Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2014

wokół mnie gorąco... bezpiecznie. słońce topi serce... bajecznie

Ray przystanął, i nie obróciwszy się, mruknął tylko:
- Because Xanax, that’s why. Bo tak. – odparł ozięble.
Zacisnęłam wargi i wciągnęłam ciężko powietrze. Popatrzyłam znowu w okno.
- I won’t take it. Nie wezmę tego. – ryknęłam bardziej stanowczo, lecz nie tak, jak zwykle.
Ray idąc ku kuchni obrócił się i powiedział:
- You mustn’t. You mustn’t do anything, it’s your life. But don’t break life other people, by the way. Nie musisz. Nic nie musisz robić, to twoje życie. Ale nie łam życia innym ludziom, ot tak przy okazji.
Odwróciłam się i padłam w poduszkę. Chciało mi się płakać. Chciało mi się tak ryczeć, ale nie mogłam. Schowałam głowę pod poduszką i myślałam zawzięcie, jak jest mi cholernie wstyd, jak mogę robić takie świństwa, bez kiwnięcia palcem czy mrugnięcia okiem. To całe zło, które wyrządzam w pracy, przenosi się na moje własne podwórko, czy tego chcę, czy nie. Zaczynam zabijać wokół siebie i samą siebie, a prawem jest, aby nie palić własnego domu…
Podniosłam się po raz kolejny, z chęcią zmiany i werwą, aby przejść ostateczne katharsis, ale nie aż tak głębokie, żeby wytrzeć z siebie cechy unikalne, za które lubię siebie samą. Wstałam i ubrałam się w dres, podeszłam do drzwi, co wyraźnie zauważył Ray, i ze zdziwieniem patrzył na to, co chcę zrobić. Dumnie założyłam adidasy, zarzuciłam kaptur na głowę. Tak jest! Zmienię się! To dziś dzień, będzie przełomem, będzie zburzeniem pieprzonego muru berlińskiego, i wynalezieniem prądu, o! Jehaha! Na przekór skurwysyńskiemu życiu, ot co! Yippie-ka-yay, motherfucker!
I wyszłam na korytarz, stanęłam przy windzie, drzwi od mieszkania otworzyły się, i spoglądał z nich Ray. Ja natomiast z szerokim uśmiechem zamachnęłam się, aby przycisnąć uroczyście przycisk do przywołania windy, i patrząc na Raya, uderzyłam z całym impetem w ścianę, na co się skrzywiłam i jęknęłam, chuchając na palec. Coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy. Jeszcze raz, tym razem, uważając, co bym trafiła w guzik, zamachnęłam się o jakieś 70 cm mniej i pół centymetra przed przyciskiem zatrzymałam palec. Przypomniałam sobie, że właściwie, gdzie ja idę konkretnie? I po co?
Ściągnęłam kaptur i prześlizgnęłam się w drzwiach, obok wyraźnie już rozbawionego Raymonda. Ten tylko zamknął drzwi za mną, i wrócił tam, gdzie stał – do kuchni. Ja natomiast usiadłam jak psychol na kanapie, stercząc na wznak i patrząc się na program telewizyjny.
Mecz piłki ręcznej Polska – Niemcy! Ło kurna, jak można było by zapomnieć! (można by było, jak się dwa dni przespało)
Natychmiast wpadłam w euforię i z zacięta miną uruchomiłam telewizor, z rykiem – trza lampy grzać, będzie Grunwald!
Momentalnie znalazłam się obok lodówki i z szyderczym uśmiechem otworzyłam ją. Przeszukując półki natknęłam się na wyraźny deficyt pifka. Grzebałam dalej, dalej i głębiej (dalej dalej, ręko Gadżeta!), aż w końcu wytargałam jakiegoś podstarzałego Leszka, i tuląc znalezisko w dłoniach, oświadczyłam, że ‘należy iśc po pifko’. Ray, słysząc moje postanowienie, szybko spojrzał się na mnie i momentalnie wyrwał mi Lesia z rąk, spoglądając bardzo surowo. Moja ujarana dusza, była wręcz spłakana utratą nowego przyjaciela.
- No way. Nie ma mowy. – mruknął, kręcąc głową.
- But meczyk …!? Ale meczyk!? – zająknęłam.
