Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwałt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwałt. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 września 2014

Bad boyz (navy) blue

Zaczęłam się powoli cofać, i zakończyłam tę sekwencję na ścianie.
- I should sit there, sir. Ja tu powinnam siedzieć, sir. – wskazałam palcem na fotel.
- Dean, babe. Dean, kotku. – przekręcił głowę w drugą stronę.
- Major… Majorze... - opuściłam dłoń.
- What: major? Co: majorze? – nachylił się w moją stronę, nad biurkiem…
- Major, not babe. Majorze, nie kotku. – nabrałam w końcu pewności siebie.
- Please, have a sit. Proszę, usiądź. – wstał i wskazał na mój fotel, stanął za nim.
- I should tell it, not sir. Ja to powinnam mówić, nie sir.– poprawiłam frak munduru i usiadłam. Oparł się na fotelu, odsłonił moje ucho i szepnął.
- Dean, sweet girl. Dean, słodka laleczko. – dmuchnął mi dymem w ucho. Skrzywiłam się na to i nie bardzo wiedziałam co robić. Bez papieru, nie mam co cwaniakować, może wytrzymam te zaloty a la Trynkiewicz.
- With respect, but I think si… Z całym szacunkiem, ale uważam że si...
- Dean, dammit, Dean. Dean, do cholery, Dean. – zwrócił mi uwagę, ze stoickim spokojem, podnosząc krzesło z naprzeciwka i omijając biurko, siadł jakby tak obok a jednocześnie naprzeciwko. Trochę mnie przerażała ta sytuacja. Przestraszona, spoglądałam we wszystkie strony, myśląc, jak tu wybrnąć.
- Don’t resist me… Nie opieraj się mi... - mruknął, oglądając mnie z góry na dół. - … we both know, that you want me, as much as I want you. And it’s impolite, lie to superior, isn’t it? ...oboje wiemy, że ty chcesz mnie tak jak ja ciebie. I to nieuprzejme kłamać przełożonemu, no nie? – dotknął mojego uda zaczął je głaskać. W podświadomości już układałam plan, jak rozwalić mu łeb o granitowy parapet za nim, ale rozum krzyczał, ze wtedy, to się pogrążę, tyle z tego będzie.
- … not good girl… ...niedobra dziewczynka...
Ale za chwilę przesadził, bo jego dłoń podążyła za daleko. Strzeliłam mu z liścia. Obrócił głowę, westchnął, zamruczał i obrócił się z powrotem…
- … mrrrr … - wstał, podążając ręką po moim tułowiu i piersiach. Zaciskałam zęby ze złości. - …you are rough chick… ...ostra laska z ciebie... - znów zaszeptał mi do ucha. - … I like it… … Lubię to... - ugryzł moje ucho i zakręcił fotelem. Mało że niedobrze mi się robiło na te jego zaloty, to jeszcze to kręcenie. W końcu zatrzymał fotel nogą, o moje nogi, szybko ją przełożył pomiędzy moje łydki i pociągnął za rękę do pionu.
- You will fill my orders? Or no? Będziesz wypełniać moje rozkazy? Czy nie?
- That, what you do now, is called mobbing. That what you want to do is called sexual molestation. To co robisz teraz, nazywa się mobbing. To co masz zamiar zrobić, nazywa się molestowanie seksualne.
- And you want to call police? I co, chcesz dzwonić na policję?
- Germandery. One button, and they’re here. Someone tried to rape me, a few years ago. Just try, and you’ve lost your position and work. Żandarmerię. Jeden przycisk i tu będą. Ktoś mnie już kiedyś próbował zgwałcić. Tylko spróbuj, a stracisz swoją pozycję i pracę.
- You are threaten me, or I misunderstood it? Grozisz mi, czy źle to odebrałem?
- Yes, you understood it good. Tak, dobrze to zrozumiałeś.
- Listen to me, little dolly. Słuchaj no, laluniu. - złapał mnie za tyłek I przyparł do biurka - I’ve connections everywhere. You will collaborate, I won’t tell anything your boss. And if you won’t collaborate, you will be fired. I think it was simple to understand. Mam znajomości wszędzie. Będziesz współpracować, nic nie powiem twojemu szefowi. Nie będziesz współpracować – wylatujesz. Myślę że to łatwe do zrozumienia.
