Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą smutek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2014

Myślę że nie stało się nic...

- Kładź się. - burknął Hewlett monosylabicznie zakładając rękawiczki, po czym wskazał leżankę. Jak zbity pies grzecznie poczłapałam na ławeczkę.
- Po co te mecyje... - westchnęłam krótko, znudzona i trochę śnięta. Doug latarką przyświecił mi w ślepia i powtórzył poprzednie zdanie.
- Jak cię zaboli to drzyj mordę. I przygotuj się na wizytę na stole. - parsknął, po czym zabrał się do uciskania żeber. Na szczęście nic nie bolało, uff, a już myślałam że mnie pokroją...
Wenom natomiast w dalszym ciągu bębnił coś na ekranie swojego telefonu tak skupiony, że nawet nie zwrócił uwagi gdy wypadły mu klucze na podłogę.
- Jesteś zdrowa, ale rozumu nie masz za grosz, lecz się tłuku. Co by było, gdy... - Hewlett pomógł mi założyć kurtkę, z której wypadła mała paczuszka. No dobra, nie taka mała. I nawet Wenom się wybudził ze swojego transu.
Wszyscy spojrzeliśmy na ten sam punkt i w jednej chwili rzuciliśmy się w jego kierunku. Z racji tego że byłam poszkodowana na ciele, walczyłam najsłabiej, ale i tak sama paczka wyrywana z rąk do rąk wylądowała pod drzwiami, a dokładniej wprost pod nogi stojącego w nich Kuby, który podjął pakunek z ziemi.

Ciężko mi spojrzeć na niego tak samo jak kiedyś.

Hewlett, jako pan i władca oddziału wstał z podłogi, po czym bez słowa odebrał zawiniątko Rawińskiemu. Wąchnął co nieco.
- Mhm. Kompot. - spojrzał się w moją stronę, i wbiwszy wzrok we mnie, rozpakował kinder niespodziankę. - I chciałaś sama to ojebać? - w jego wypowiedzi nie było ani krzty zazdrości, jeśli chcielibyście go o to posądzić.
- Chciałam mieć zapas. - odparłam, ale nie wiem czemu, zbierało mi się na wycie.
- Jasne. - rzucił to w moją stronę. - Jak chcesz się zabijać to chociaż miej honor i nie jako ćpun. Wenom, jak myślisz, puścić to to na hajzę czy przekiblować?
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Przekibluj. - mruknął Kuba, z pewnym, ale "zabijcie-mnie" wzrokiem.
- A ja bym puścił na hajzę. Tylko bez tego. - wyszarpał mi znów paczkę.
KTO DAJE I ZABIERA, TEN SIĘ W PIEKLE PONIEWIERA.
Czułam się jak jakiś pies w schronisku, kiedy weterynarz kłóci się z kimś tam innym, czy może pieska uśpić, operować, czy dać mu zdechnąć, bo i tak go nikt nie chce. I już nie słuchałam co se tam gadajo, tylko siedziałam jak kołek. Po chwili Hewlett podniósł mnie za ramię i wyprowadził na zewnątrz, posadził w samochodzie i zamknął drzwi. Statystycznym, przepisowym tempem zawiózł mnie na chatę pod drzwi bloku - dokładnie w to samo miejsce co taksówka wczoraj - i odjechał, mówiąc coś w stylu "weź się w garść".

A ja stałam tam jak słup wysokiego napięcia, w środku nocy. Obejrzałam się na wszystkie strony, obleciałam wzrokiem wszystkie budynki i mój wzrok zatrzymał się na grupce żuli pod osiedlowym.
"Żesz kurwa oni nawet mają normalne życie, a ja nie" - pomyślałam przez chwilę.

Myślałam że to wszystko normalnie się zakończy, ale jednak nie.
Brzmi prozaicznie, ale przez to że się zacięłam przy goleniu pach
Zacięłam się także wzdłuż żył na nadgarstkach
Ale nie przypadkiem.

Leżałam półprzytomna w kałuży krwi w łazience, jak w tych przeróżnych filmach o nastolatkach emo; ba - nawet myślałam podobnie, że warto skończyć to gówna warte życie. Gdzieś w tle odzywał się co i raz mój telefon, potem domofon, a w końcu odezwały się także i drzwi. Zamek w drzwiach. Chzęstu chrzęstu. JEB. Jakieś głosy. Gdzie jestem. Co to się stanęło. Matku bosku.

