem, machając kieliszkiem…
- Nie rozumiem cię…
- Nie musisz.
- No ja nie, ale on...
- Ale on wie, tylko ci nic nie mówi! – zaczęłam machać palcem. – Dobrze wie, co zrobił, ale mu wstyd!
Hewlett, znerwowany, wstał do wyjścia, spojrzał na butelkę i na Stefana.
- Ile już wypiła?
- Tę jedną pije od 17…
- Więcej jej nie dawaj.
- Ej, ty! – krzyknęłam do Hewletta, który już się obrócił do wyjścia. – Nie będziesz kurde rządził w moim życiu! Robię co chcę, i…
- Żyję swoim życiem. Tak, tak, znam to. – odwrócił się. – Tylko pamiętaj, że ja twoich zwłok nie mam zamiaru identyfikować jutro w kostnicy. Widzimy się jutro, na razie. – odparł oschle, i wyszedł, mijając w wejściu Wenoma i Kubę, którym nawet nie odpowiedział należycie – cześć. Potem popatrzyli na mnie, i podeszli.
- Nie idziesz do Rezerwuaru? – zapytał Wenom.
- Nie… - mruknęłam popijając. – Dzisiaj nie.
- Wenom mówił, że idzie dzisiaj na dziwki, także jest nieosiągalny… - parsknął Kuba.
- Tak. Znaczy, przyszedłem w poszukiwaniu łatwych łani, a ty Kuba, pilnuj Deszczowi dupy, co by mi się nie nawinęła pod…
- Dobra, dobra, ja mogę być pijana, ale nie aż tak!!
- Widzę parę kompocików na trzeciej. Bywajcie!
Kuba usiadł przy barze i ze śmiechem patrzył na emeryta-podrywacza. Ja w tym czasie odpieczętowywałam nową butelkę.
- Pijesz? – spytałam Kuby.
- A niee, nie mam dziś ochoty.
Przerwałam odkręcanie na chwilę, popatrzyłam się, i kontynuowałam.
- Ty już wiesz?
- Wiem, Wenom opowiadał mi o tym świństwie… Szkoda, że go nie stłukł.
- Po pierwsze, to Deszczu tłucze, a nie za Deszcza, tak dla reguły. A dwa, że nie mam ochoty się pogrążać. Trzy, że nie chcę tego roztrwaniać na kawałki, żebym się sama posypała…
- … ty go naprawdę kochałaś…
- Nie, ku*wa, na niby. Pewnie, że naprawdę. Nigdy w życiu się tak nie czułam, i daję sobie rękę uciąć, że nigdy w życiu podobne uczucie mi się nie zdarzy… - zaczęłam powoli się łamać.
- Nie powiem ci, że cię rozumiem… znaczy w pewnym sensie. Ale może, warto było dać mu szansę?
- Dałam mu szansę, chyba nawet kilka… Nie jestem Szansa na Sukces, że będę oczekiwać, aż po którejś się wybije, bo się nie wybije, a jak się wybije, to kurde po pięćdziesiątce. Nie chcę czekać, ale… Ale to już koniec…
- Tylko, że…
- Nie obstawaj po jego stronie, bo ci nagadam jak Hewlettowi… - krzyknęłam, popijając.
- Widziałem.
- No właśnie, Kubusiu, grunt to widzieć i słyszeć… Nie wiem jak się po tym pozbieram, nie wiem co będzie jutro, ale wiem jedno. Dziś rano ostatni raz go widziałam w życiu. I nigdy więcej nie chcę widzieć, rozumiesz? Nigdy…
- Chyba go nie zabiłaś…?