Spojrzałam się na niego z obrzydzeniem. Stałam między dwoma ogniami – albo zaryzykuję wylot na bruk, albo to z nim zrobię… Lekko się skrzywiłam i czułam jak żółta piłeczka odbija mi się od głowy jak w Pomysłowym Dobromirze.
Tahaa! Już wiem. Zrobię to samo co Charlesowi, w Connecticut. Lecz nie do końca.
Spojrzałam z pokerową miną na Randalla i przejechałam po jego piersi aż do twarzy i pogładziłam go. Uśmiechnął się szeroko.
- I see that we get along. Widzę, że się rozumiemy.
- Zobaczysz jeszcze, jak cię załatwię skurwielu. – wycedziłam przez zęby ze sztucznym uśmiechem na twarzy, kontynuując poprzednią czynność. – I meant, let’s met there at night, it could be 4 a.m., huh? Miałam na myśli – spotkajmy się tutaj w nocy, może być 4 rano?
- With pleasure… Z przyjemnością... - dotknął mojej ręki, pocałował i przejechał językiem pomiędzy palcami. Co za gbur – pomyślałam. Za chwilę wyszedł, a ja spompowałam powietrze i klapnęłam, głęboko oddychając. Do gabinetu wszedł Wenom.
- Minąłem się z Randallem, coś się stało? – zapytał, lekko zaniepokojony.
Ja złożyłam twarz w ręce i podniosłam głowę. Oparłam się i zaczęłam ostro myśleć, jak to dalej pociągnąć. I żeby aktualnie się nie poryczeć.
Wenom wziął krzesło, które przestawił Randall i usiadł tam, gdzie powinien. Spojrzał na mnie chwilę i przekręcił głowę.
- Czy ta suka o nazwisku Randall coś ci zrobiła? – zapytał raz jeszcze.
Oparłam się na fotelu i zaczęłam nerwowo szukać papierosów. Gdy je znalazłam, trzęsącymi rękoma odpaliłam go i się w końcu uspokoiłam, odprężyłam się i dmuchnęłam dymem w górę.
- Randall … właśnie przed chwilą tu był i mnie mobbingował. – odparłam, spoglądając Wenomowi prosto w oczy.
- Groził że coś powie?
- Nie tylko. Szantażował. – westchnęłam, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Wenom popatrzył w miejsce gdzie patrzę, a potem przetarł się po twarzy.
- I? – spytał, dosyć niepewnie.
Wyciągnęłam popielniczkę.
- Chciał mnie molestować. – odparłam bezemocjonalnie, strzepując popiół.
- Seksualnie? – zapytał, tym razem z nutą przerażenia.
- Tiaa. Ale mu się w tej chwili nie udało. – mruknęłam.
- Jak go zniechęciłaś?
- Problem leży właśnie w tym, że aby uwolnić się z jego uścisku, musiałam coś obiecać. I mam już plan.
- Co ci kazał? Co on w ogóle chce?
- Żąda mojego ciała. Powiedziałam mu, że ma przyjść tutaj o 4 w nocy, jeśli tak bardzo chce. Zagroził mi wcześniej, że jeśli się nie zgodzę na to, to postara się, abym już nigdy nie pracowała w tej dziedzinie, wiesz o co chodzi, nie? I obiecał że nic nie zrobi, jeśli dobrowolnie się oddam.
- Skurwiel.
- To samo pomyślałam, a nawet powiedziałam. Mam nadzieję, że Hewlett przebada tę krew do 4, bo jak nie, to albo nie przyjdę, albo przełożę, albo zwieję, albo będę zmuszona to zrobić. Właśnie miałam do niego dzwonić, aby to trochę przyspieszył, bo jak nie… nawet nie chcę o tym myśleć. – spuściłam wzrok w dół.
- Nieźle się wkopałaś.