Zapalone światło w łazience gdy już świta to znak że coś się dzieje.

Kłapu kłapu, tup tup tup
Jeb drzwiami od sypialni
Jeb drzwiami od gościnnego
KLANG KLANG szarpanie za klamkę od łazienki
Chrobotanie, wywalanie zamka (znacie to z dzieciństwa?) i tabun tup-tupów na posadzce.

JEZU CHRYSTE.

Jeszcze większy tabun tup-tupów.
Io-io-io-io-io.
Galopujące stado tup-tupów.

NIE PAMIĘTAM NIC.

***

Bum. Siedzę jak kołek, ale tym razem na szpitalnym koju, w publicznym - żeby nie było że tutaj rządzi Hewlett. Ludzie z sali patrzą się na mnie jak na wariata. Podbite oczy, pokiereszowany ryj i ramiona, o oklejonych po łokcie rękach nie wspomnę.
Bo jak się tnę, to wzdłuż alei a nie w poprzek.
Starsza pani zdaje się czytać jakiegoś Rycerza Niepokalanej i srogo na mnie spogląda, jakbym złamała 10 przykazań i jeszcze z 20 jakichś dodatkowych wymyślonych przez Jedyne Słuszne Radio. Jakaś grubsza Helga wpierdala paluszki i bezceremonialnie przygląda się moim ranom "wojennym".
Wchodzi starszawy gość, lekarz. Spogląda pokrótce na towarzystwo i zawiesza wzrok na mnie.

Chciałabym wypalić "co się kurwa gapisz" ale nie wypada. On chyba uratował mi życie. Ale za grosz nie jestem wdzięczna na tę chwilę.
Usiadł obok mojego łóżka i spojrzał na mnie takim "w chuj" optymistycznym wzrokiem, że aż mi się głupio zrobiło że ze mnie taki nudziarz i lump, co widzi tylko prostą drogę do swojego grobu.
- Co ty dziecko wyprawiasz ze swoim życiem. - stwierdził z uśmiechem na ustach. Oj, chyba nawet nie wiem co powiedzieć, bo wyprawiam ze swoim życiem różne niuansy od blisko dziesięciu lat, a to co się stało przed chwilą, to tylko jeden wybryk. Nie wiem czy ma na myśli całokształt twórczości, czy tylko może ostatni spektakl.
- Wiesz, ja nie powiem ci że ciebie rozumiem. Bo nie rozumiem. Nie wiem nawet o co ci poszło, jakie masz motywy, co jest nie tak. Ale nic nie jest więcej warte niż życie. Wstań i przejdź się po szpitalu. Spójrz w oczy tym babciom, dziadkom, ojcom, matkom, żonom, mężom, synom i córkom. Z kapusty się nie wzięłaś. Nie jesteś też palem pośrodku niczego że nikt nie ma z tobą kontaktu, że nikt z tobą nie rozmawia, ani nie utrzymuje jakichkolwiek zażyłości. Każdy kogoś zna. I nie niszczy się daru jakim jest życie.
- Płacą mi za to. - burknęłam niefrasobliwie.
- Za co? - zainteresował się.
- Za niszczenie daru jakim jest życie.
- Dobrze się pani czuje?
- Major Zuzanna Alicja Deszcz, II oddział specjalny VI batalionu szturm-desant, gościnnie GROM. Zawód - snajper.
Lekarz zamilkł, babuleńka się przeżegnała i wyszła a Helga przestała chrupać.
- Nie macie tam u siebie w tej "elycie" psychologów?
- Płacą za bycie świrem. Bycie świrem, ale poukładanym to podstawa. Im wyższy poziom świra, tym większa skuteczność, ale tylko gdy wiąże się z dyscypliną. Sam świr nie starcza.
- Pani domeną na pewno nie jest dyscyplina, zgadza się?
- Zgadza się.
Lekarz lekko się uśmiechnął i wyszedł przez pustą futrynę. Zza niej wychylił się jakiś osobnik w okularach z grubymi, czarnymi oprawkami.
Wiecie że im bardziej się boicie psychologa bądź psychiatry, tym łatwiej Wam poznać takiego wśród zwykłych ludzi, ot z wyglądu?
Wkroczył do akcji.
- Klasyczny przypadek. - zwrócił się do mnie. Helga wodzi za nim wzrokiem. - Klasyczny przypadek przeładowania stresem. - siadł na tym samym stołku co poprzednik. - Pourazowym. Boryka się z tym pani od ilu lat? Trzech? Czterech? Buduje pani wokół siebie coraz większy i grubszy mur żeby zdawało się że wszystko jest w porządku? A nie jest, prawda...?