- Nie, no coś ty, wpakowałabym się do paki, tylko dla zemsty? Zemsta ma być na nim, nie na mnie… - w tej chwili spojrzałam w drzwi… Za szybą stał Hewlett, i coś tłumaczył… Ray’owi. Strasznie usilnie, a on spoglądał na mnie, z takim płaczliwym zrezygnowaniem, jakby jego serce ktoś w tej chwili kroił na kawałki, po to, aby można było te kawałki upiec, i nakarmić biednych. Chciał wejść, ale Hewlett chyba najwyraźniej bał się rzeźni. Wiedział, że głupią butelką potrafię zabić, a bez niej - także. Wiedział, że ta furia, która siedziała w moim sercu, uwolni się, jak wrócę do domu, i porozwalam wszystkie meble, potłukę obrazy, talerze, szklanki, lampy, żarówki. Nie chciał, aby coś stało się jego przyjacielowi. Nie chciał, aby też na to patrzył. Tak myślę, że tak myślał…

środa, 22 października 2014

wokół mnie gorąco... bezpiecznie. słońce topi serce... bajecznie

Ray przystanął, i nie obróciwszy się, mruknął tylko:
- Because Xanax, that’s why. Bo tak. – odparł ozięble.
Zacisnęłam wargi i wciągnęłam ciężko powietrze. Popatrzyłam znowu w okno.
- I won’t take it. Nie wezmę tego. – ryknęłam bardziej stanowczo, lecz nie tak, jak zwykle.
Ray idąc ku kuchni obrócił się i powiedział:
- You mustn’t. You mustn’t do anything, it’s your life. But don’t break life other people, by the way. Nie musisz. Nic nie musisz robić, to twoje życie. Ale nie łam życia innym ludziom, ot tak przy okazji.
Odwróciłam się i padłam w poduszkę. Chciało mi się płakać. Chciało mi się tak ryczeć, ale nie mogłam. Schowałam głowę pod poduszką i myślałam zawzięcie, jak jest mi cholernie wstyd, jak mogę robić takie świństwa, bez kiwnięcia palcem czy mrugnięcia okiem. To całe zło, które wyrządzam w pracy, przenosi się na moje własne podwórko, czy tego chcę, czy nie. Zaczynam zabijać wokół siebie i samą siebie, a prawem jest, aby nie palić własnego domu…
Podniosłam się po raz kolejny, z chęcią zmiany i werwą, aby przejść ostateczne katharsis, ale nie aż tak głębokie, żeby wytrzeć z siebie cechy unikalne, za które lubię siebie samą. Wstałam i ubrałam się w dres, podeszłam do drzwi, co wyraźnie zauważył Ray, i ze zdziwieniem patrzył na to, co chcę zrobić. Dumnie założyłam adidasy, zarzuciłam kaptur na głowę. Tak jest! Zmienię się! To dziś dzień, będzie przełomem, będzie zburzeniem pieprzonego muru berlińskiego, i wynalezieniem prądu, o! Jehaha! Na przekór skurwysyńskiemu życiu, ot co! Yippie-ka-yay, motherfucker!
I wyszłam na korytarz, stanęłam przy windzie, drzwi od mieszkania otworzyły się, i spoglądał z nich Ray. Ja natomiast z szerokim uśmiechem zamachnęłam się, aby przycisnąć uroczyście przycisk do przywołania windy, i patrząc na Raya, uderzyłam z całym impetem w ścianę, na co się skrzywiłam i jęknęłam, chuchając na palec. Coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy. Jeszcze raz, tym razem, uważając, co bym trafiła w guzik, zamachnęłam się o jakieś 70 cm mniej i pół centymetra przed przyciskiem zatrzymałam palec. Przypomniałam sobie, że właściwie, gdzie ja idę konkretnie? I po co?
Ściągnęłam kaptur i prześlizgnęłam się w drzwiach, obok wyraźnie już rozbawionego Raymonda. Ten tylko zamknął drzwi za mną, i wrócił tam, gdzie stał – do kuchni. Ja natomiast usiadłam jak psychol na kanapie, stercząc na wznak i patrząc się na program telewizyjny.
Mecz piłki ręcznej Polska – Niemcy! Ło kurna, jak można było by zapomnieć! (można by było, jak się dwa dni przespało)