- But Xanax … ? Ale Xanax?
Zrobiłam ‘szmutnom minem’ i poczłapałam do pokoju, z wyraźnym niezadowoleniem. W połowie drogi przystanęłam i odwróciłam się, podeszłam do szafki i wyciągnęłam chipsy. Potem sięgnęłam do górnej szafki i wyciągnęłam tonik. Ray w tej samej chwili kazał dać ten tonik do kontroli, czy coś jest może nie w porządku z zawartością, jak z tabaką. Nalał sobie połowę szklanki i patrząc na mnie trochę upił, po czym skrzywił się i wypluł do zlewu.
- What the … it is? Co … to jest?
- Soda plus quinine, all together – tonic. Soda plus chinina – razem: tonik.
- Disgusting. Obrzydliwe.
- But good replacement of alcohol… Ale dobry zamiennik alkoholu. - odparłam smutno.
Jak to polska reprezentacja, przegrywała ostro w pierwszej połowie, i tak mnie to zdenerwowało, że cisnęłam pilotem o podłogę, wyraźnie strasząc Ray’a. Klęknęłam przy szafce pod ekranem i wyciągnęłam jedno pudełko z szuflady, dosyć grube i takie, jakby z ‘jedynką z Championa’1, z dumnym napisem ‘GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…’.
W rzeczy samej – Kapitan Bomba!
Znalazłam odcinek, na którym zakończyłam ostatnie oglądanie, i odpaliłam. Usiadłam wygodnie na kanapie, a Ray, stojąc przy stoliku barowym, z uśmiechem zaczął patrzeć się w ekran.
- I don’t understand anything, but it must have instructive translation, am I right? Niczego nie rozumiem, ale to musi mieć jakieś pouczające tłumaczenie, nie?
Odwróciłam się z miną Mckayli Maroney, i przycisnęłam opcję napisów po angielsku. Nawet nie wie jak się myli.
W tej chwili, Ray jakoś rozpromieniał, usiadł obok i śmiał się z tekstów, które mi są doskonale znane, dlatego teraz to mi coś w rodzaju uśmiechu czasami pojawiało się na twarzy. Poszłam raz się umyć i znów wróciłam na maraton. Około 23 coś mnie tknęło i odwróciłam głowę do niego.
- You are gonna leave me? Zostawisz mnie?
Ray popatrzył na mnie, z lekkim uśmiechem, przysunął się bliżej – bo siedział na drugim końcu kanapy – i wyszeptał ‘strasznie mnie do tego prowokujesz, ale tego nie zrobię, chyba że bardzo będziesz nalegać’. Pod wpływem tego dwuznacznego tekstu, spaliłam buraka i spojrzałam się powrotem na Bombę. To jest takie dwulicowe. Ray tymczasem nie powrócił na swoje miejsce, tylko odgarnął moje włosy i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wydawało mi się to dosyć dziwne, a na pewno bardzo pedalskie, i takie e. I chyba to wyczuł, bo za chwilę wstał i powiedział coś, że nie chciałby być niegrzeczny, ale chce iść już spać (a śpi na sofie, na której ja siedzę)… Podniosłam się, wyłączając telewizor i bez słowa powędrowałam do siebie, przymykając drzwi, w sumie nie wiem po co.

1Najtańszy, ekonomiczny

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

sobota, 5 lipca 2014

I feel so unsure, as I take your hand and lead you to the dance floor.

Kiedy zniknęli mi z pola widzenia, zdałam sobie sprawę, że nie wiem co mam robic. Iść od razu na lotnisko, ni be ni me, ni dzień dobry, ni spierdalaj… głupio tak. Wyszłam na ulicę i odetchnęłam świeżym powietrzem, odwróciłam się do szyb komisariatu i popatrzyłam na swoje odbicie. „Jak żulietta[1], jak żulietta…” – mruknęłam. I zero kapusty przy sobie, żeby się doprowadzić do porządku. Zero pomysłu, co robić, ani jak… Westchnęłam, i w tym samym momencie zagadał do mnie jakiś policjant, chyba jeden z tych co mnie zabierali spod pomnika Kopernika. Powiedział że tych dwóch pozostałych czeka w parku pod Hiltonem. Natychmiast ruszyłam w stronę Hiltona, a właściwie wybrzeża, bo za cholerę nie znam Chicago.