sobota, 25 października 2014

Hammer to fall

Kolejnego dnia poszłam do pracy. Wiem, że Ray jeszcze miał dziś coś tam załatwiac, więc poszłam do gabinetu z lekarzami, w którym dyżur pełnił dziś on. Chciałam mu dać kluczyki do samochodu (a uwierzcie, że to jest szczyt mojego zaufania!), bo emką, to nie da rady biletu chociażby kupić. Janusze kierownicy nawet jak znają angielski, to powiedzą że nie rozumieją.

Miałam już tam wejść, ale usłyszałam jakieś dwuznaczne głosy i odgłosy. Śmiech przeplatany krótkimi, ale jakże wymownymi dialogami, i takim głębokim oddychaniem. Można by powiedzieć śmiało, że na moje oko, ktoś tam komuś robi dobrze, i to bardzo dobrze. Stanęłam jak wryta pod drzwiami, i z lekka wściekła. Brew mi ustawicznie dygotała. Usiadłam obok i słuchałam dalej.
- …hmm… honey, you are doing it the best… arghhh… humph… ohhh yeahh… - było słychać męski głos. Tylko męski. Ale ja już wiedziałam, co tam się dzieje. Z wbitym wzrokiem w podłogę, zaciskałam pięści i myślałam co zrobić. Pójść i rozkurwić pierdolnik? O nie... pójdę do pierdla.
Wtedy napatoczył się Wenom, spojrzał na mnie, milcząc, potem spojrzał z zaciekawieniem na drzwi, i powrotem na mnie, popijając kawę.
- No, niezła klientka musi tam dobrze komuś…
- Nie kończ, wiem. – podniosłam rękę.
- Po co tu siedzisz?
Spojrzałam jeszcze na niego, z kluczami w ręku. Wenomowa mina, taka typowa, narkotycznie wesoła, zamieniła się w powściągliwą i baaaardzo wkurzoną, delikatnie mówiąc.
- Ależ ja zajebie chuja. – stwierdził, odkładając kubek na parapet i podwijając rękawy. Chciał już wejść, ale ja go powstrzymałam.
- Nie.
- Ty na takie kwiatki zezwalasz? – syknął piskliwie.
- Nie.
- Więc?
- Nie.
Całą ta idiotyczną rozmowę przerwał jęk rozkoszy tego kogoś kto tam był. Wenom jeszcze bardziej podsycony, niczym ogień benzyną, zapłonął niczym Arsenał i już był gotów wybuchnąć na pół dzielnicy, gdy stwierdziłam, że to nie ma sensu, i że chodźmy stąd.
- Ja pieprzę, Deszcz, ty to tak zostawisz?
- Nie.
- Czy w twoim dzisiejszym słowniku, jest inne słowo niż nie?
- Nie. Nie i nie. Na następne pytanie też odpowiem nie. Zrobię to tak, żeby jak najszybciej zapomnieć i dać sobie szanse nieprzeżywania tego, w jakiś ceremonialny sposób. – powiedziałam, wyciągając telefon. W dalszym ciągu siedzieliśmy pod salą. Zadzwonił telefon, co ten skwitował zwykłym – oh, fuck. Wymownie zerknęłam na Wenoma, którego mina przypominała mi Tytusa Bombę, z paroma zębami na wierzchu. Mi się zeszkliły oczy, bo znów mnie oszukano. Wzięłam wstałam i wyszłam z tamtej części budynku.
Wenom podążał za mną, ciumkając słomkę od kubka, weszliśmy razem do gabinetu i usiadłam do biurka.
- Świństwo. – podsumował krótko.
- … mówisz? Chodzi ci o sam fakt, czy sam sposób? – parsknęłam z ironią.
Popatrzył z litością i z uśmiechem.
- Oczywiście że sam fakt. Sposób jest jak najbardziej w porządku.
- Zawsze potrafisz pocieszyć. A więc tak – skoro mam tu papier, o rezygnacji, to ja zrobię inaczej. Jeszcze go Frankowi nie oddałam.
- Czyli?
Rozdarłam podanie o zwolnienie.
- Aha. Mów dalej.
Wzięłam się za komputer.
- … z racji oszustwa na Sztabie Armii Stanów Zjednoczonych Ameryki… uzurpuje się o zwolnienie dyscyplinarne z kursu, w trybie na-tych-mias-towym. Podaje się również polecenie, aby rozpatrzeć tę sprawę w ojczystym kraju… ecie pecie… podpisano… major Deszcz…
- Geniusz zła. - orzekł Wenom.
- Otóż właśnie. – znów wzięłam wstałam i poszłam do Franka.
Pod gabinetem pustki, więc od razu sobie weszłam, bez pukania. Widok tam zastany, przeraził mnie jeszcze bardziej, niż to, co słyszałam przed chwilą.
Błaszczyk.
Klimczuk śmiał się z nim do rozpuku, a kiedy zobaczył mnie w drzwiach (a kiedy zobaczył mnie jeszcze Błaszczyk), uśmiechnął się krótko, na moją zdziwioną minę. Błaszczyk z lekka się uśmiechnął i westchnął.
- Proszę, proszę. Mój ulubiony pupil i gwiazda więzienia. Dalej nie salutujesz, mój ty psotniku?
Pomachałam trochę kartką, cedząc – pierdol się, pierdol się. Podałam ją Klimczukowi (który moim cedzeniem był wyraźnie nieusatysfakcjonowany) i chciałam już wyjść, gdy Franek ozwał się demonicznym śmiechem.
- Mścisz się za coś, Deszczu?
Odwróciłam się z szelmowskim uśmiechem.
- Nie-e. – i wyszłam. Wchodząc do gabinetu, zamknęłam drzwi i usiadłam za papierem. Pierdolnę takie kazanie, takie forever gudbaj że nawet wizy nie dostanie.