- No kurwa. Jak stary ziemniak w kartoflisko. Ten Randall, to obok Błaszczyka, największy barbarzyńca, jakiego znam. Tylko Błaszczyk traktuje wszystkich równo, i bez jakiegoś seksizmu, a Randall – odwrotnie. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale wolałabym być w anclu u Błaszczyka po raz kolejny niż dać dupy Randallowi.
- To dlaczego sama nie zgłosisz przestępstwa?
- Limit żyć u Błaszczyka się wyczerpał. Teraz, to nie byłyby wakacje w areszcie, tylko kara więzienia. Jeśli choć trochę się orientujesz, jaka jest różnica między tymi dwoma słowami, to wiesz o co chodzi. – powiedziałam, biorąc telefon do ręki.

Zadzwoniłam do Hewletta. Na początku się opierał, ale jak powiedziałam o co dokładnie chodzi, to obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy.

środa, 6 sierpnia 2014

Holy fucking shit, it's Dean Randall

Weszliśmy do składziku i wsuwką otworzyłam drzwi do kolejnego składziku, który należy do ekipy Hewletta. Po cichu, zakradliśmy się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie siedział jego skład i popijał herbatę. Popatrzyli się na nas, jak na jakichś debili, Aceton-Ceron-Cwelon aż parsknął śmiechem i chciał coś powiedzieć, ale położyłam mu palec na ustach i podeszłam do drzwi, które były uchylone. Prowadziły do gabinetu Węgierka. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam, lecz zdążyłam usłyszeć tylko dźwięk zamknięcia drzwi. W tej samej chwili wszedł Hewlett i jak mnie zobaczył, to zaczął się śmiać. Głównie dlatego że potężnie jebnął mnie w łeb drzwiami.
- I co, wypieprzy cię z roboty? – zapytał Kuba.
- Nie, on tylko po ten mundur przyszedł. Nic do mnie nie miał, ale za to ty Deszczu, masz z lekka mówiąc – przesrane.
- Co ten lichuj ci powiedział? – zapytałam.
- Pytał mnie gdzie masz gabinet, kogo uczysz, i gdzie jest twój rozkład zajęć. I pytał o twojego mężczyznę, bo nie bardzo chce mu się wierzyć, że masz. Myśli że go tym zbyłaś.
- Uff, no to nie jest źle, przecież chyba potwierdziłeś.
Hewlett zastygł w uśmiechu.
- Przecież ci obiecałem, że nikomu nie powiem.
- A, o kurwa. – jęknęłam. – To teraz faktycznie, jestem w czarnej dupie w Gwadelupie.
- Randall jest strasznie cięty na ciebie. A tak w ogóle, to po kiego kija tu przyszliście?
- My w sprawie Randalla. – powiedział Kuba.
- A co wy do niego macie? – parsknął.
- No bo, gdyby on mnie jakoś szantażował, to chcemy mieć kartę przetargową.
- No jaką, że ja mam ci ją dać?
- Zrób jej badania krwi. Może rufilina się nie rozłożyła tak szybko. Jeśli tam będzie, to my plus wyniki, mamy oskarżenie o próbę gwałtu.
- … no patrz, w sumie racja. To była próba gwałtu. No to Deszczu, zapraszam do gabinetu! – Hewlett z uśmiechem wskazał mi leżankę i zwrócił się do swoich. – Which of you want collect blood of this woman? Który z was chce pobrać krew od tej panny? – parsknął z uśmiechem. Wszyscy jego uczniowie z chęcią i uśmiechami wstali, a ja tylko poszłam w jeszcze większą brechę.
- You don’t know, what this is a mistake. Nawet nie wiecie jaki to błąd. – uśmiechnęłam się szyderczo.
- Okay, olders are staying, young meat comes with me. Dobra, starsi zostają, młode mięsko idzie ze mną. – rozkazał, ze śmiechem…
Usiadłam na leżance i podciągnęłam rękaw.
- Deszczu, masz dreszczyk troszkę? – zaśmiał się.
- No nie, z taką przystojną ekipą, to inny dreszczyk. – parsknęłam, mrugając okiem.
Hewlett z uśmiechem pokręcił głową i się roześmiał.
- Tylko delikatnie, Elvis. – powiedziałam poważnie.