Idąc wybrzeżem, pomyślałam, kurde, na grzyb tam idę. Przecież sprawa jest skończona. Nagle podbiegł ktoś do mnie z tyłu, chciałam się obrócić i przylać, ale…
- Walk calmly, if not, I’ll put this knife between your ribs. Idź spokojnie, jak nie, to wsadzę ci ten nóż między żebra. – syknął. Przestraszyłam się, jakby mi ktoś groził. Bo w sumie grozi i to realna groźba. Uzmysłowiłam sobie że ten policjant to mógł być podstawnik, i pewnie tak było, kurna. W tej chwili zobaczyłam Ray’a idącego w moją stronę, też z jakimś gościem na karku. Po prostu super. Stanęli i zaczekali na mnie i moją karkówkę. Chwilę potem wpakowali nas do jakiegoś starego budynku, z wielkimi szybami, w jakiejś starej dzielnicy. Założyli worki na głowę i gdzieś zaprowadzili.
Siedziałam kilka godzin przywiązana do krzesła, nieruchomo i nie odzywałam się ani słowem. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk przecierania czegoś. Obejrzałam się w każdą stronę, nasłuchując, skąd dźwięk pochodzi. Nagle wszystko ucichło i ktoś postawił krok, coś rzucił lekkiego na podłogę i podszedł do mnie. Nawet nie wiem z której strony i nie chcę nic mówić. Ten ktoś zabrał się za mój sznurek u rąk i zdjął worek. Złapałam tę osobę za dłoń, gdy uwolniła moje ręce, przywiązane do przednich nóg krzesła. Dotknęłam ramienia, szyi, twarzy i ust. I tu się zatrzymałam.
- What are you waiting for, Ray? Na co czekasz, Ray? – wyszeptałam.
-… recognized me by my lips. I didn’t know that. Rozpoznała mnie po ustach. No tego to bym się nie spodziewał. – szepnął mi do ucha, zdejmując worek.
Wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oboje myśleliśmy, jak się stąd wydostać, ja stwierdziłam że standardowo, przez okno, na co Ray skwitował mnie głupkowatym wzrokiem, mówiąc że okno to nie jedyne wyjście w budynkach. No ale jeśli nie ma klucza? Trzeba szukać czegoś podobnego. Po za tym łaskawie poinformowałam, że muszę się stąd wydostać jak najszybciej i opuścić ten niewdzięczny kraj, bo mnie wyeksmitują na zawsze i jeszcze ukarzą.
Po kilku godzinach uznałam, że nie ma co się srać z tym kluczem, bo mimo rozbrojenia zamka, drzwi ani drgnęły. Są zablokowane z zewnątrz.
Ray nadal męczył się z drzwiami, ja natomiast zaczęłam przygotowania do ewakuacji przez okno. Akurat było dosyć nisko, bo tylko drugie piętro, co to dla mnie. Pozwiązywałam sznury, które wcześniej pozbawiały mnie wolności i utworzyłam linę o długości co najmniej trzech metrów. Otworzyłam okno, spojrzałam w dół, przywiązałam linę do słupa na środku pokoju i odciągnęłam zamkowicza do okna.
- It’s not high like you see from there. Nie jest tak wysoko jak się stąd patrzy. – wskazałam ręką. – Don’t be jessie. Nie bądź baba.
- I’m not. Nie jestem.
- Sure, I know, you don’t must prove it now, you can anytime you want, but take this rope and go. Jasne, wiem, nie musisz mi tego teraz udowaniać, możesz kiedykolwiek kiedy chcesz, ale bierz tę linę i idź.
- And what about you? A co z tobą?
- I’ll be second. Pójdę druga.
Ray zszedł po linie  wolno i ostrożnie. Zeskoczył na dół i spojrzał na mnie. Ja tylko wzięłam worki, każdy na rękę i zjeżdżając jak tarzan, w kilka sekund znalazłam się na ziemi.
- Commando are doing it this way. A tak to robią komandosi. – uśmiechnęłam się.