Nie wiem jak zacząć ten list, a raczej wytłumaczenie tego wszystkiego co ma się stać w nadchodzących dniach. W zasadzie to ty powieneś się tłumaczyć, nie ja, ale już nie o to tutaj chodzi. Znam swoje wady i nikt nie musi mi ich wypominać. Zwłaszcza osoba która ponoć mnie kocha. To tak pro forma, bo nie chodzi tutaj o mnie.
Byłam pod twoim gabinetem aby dać ci klucze do auta. Wiesz ile to dla mnie znaczy, a chciałam tylko, byś nie musiał mieć nieprzyjemności związanych z jazdą komunikacją miejską. Ale może i dobrze że poszłam i się dowiedziałam czegoś, co utwierdziło mnie w przekonaniu, iż nie powinniśmy być razem. Jeśli dla ciebie "kochaniem" może być byle jaka inna szmata, byle chętna do loda, to ja stanowczo dziękuję
Nie rób scen, to ani z mojej strony, ani z niczyjej ręki nie dostaniesz za nadobne. Zbieraj graty, pakuj się i wyjeżdżaj czym prędzej. Dla mnie nie istniejesz.
Od dzisiaj, dla ciebie
Major 
 
 

Taką oto karteczkę położyłam u siebie na biurku, nie myśląc nawet o tym, że napisałam ją po polsku, czego adresat nie zrozumie.

I'm not in love, so don't forget it.
It's just a silly phase I'm going through.
And just because I call you up,

Don't get me wrong, don't think you've got it made.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

niedziela, 6 lipca 2014

"Rape me, my friend..."