- Okay, fellas, look at me, and learn it. Dobra ziomki, patrzcie się i uczcie. – zwrócił się do nich. – Renard, gimmie disinfectant, Nate prepare vaccine, Hugh, gimme this belt lying on table… Thanks. Okay, first what we do is wearing this belt above vein which we want prick, you see? Very strong oppression is needed. Next, we disinfect place there, on flexion. Next is just pricking. Who wants to do it? Renard daj mi płyn dezynfekujący, Nate przygotuj strzykawkę, Hugh - daj mi ten pasek leżący na stoliku... Dzięki. Dobra, pierwsze co, to zakładamy ten pasek powyżej żyły którą chcemy nakłuć, widzicie? Potrzebujemy mocnego zacisku. Następnie odkażamy tutaj, miejsce na zgięciu. Dalej jest tylko nakłuwanie. Kto chce to zrobić?
- Doug, ale ty to jesteś… - parsknęłam. – Uprzedzam, nie ręczę za siebie. – roześmiałam się.
Pojawił się las rąk, w pobrzmiewającym śmiechu moim, Douga i Kubiego, który siedział obok i przyglądał się, jak to się potoczy.
- Deszczu, wybierz sobie amanta. – odparł Hewlett.
- Okay… Nate, because he have pretty name, it means ‘given by God’ , well I hope that you have hands given by God. Is that Nathaniel or Nathan? Dobra, Nate, bo masz ładne imię, to znaczy "dany od Boda", no to mam nadzieję że masz ręce dane od Boga. Nataniel czy Nathan? – uśmiechnęłam się.
- Nathan, sir.
- Be careful. Bądź ostrożny. – parsknął Hew.
- Go on. No dawaj. – roześmiałam się. I tak zrobił. Hewlett powiedział że podchodzi z tą igłą pod niezbyt ostrym kątem i radziłby go zmniejszyć. Mnie to mnie zabolało, na tyle, że aż mi odskoczyła ręka, przez co żyła się wyślizgnęła. Musiał trochę tam pogrzebać, a ja się śmiałam, żeby nie płakać i patrzyłam na równie rozbawionych przyjaciół. W końcu znalazł jakąś pełną krwi żyłę i pobrał krew. Hewlett zdezynfekował mi nakłucie i przykleił plaster z watą.
- … finished. Skończone. No, Deszczu, chcesz naklejkę z napisem Dzielny Pacjent? – parsknął Doug, uśmiechając się.
- Dawaj, na czole ci przykleję. – parsknęłam. – Biorę dzidę i idę. Mam nadzieję że nie spotkam tej starej kurwy, Randalla. – odparłam, z powagą.
- Nie jest taki stary, Deszczu. – jęknął Hewlet. – Na raz, w sam raz. – roześmiał się.
- A w łeb byś nie chciał? – wycedziłam z uśmiechem, targając czuprynę Douga.
Wyszłam z gabinetu i z rękami w kieszeniach, przemierzałam suchego przestwór oceanu, czyli Aleję Gwiazd. Z radością i uśmiechem na twarzy weszłam do swojego gabinetu, który powinien być pusty o tej porze, chyba że ja tam jestem. Nucąc pod nosem – we will fuck you, weszłam za drzwi i jak baletnica, bardzo w typie Jima Carreya, z wymachem ręki zamknęłam drzwi i obróciłam się i stanęłam jak słup soli jak zobaczyłam Randalla siedzącego na MOIM FOTELU.

- Welcome back. – wyszeptał, przekręcając głowę na bok, wpatrując się we mnie i strzepując papierosa.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

niedziela, 6 lipca 2014

"Rape me, my friend..."