Ray tylko się roześmiał i kazał iść za sobą. Za chwilę wyszliśmy na główną drogę i złapaliśmy taksówkę. Wsiedliśmy oboje na raz i na raz powiedzieliśmy też cel. Ja – lotnisko O’Hary, Ray, jakiś konkretny adres. Spojrzał na mnie, ja na niego a taksówkarz zgłupiał. Zapytałam jaki mamy dziś dzień. Okazało się że ten sam co poprzednio, czyli mam co najmniej 12 godzin na wyjazd, więc potwierdziłam ten jakiś tam adres, którego ja nie powiedziałam.
Ów adres okazał się apartamentowcem CIA, takim jak i ten, w którym mieszkałam w San Francisco. Weszliśmy do mieszkania, strasznie niewielkiego i nie tak nowomiejskiego, jak ten, o którym wspomniałam wcześniej. Było to w miarę skromne mieszkanko, przy czym na tyle nowoczesne, że wszystko, za wyjątkiem łazienki, mieściło się w jednym, wielkim pokoju, poprzedzielanym tylko takimi mini ściankami. Zapalił światło, bo była już całkiem późna godzina, a to nie jakaś ciemna Afryka, że prądu nie ma. Położył kurtkę na komodzie i popatrzył na mnie. Odwróciłam się z uśmiechem i oglądałam dalej mieszkanie, stojąc w miejscu. Ray stanął za mną i odgarnął włosy z mojej szyi. Poczułam się trochę skrępowana, i się podenerwowałam.
- You’re wabbling. I’m scaring you? Trzęsiesz się. Przerażam cię? – zapytał, szepcząc mi do ucha.
- No, but… you are doing this in that way, like you want go to the bed. Nie, ale robisz to w taki sposób, jakbyś chciał do łóżka.
- I’m sorry, I’m trying to care of you. Przepraszam, staram się zadbać o ciebie. – dotknął mojego ramienia. - Wanna go TO bed? Chcesz iść spać?
- I’ve just said… Właśnie powiedziałam że…
- So, who’s thinking about it everytime? Więc, kto o tym myśli cały czas? – odparł ze śmiechem. – I meant, that you want get into bed. Miałem na myśli, że chcesz iść spać SPAĆ.
- Ough… umm, yes, yes… I’m very tired… A, mmm, tak, tak… jestem bardzo zmęczona. - zarumieniłam się. – You have any needless t-shirts, or something? I don’t have any, and I don’t wanna sleep naked. Nie masz jakichś niepotrzebnych koszulek, czy coś? Nie mam nic ze sobą, a nie chcę spać nago.
Ray roześmiał się i stwierdził że w ostatniej wersji mi najładniej, ale zrobi jak uważam. Przyniósł mi jakąś koszulkę której się utopiłam, strasznie długą, bo na szerokość to w miarę normalna. No ale musi pomieścić te pół dwumetrowej sylwetki. Pokazał mi sypialnię, zgasił światło gdy się położyłam i wyszedł…
Boję się tych idiotów z federałki.
Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. W perspektywie miałam cały pokój, z tymi durnymi ściankami, dzięki którym miałam jakąś manię prześladowczą, że ktoś za nimi stoi. Jedyne co mnie uspokajało, to noga Raya na kanapie, więc mam pewność, że nic się nie dzieje, bo by się obudził.
Chyba że odcięli mu nogę i zostawili.
Wkurzona wstałam  i usiadłam na łóżku. Czasami to pomaga, ale chyba nie tym razem, nie uda się. Weszłam do głównego pokoju i popatrzyłam na śpiącego, opierając się o róg ścianki. Poszłam dalej, do łazienki i obmyłam sobie twarz wodą. Spojrzałam na siebie, zgasiłam światło i wróciłam do pokoju, gdzie Ray siedział na kanapie. Spytałam czy go obudziłam, on odpowiedział pytaniem czy nie mogę zasnąć. Usiadłam obok i się do niego przytuliłam, ten natomiast osunął się na kanapie i w ten sposób, niejako leżąc na nim, w pełnym bezpieczeństwie – zasnęłam.
Przebudziłam się już w sypialni, gdzie leżałam pod ciepłą kołdrą a obok, jak stróż który zawiódł – tak jakby zasnął, pilnując. Szkoda mi się go zrobiło, przykryłam go kołdrą i położyłam głowę na ramieniu, po raz kolejny zasypiając.