Było to w czasie między aniversarami numer dwa, czyli tymi ostatnimi a przyjazdem, powinnam napisać odwrotnie. Jak zwykle, nocny dyżur, około dwudziestej szajba na prysznicach, i potem spokój. Gazetka, fajeczka, spojrzenie, gazetka, fajeczka, spojrzenie. Ewentualnie tylko gazetka i fajeczka. Dokładnie podczas tego ‘ewentualnie’ naszło mnie na potrzebę wstąpienia do Świątyni Dumania, czyli toalety. Poszłam do zwykłego szaletu, tego dla każdej klasy pracowniczej, i wracając ciemnawym łącznikiem, ktoś mnie złapał od tyłu i zakrył usta. Po krótkim fajcie, próbowałam uciekać, ale świeżo umyta podłoga i szmata na podłodze, uniemożliwiły mi ucieczkę. Wyrżnęłam jak Mateja na buli i zostałam zaciągnięta we wnękę. Gościu, naprawdę jakiś zdesperowany, z dzikością zrywał ze mnie pas a ja, szamotałam się we wszystkie strony, nie mogąc się ruszyć, gdyż wcześniej zadbał o to, aby moje ręce były poza zasięgiem jego głowy, z której miałam ochotę wydrapać oczy. W pewnej chwili ktoś wszedł, i … skończyło się. Wy wiecie kto to był.
Aide.
Można by się nawet teraz zastanawiać, w kontekście że Aide to Ray, być może ten „raper” był najęty przez niego aby zyskał w moich oczach. Takie przypuszczenie, ale tego nie wiedziałam. Kiedyś się spytam.
Kontynuując, zapłakana  uklękłam w kącie wnęki, ukrywając twarz. To był rzadki widok, aby zobaczyć mnie jak płaczę. Pamiętam że Adieu podszedł i podniósł mnie, i przytulił, głaskał po głowie, ja za to wypłakałam mu i zawilgociłam mundur, a raczej piżamę. Gdyby tamtędy nie przechodził, prawdopodobnie ja już bym nie żyła. Sama bym się zabiła po takim zhańbieniu, jeśli nikt by za mnie tego nie zrobił. Skoro nie liczę się z życiem innych, to i ze swoim się nie liczę. Taka reguła.
Zamulona, siedziałam potem w zabiegowym, u Hewletta. Jaką minę miał wtedy, zapamiętam do końca mojego życia. Hewlett nigdy, ale to nigdy nie pokazuje swoich czułych stron, w sensie że nie płacze, nie wzrusza się… Zawsze jak to robi, to dla żartu, na pokaz, lub na podstawioną sytuację. I zawsze widać że to fałszywe, bo kiepski z niego aktor. Tym razem, widać było co czuje. Był taki jakby trochę zmartwiony, nuta współczucia i tak jakby ktoś mu zabił kicię, w wieku pięciu lat. Tak było w pierwszej chwili, bo potem widziałam, jak i on trochę współodczuwał to, co mnie spotkało. To jest właśnie rola przyjaciela.
Podobnie zresztą było z Wenomem, bo o Kubim nie ma co mówić. On zawsze pokazuje to, co czuje. Wenom natomiast był taki sam jak Hewlett, tyle że miał ochotę przyrżnąć temu, kto próbował to zrobić. Pamiętam to dokładnie, gdy siedzę jak debil, jak niepełnosprawna istota na leżance, z worami pod oczami od płaczu i potarganymi ubraniami… Oni dookoła, siedzą na innych krzesłach, nie podchodzą, bo nie wiedzą jak się zachować. Wiedzą kim są i co mają w spodniach. Nie chcą podchodzić, bo ja mogę odczuć zagrożenie, które zawsze bagatelizowałam i powinnam bagatelizować. Co gdybym myślała u siebie w pracy tak o każdym, kto przychodzi do mojego gabinetu? Broniła się przed jakimkolwiek kontaktem i zostawaniem sam na sam, a choćby z Frankiem? A wiadomo czy to nie stary zboczeniec? A Wenom? To już w ogóle. To jest zboczeniec. Tak właśnie… wtedy dookoła siedzieli oni, w pewnym momencie wleciała Baśka, i aż mi głupio było, że ktoś ją ściągnął tu po nocy. Kazała im wszystkim wyjść, a no i przyszła z … kobietą od spraw kobiecych. Wyobraźcie sobie moją dziką negację położenia