Było to w czasie między aniversarami numer dwa, czyli tymi ostatnimi a przyjazdem, powinnam napisać odwrotnie. Jak zwykle, nocny dyżur, około dwudziestej szajba na prysznicach, i potem spokój. Gazetka, fajeczka, spojrzenie, gazetka, fajeczka, spojrzenie. Ewentualnie tylko gazetka i fajeczka. Dokładnie podczas tego ‘ewentualnie’ naszło mnie na potrzebę wstąpienia do Świątyni Dumania, czyli toalety. Poszłam do zwykłego szaletu, tego dla każdej klasy pracowniczej, i wracając ciemnawym łącznikiem, ktoś mnie złapał od tyłu i zakrył usta. Po krótkim fajcie, próbowałam uciekać, ale świeżo umyta podłoga i szmata na podłodze, uniemożliwiły mi ucieczkę. Wyrżnęłam jak Mateja na buli i zostałam zaciągnięta we wnękę. Gościu, naprawdę jakiś zdesperowany, z dzikością zrywał ze mnie pas a ja, szamotałam się we wszystkie strony, nie mogąc się ruszyć, gdyż wcześniej zadbał o to, aby moje ręce były poza zasięgiem jego głowy, z której miałam ochotę wydrapać oczy. W pewnej chwili ktoś wszedł, i … skończyło się. Wy wiecie kto to był.
Aide.
Można by się nawet teraz zastanawiać, w kontekście że Aide to Ray, być może ten „raper” był najęty przez niego aby zyskał w moich oczach. Takie przypuszczenie, ale tego nie wiedziałam. Kiedyś się spytam.
Kontynuując, zapłakana  uklękłam w kącie wnęki, ukrywając twarz. To był rzadki widok, aby zobaczyć mnie jak płaczę. Pamiętam że Adieu podszedł i podniósł mnie, i przytulił, głaskał po głowie, ja za to wypłakałam mu i zawilgociłam mundur, a raczej piżamę. Gdyby tamtędy nie przechodził, prawdopodobnie ja już bym nie żyła. Sama bym się zabiła po takim zhańbieniu, jeśli nikt by za mnie tego nie zrobił. Skoro nie liczę się z życiem innych, to i ze swoim się nie liczę. Taka reguła.
Zamulona, siedziałam potem w zabiegowym, u Hewletta. Jaką minę miał wtedy, zapamiętam do końca mojego życia. Hewlett nigdy, ale to nigdy nie pokazuje swoich czułych stron, w sensie że nie płacze, nie wzrusza się… Zawsze jak to robi, to dla żartu, na pokaz, lub na podstawioną sytuację. I zawsze widać że to fałszywe, bo kiepski z niego aktor. Tym razem, widać było co czuje. Był taki jakby trochę zmartwiony, nuta współczucia i tak jakby ktoś mu zabił kicię, w wieku pięciu lat. Tak było w pierwszej chwili, bo potem widziałam, jak i on trochę współodczuwał to, co mnie spotkało. To jest właśnie rola przyjaciela.
Podobnie zresztą było z Wenomem, bo o Kubim nie ma co mówić. On zawsze pokazuje to, co czuje. Wenom natomiast był taki sam jak Hewlett, tyle że miał ochotę przyrżnąć temu, kto próbował to zrobić. Pamiętam to dokładnie, gdy siedzę jak debil, jak niepełnosprawna istota na leżance, z worami pod oczami od płaczu i potarganymi ubraniami… Oni dookoła, siedzą na innych krzesłach, nie podchodzą, bo nie wiedzą jak się zachować. Wiedzą kim są i co mają w spodniach. Nie chcą podchodzić, bo ja mogę odczuć zagrożenie, które zawsze bagatelizowałam i powinnam bagatelizować. Co gdybym myślała u siebie w pracy tak o każdym, kto przychodzi do mojego gabinetu? Broniła się przed jakimkolwiek kontaktem i zostawaniem sam na sam, a choćby z Frankiem? A wiadomo czy to nie stary zboczeniec? A Wenom? To już w ogóle. To jest zboczeniec. Tak właśnie… wtedy dookoła siedzieli oni, w pewnym momencie wleciała Baśka, i aż mi głupio było, że ktoś ją ściągnął tu po nocy. Kazała im wszystkim wyjść, a no i przyszła z … kobietą od spraw kobiecych. Wyobraźcie sobie moją dziką negację położenia