Następny raz już obudził mnie budzik, Ray obudził się nieco zdziwiony i dobitnie stwierdził, że ktoś „poprzedni” nie wyłączył budzika. Ja natomiast przeciągnęłam się, chcąc wstać, ale zawładnęła mną siła ‘jeszcze-pięć-minut’, padłam więc na materac z powrotem. Ray usiadł i oparł głowę na ręce, przecierając dłonią swoją brodę. Ziewnął i stwierdził że zarósł jak las w rezerwacie. A ja dalej leżałam na brzuchu, z rozkopaną kołdrą i w poprzek. Nie chce mi się wstać, nie chce mi się wyjeżdżać, nie chcę znowu być sama na chacie, wracać do pustego mieszkania, no bo psa już nie mam, robić sobie jakieś ohydne żarcie i udawać że jest smaczne - bo zdrowe, sprzątać w pokoju, mimo tego że jest porządek, grac na playstation w samych gaciach i koszulce od piżamy, popijając piwo, oglądać mecze, nawet trzecioligowce, które mnie kompletnie nie interesują, albo co gorsza oglądać jakieś kuriozalne sporty, o których pierwsze słyszę, na przykład kurczę wrestling, no co, może jeszcze walki w kiślu? Co dzień chodzić to wystrzałowej pracy i spotykać tam człowieka, który coś znaczy, ale nie możesz tego okazać i wzajemnie odwrotnie. Nie chce mi się. No jak jasna cholera, no.
Obróciłam się na plecy.
- Ray…? – rzuciłam w eter.
- I’m shaving, I can’t speak. Golę się, nie mogę rozmawiać. – odpowiedział.
Wstałam i poczłapałam do łazienki. Nigdy aż tak mnie nie zafascynowało oglądanie golącego się faceta. Oparłam się o ramę drzwi. Nagle gdzieś w połowie przestał.
- Don’t look at me, you’re distracting me. Nie patrz na mnie, rozpraszasz mnie. – roześmiał się. – I’ll cut myself, you will see. Potnę się, zobaczysz.
Podeszłam do moich ubrań, które zostały wyprane wczoraj, zanim położyłam się spać. Perfekcyjny Deszczu Domu, jaha, tylko założyć.
Zjedliśmy razem śniadanie, przygotowane przez Ray’a, który uważał że musi się pochwalić swoimi umiejętnościami z kuchni kubańskiej, które są całkiem niezłe, a może i nawet lepsze ode mnie. I tak nic nie przebije polskiej kuchni. Burak, ziemniaki i schabowy forever. Za chwilę wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na lotnisko.
Kiedy już stałam na odprawie, nie mogłam oderwać wzroku od Raya. To jego spojrzenie się nie zmieniło, mimo tej niezbyt wygodnej prawdy, której się dowiedziałam podczas tego wyjazdu. Dlaczego niewygodnej? Bo nie wiadomo czego się spodziewać, jaką osobowość ma osoba, która wcześniej udawała kogo innego, ukrywając swoje prawdziwe ja. Wiem, zaraz będą hejty, że to taka romantyczno - gejowska ta sylwetka numer jeden, jasne, sooo gaaay, ale to było wygodniejsze niż to, kiedy pokazał właściwie swoją naturę. Właśnie dlatego na początku trudno mi było uwierzyć w romantyczną duszę, znając takich jak Wenom i Hewlett, oprócz Kubiego, ale on jest taki chyba po prostu nieśmiały i nie mówi wszystkiego co by chciał. Widzę to po nim, kiedy coś przeholuje z alkoholem, staje się taki jak oni… Każdy po alkoholu i innych używkach odkrywa swoje prawdziwe wnętrze, jak i ja, ile razy mówiłam coś, czego nie chciałam, chociażby przykład: dlaczego powiedziałam Hewlettowi, że chciałabym się przespać z Aide, a dlatego że po mące byłam. Sad but true. Tak samo, Baśka, ja nigdy nie wspominałam o tym, jak wygrałam skrzynkę wódki od Baśki. Jak?