Natychmiast wpadłam w euforię i z zacięta miną uruchomiłam telewizor, z rykiem – trza lampy grzać, będzie Grunwald!
Momentalnie znalazłam się obok lodówki i z szyderczym uśmiechem otworzyłam ją. Przeszukując półki natknęłam się na wyraźny deficyt pifka. Grzebałam dalej, dalej i głębiej (dalej dalej, ręko Gadżeta!), aż w końcu wytargałam jakiegoś podstarzałego Leszka, i tuląc znalezisko w dłoniach, oświadczyłam, że ‘należy iśc po pifko’. Ray, słysząc moje postanowienie, szybko spojrzał się na mnie i momentalnie wyrwał mi Lesia z rąk, spoglądając bardzo surowo. Moja ujarana dusza, była wręcz spłakana utratą nowego przyjaciela.
- No way. Nie ma mowy. – mruknął, kręcąc głową.
- But meczyk …!? Ale meczyk!? – zająknęłam.
- But Xanax … ? Ale Xanax?
Zrobiłam ‘szmutnom minem’ i poczłapałam do pokoju, z wyraźnym niezadowoleniem. W połowie drogi przystanęłam i odwróciłam się, podeszłam do szafki i wyciągnęłam chipsy. Potem sięgnęłam do górnej szafki i wyciągnęłam tonik. Ray w tej samej chwili kazał dać ten tonik do kontroli, czy coś jest może nie w porządku z zawartością, jak z tabaką. Nalał sobie połowę szklanki i patrząc na mnie trochę upił, po czym skrzywił się i wypluł do zlewu.
- What the … it is? Co … to jest?
- Soda plus quinine, all together – tonic. Soda plus chinina – razem: tonik.
- Disgusting. Obrzydliwe.
- But good replacement of alcohol… Ale dobry zamiennik alkoholu. - odparłam smutno.
Jak to polska reprezentacja, przegrywała ostro w pierwszej połowie, i tak mnie to zdenerwowało, że cisnęłam pilotem o podłogę, wyraźnie strasząc Ray’a. Klęknęłam przy szafce pod ekranem i wyciągnęłam jedno pudełko z szuflady, dosyć grube i takie, jakby z ‘jedynką z Championa’1, z dumnym napisem ‘GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…’.
W rzeczy samej – Kapitan Bomba!
Znalazłam odcinek, na którym zakończyłam ostatnie oglądanie, i odpaliłam. Usiadłam wygodnie na kanapie, a Ray, stojąc przy stoliku barowym, z uśmiechem zaczął patrzeć się w ekran.
- I don’t understand anything, but it must have instructive translation, am I right? Niczego nie rozumiem, ale to musi mieć jakieś pouczające tłumaczenie, nie?
Odwróciłam się z miną Mckayli Maroney, i przycisnęłam opcję napisów po angielsku. Nawet nie wie jak się myli.
W tej chwili, Ray jakoś rozpromieniał, usiadł obok i śmiał się z tekstów, które mi są doskonale znane, dlatego teraz to mi coś w rodzaju uśmiechu czasami pojawiało się na twarzy. Poszłam raz się umyć i znów wróciłam na maraton. Około 23 coś mnie tknęło i odwróciłam głowę do niego.
- You are gonna leave me? Zostawisz mnie?
Ray popatrzył na mnie, z lekkim uśmiechem, przysunął się bliżej – bo siedział na drugim końcu kanapy – i wyszeptał ‘strasznie mnie do tego prowokujesz, ale tego nie zrobię, chyba że bardzo będziesz nalegać’. Pod wpływem tego dwuznacznego tekstu, spaliłam buraka i spojrzałam się powrotem na Bombę. To jest takie dwulicowe. Ray tymczasem nie powrócił na swoje miejsce, tylko odgarnął moje włosy i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wydawało mi się to dosyć dziwne, a na pewno bardzo pedalskie, i takie e. I chyba to wyczuł, bo za chwilę wstał i powiedział coś, że nie chciałby być niegrzeczny, ale chce iść już spać (a śpi na sofie, na której ja siedzę)… Podniosłam się, wyłączając telewizor i bez słowa powędrowałam do siebie, przymykając drzwi, w sumie nie wiem po co.

1Najtańszy, ekonomiczny