się na samolocie, w celu sprawdzenia, czy nic mi rzeczywiście nie zrobił, jak mówiłam. Powiedziałam. Tylko raz powiedziałam co się stało i nigdy więcej nie zeznałam, bo nie chciałam  wracać, chciałam zapomnieć i mieć to daleko w głowie, zakryte czarną płachtą i najlepiej to to w ogóle spalić, wymazać, zapić, zaćpać, zapomnieć… Nie położyłam się tam. Za Chiny Ludowe i Sułtanat Brunei, nie rozkładam nóg nigdy w czyjejś obecności. Myślałam że ta stara to wybuchnie zaraz na mnie, ale dobrze wiedziała że jej nie wolno. Byłam nie wściekła. Byłam po prostu smutna i tak jakby poczułam się jak szmata. Że tak prosto dałam sobą obrócić i mogło się stać coś, co miałoby wpływ na moje dalsze życie. Gdyby nie Aide, naprawdę, popełniłabym samobójstwo. Zżarło by mnie to uczucie zeszmacenia i kolejnego dnia, nie byłoby mnie na tym świecie…
Baśka próbowała coś do mnie przemówić, dać do zrozumienia, że nikt nie chce źle, przecież to kobieta jak i ty – tu se pomyślałam, że ciekawe, bo to może jakaś Grodzka, czy inny pedał – i daj spokój, nie rób scen, nie zachowuj się jak dziecko, weź się w garść, każda kiedyś musi w końcu tam usiąść, prędzej czy później.
Spojrzałam na nią wtedy, jak na kogoś kto kompletnie nie ma pojęcia o czym mówi i do kogo. Spojrzałam na nią jak na plebejskiego współpracownika, jak na kogoś niskiej rangi, dlaczego ja ludzi oceniam po tym, jaki mają pagon lub jego brak?!
Uświadomiła mi za chwilę przyczyny, dlaczego mam to zrobić, na co pokazałam jej zapięty pasek w moich spodniach i pokazałam ręką, że tu nic nie było.
Potem przyszła jakaś kobita i przedstawiła się, że jest psychologiem, że tu pracuje i wie kim ja jestem. Ja natomiast nie miałam zielonego pojęcia, gdyż z psychiką nigdy nie miałam problemu. Inni je z nią mieli. Zaczęła ze mną rozmowę, a raczej monolog, który prowadził do nikąd, typu – wiele kobiet było w twojej sytuacji, radzą z tym sobie, zawsze na początku jest uczucie przygnębienia. We mnie zbierały się siły, nie mentalne, a fizyczne, bo chciałam jej pokazać, co to jest uczucie przyzębienia albo lepiej – przygębienia. Ale się powstrzymałam. Nie robi nic złego, swoją robotę. Niech się wygada, tym prędzej wyjdzie. Jak randka w ciemno, nie wiadomo kto następny. Na koniec kazania, gdy zapytała, czy mam jakieś pytania, odparłam – czy mogę iść do domu?  Spojrzała na mnie tak głupkowato, jakby myślała, czy zapytam ją za chwilę jak się wiąże pętlę samozaciskową. W pewnej chwili powiedziała, że omówi to z kilkoma osobami i zobaczy co da się zrobić. I wyszła.
Ja natomiast siedziałam dalej, machając nogami, trochę się niecierpliwiąc. Zaczęłam nawet z nudów czytać jakieś pierdoły na tablicach instruktorskich, gdy wszedł Hewlett. Niepewnie podszedł do mnie, spoglądając mi w oczy i na ręce, naprzemiennie. Jakby mnie się bał. Zapytał czy może usiąść obok mnie, ja odparłam, że po co się głupio pyta, jakby to co się stało, zamieniło mnie w jakiegoś potwora, który odgryza wszystkim głowy w promieniu dwóch metrów. Rozmowę zaczął jąkając się, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Ja wiedziałam o co chodzi. O to, że jestem jaka jestem i nie puszczą mnie na chatę, bo zrobię sobie krzywdę, tere fere kuku. Może i bym strzeliła sobie działkę, albo dwie… Jakąś wódę, i tak dalej, ale nic więcej. Mimo wszystko Hewlett mówił że albo zostanę wywieziona do szpitala publicznego, albo pójdę do domu, lecz nie sama. I że mam wybrać tę zaufaną osobę…