Zakład z nastoletnich lat, kiedy jest się ciekawym dosłownie wszystkiego. Któregoś lata założyłyśmy się, która dłużej pozostanie cnotką-niewydymką. Wygrałam, ale szczerze mówiąc, nie wiele by brakowało, a alkohol powędrowałby do niej. Jej to się zdarzyło na aniversarach i ja byłam głosowym świadkiem, tego że owa wódka mi się należy. Podzieliło nas zaledwie trzy miesiące… Z początku nie wiedziałam czy to ona, ale dowiedziałam się od naszych przekupek, to znaczy się od koków.
Tak to było.
Wracając do lotniska O’Hary, zaraz wyruszam na odprawę. Dziko, tak się czuję. Ray ma minę typu ‘distinguish’, nie bardzo mu pasuje to że jadę, a mi się nie widzi ekstradycja. Tyle razy tłumaczyłam że nie mogę rzucić roboty. Jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie, jeżeli ja mam jakiekolwiek znaczenie dla niego, to on musi coś zrobić. Ja nie zrobię wbrew swojej naturze, a może chyba charakterkowi, bo jeśli patrząc na naturę, to już dawno powinniśmy być zaobrączkowani i spodziewać się drugiego potomka…
Pierdolenie, ot co.
Pytał mnie czy mi pasuje to, jaki jest. Czy to nie jest jakaś przeszkoda. Ja czuję, że Butch ma rację – robi tak, i tak jest nauczony, bo nikt go nie kochał, nikt nie dbał. I vice versa, ja pochodzę z zarąbistego domku, rodzice już wmawiali mi jak byłam mała kim mam być, a ja okazałam się być chodzącym osiołkiem – może i głupim, łażącym bez celu, ale upartym i dążącym do swego. Który w dupie ma to, że ma być szanowaną panią prawnik, która zaraz po ukończeniu tego no, co oni tam kończą, hajta się z bogatym i przystojnym biznesmenem i zaraz … ten teges śmeges. Wiadomo, nie… osioł.
Ale jaki ładny.
W sumie, nie wiem jak traktować Ray’a. Z jednej strony, zanim dowiedziałam się, że jest to taka chemia jak w 50 twarzach Greya, których na szczęście nie czytałam, to było fajnie, z kolei jak w komedii reumatycznej - taka radość, kiedy delta jest dodatnia. Z drugiej strony, facet nie może być taką no… cipą. Musi mieć trochę takiej władzy, siły, zdecydowania. To jest trochę jak z niesforną małpką, do której sama się przyrównam. Małpka mieszka w zoo, i ma opiekuna, czyli Raya. To niesforna, głupia małpka ćpunka, i do tego opryskliwa. Opiekun ma dwie opcje złagodzenia zachowania małpki. Albo będzie ją przekupywał słodyczami i jakimiś frykasami, i głaskał i tulił i takie tam rzyganie tęczą i włażenie w dupę wazeliną, albo wparuje na klatkę i pokaże kto tu rządzi. All in all, żadna z opcji nie jest dobra – z jednej strony, małpka będzie zawsze łasa na smakołyki i wyjdzie jej to na złe, mało tego. Będzie traktować opiekuna jak robota do jedzenia. A w sytuacji numer dwa, pokaże małpce kto rządzi, okej, tylko że małpka może zacząć się momentami bać. Albo opiekun przesadzi. Jestem na przełomie tych dwóch sytuacji. Skuszona zakazanym owocem, łaszę się do Ray’a jak ostatnia kurwa na długach i pustym żołądkiem. To sprawia przyjemność, organizm chce to, co przyjemne. Pytanie, kiedy ten nieziemski popęd się skończy. Nie wypada, nie wypada, nie wypada. Jak z królikami. Pytanie jest inne – kiedy będzie tak, że przez taką dziką nimfomanię, zacznę zamykać drzwi na siedem spustów, aby nie zostać zgwałcona. Tego się boję, bo… bo kiedyś już ktoś próbował…



[1] Kobieca wersja „żula” – czyli stereotypowego pijaczyny na zasiłku.

czwartek, 3 lipca 2014

"When you're good to mama..."

Obudziłam się jakimś eleganckim pokoju, na łóżku, ale przykuta jedna ręką do kaloryfera. Świetnie.
Wyjrzałam przez okno i chociaż z tego się ucieszyłam – Sears Tower, czyli znak że jestem z Chicago. Chyba jestem na ostatnim, gdzieś tam 30 piętrze, pretty. O ile dobrze pamiętam Chicago, to posąg Kopernika jest oddalony o krótki spacer. Do dzieła.