się na samolocie, w celu sprawdzenia, czy nic mi rzeczywiście nie zrobił, jak mówiłam. Powiedziałam. Tylko raz powiedziałam co się stało i nigdy więcej nie zeznałam, bo nie chciałam  wracać, chciałam zapomnieć i mieć to daleko w głowie, zakryte czarną płachtą i najlepiej to to w ogóle spalić, wymazać, zapić, zaćpać, zapomnieć… Nie położyłam się tam. Za Chiny Ludowe i Sułtanat Brunei, nie rozkładam nóg nigdy w czyjejś obecności. Myślałam że ta stara to wybuchnie zaraz na mnie, ale dobrze wiedziała że jej nie wolno. Byłam nie wściekła. Byłam po prostu smutna i tak jakby poczułam się jak szmata. Że tak prosto dałam sobą obrócić i mogło się stać coś, co miałoby wpływ na moje dalsze życie. Gdyby nie Aide, naprawdę, popełniłabym samobójstwo. Zżarło by mnie to uczucie zeszmacenia i kolejnego dnia, nie byłoby mnie na tym świecie…
Baśka próbowała coś do mnie przemówić, dać do zrozumienia, że nikt nie chce źle, przecież to kobieta jak i ty – tu se pomyślałam, że ciekawe, bo to może jakaś Grodzka, czy inny pedał – i daj spokój, nie rób scen, nie zachowuj się jak dziecko, weź się w garść, każda kiedyś musi w końcu tam usiąść, prędzej czy później.
Spojrzałam na nią wtedy, jak na kogoś kto kompletnie nie ma pojęcia o czym mówi i do kogo. Spojrzałam na nią jak na plebejskiego współpracownika, jak na kogoś niskiej rangi, dlaczego ja ludzi oceniam po tym, jaki mają pagon lub jego brak?!
Uświadomiła mi za chwilę przyczyny, dlaczego mam to zrobić, na co pokazałam jej zapięty pasek w moich spodniach i pokazałam ręką, że tu nic nie było.
Potem przyszła jakaś kobita i przedstawiła się, że jest psychologiem, że tu pracuje i wie kim ja jestem. Ja natomiast nie miałam zielonego pojęcia, gdyż z psychiką nigdy nie miałam problemu. Inni je z nią mieli. Zaczęła ze mną rozmowę, a raczej monolog, który prowadził do nikąd, typu – wiele kobiet było w twojej sytuacji, radzą z tym sobie, zawsze na początku jest uczucie przygnębienia. We mnie zbierały się siły, nie mentalne, a fizyczne, bo chciałam jej pokazać, co to jest uczucie przyzębienia albo lepiej – przygębienia. Ale się powstrzymałam. Nie robi nic złego, swoją robotę. Niech się wygada, tym prędzej wyjdzie. Jak randka w ciemno, nie wiadomo kto następny. Na koniec kazania, gdy zapytała, czy mam jakieś pytania, odparłam – czy mogę iść do domu?  Spojrzała na mnie tak głupkowato, jakby myślała, czy zapytam ją za chwilę jak się wiąże pętlę samozaciskową. W pewnej chwili powiedziała, że omówi to z kilkoma osobami i zobaczy co da się zrobić. I wyszła.
Ja natomiast siedziałam dalej, machając nogami, trochę się niecierpliwiąc. Zaczęłam nawet z nudów czytać jakieś pierdoły na tablicach instruktorskich, gdy wszedł Hewlett. Niepewnie podszedł do mnie, spoglądając mi w oczy i na ręce, naprzemiennie. Jakby mnie się bał. Zapytał czy może usiąść obok mnie, ja odparłam, że po co się głupio pyta, jakby to co się stało, zamieniło mnie w jakiegoś potwora, który odgryza wszystkim głowy w promieniu dwóch metrów. Rozmowę zaczął jąkając się, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Ja wiedziałam o co chodzi. O to, że jestem jaka jestem i nie puszczą mnie na chatę, bo zrobię sobie krzywdę, tere fere kuku. Może i bym strzeliła sobie działkę, albo dwie… Jakąś wódę, i tak dalej, ale nic więcej. Mimo wszystko Hewlett mówił że albo zostanę wywieziona do szpitala publicznego, albo pójdę do domu, lecz nie sama. I że mam wybrać tę zaufaną osobę…