Rozejrzałam się po pokoju, a następnie wyciągnęłam z włosów wsuwkę (niestety, grzywka mi będzie przeszkadzać, no ale czym mam to otworzyć?! Palcem?). Rozkucie kajdanek – zaliczone na sześć z plusem. Ocierając sobie poodciskane ręce, zaczęłam szukać wyjścia, bo nie mam zamiaru złazić po zewnętrznej stronie budynku.
Skoro jestem w sypialni, to znając hotele, musi być jeszcze główny pokój i przedpokój. Nasłuchałam chwilę jedne drzwi i zabrałam się za otwieranie, które mi kompletnie nie wyszło. Rozejrzałam się ponownie, i stwierdziłam, że przejdę via okno do okna. Co mnie jeszcze bardziej ucieszyło, gdy otworzyłam je, zrobił się przeciąg (drzwi hotelowe mają szpary pod drzwiami). Przeszłam i zręczniejszą łapą, otworzyłam salonowe. Obejrzałam pokój, czy nikogo tu nie ma i podeszłam cicho do przedpokoju, który otworzyłam wsuwką i zamknęłam tylko na klamkę. I wyjściowe.
I tu nie było problemu w ogóle – drzwi otwierane na kartę, są automatycznie otwierane z wewnątrz.
Wyszłam na korytarz zobaczyłam że jest kompletnie pusto – mało tego, wyglądało to tak, jakby piętro było albo nieużywane, albo i nieużywane i w remoncie. Gorzej, bo zobaczyłam że winda jedzie na to piętro. Nie ma innej opcji. Spieprzać.
Szybko wbiegłam do losowego pokoju i przymknęłam drzwi. Wyciszając oddychanie, słuchałam kto idzie do pokoju. Jasne, Boss i jakichś paru innych white collarsów… Mam jakieś pół minuty. Popatrzyłam na korytarz jeszcze raz, tam gdzie stoją. Kuźwa mać, schody ewakuacyjne są obok tego pokoju w którym mnie przetrzymywali! Dupnie się rozejrzałam, kurde mol.
Aby tylko zamknęły się ich drzwi, przebiegłam dosyć ryzykownie, bo z impetem dobiegłam do drzwi wyjściowych i jazda po schodach. Albo to usłyszeli, albo po prostu zczaili że:
A – drzwi od przedpokoju są zamknięte tylko na klamkę
B – okno od przedpokoju zostawiłam otwarte
C – nie ma mnie tam
Nie bawię się w schodzenie po schodach. Skaczę między poręczami, coraz bardziej w dół, a parę razy źle upadłam, krzywa stopa, platfusie. Z bólem i wściekłością zbiegałam coraz niżej, niżej i niżej. Oby szybciej niż winda, a za sobą i tak już słyszałam w klatce, że za mną lecą. Szybciej!
Nieco kulejąc, dostałam się na ostatnie piętro i wyszłam na hol, spokojnie, aby się nie rzucić w oczy. Popatrzyłam na wyjście, czysto. Wyszłam spokojnie, dalej już zbiegłam ze schodów i wyskoczyłam na ulicę, przeskakując po drodze rabatkę na środku ulicy. Na szczęście nic mnie nie potrąciło, ale gdy się obejrzałam, zauważyłam że przy ulicy stoją dwa radiowozy i lincoln. Pełne psiarni, która mnie przez chwilę zignorowała, a potem ogarnęła że ja to ja. Pobiegłam w kierunku portu, do którego trzeba było stratować śliczny klomb bratków. Przebiegając obok fontanny, zgarnęłam wodę, aby sobie obmyć mordę, żeby nie wyglądać jak zbiegający ćpun ze szpitala. Napotkałam pieprzony mur, który musiałam przeskoczyć, i zawalałam dalej, przez tory kolejowe, unikając w dużej mierze pociągów, których panicznie się boję. Zaraz potem były jakieś boiska i znów jakaś główna aleja, konieczną do przecięcia bez pozwolenia. Przez kolejny skwer przebiłam się już w nadmorską… tfu, nadjeziorną arterię i przez park widzę Field Museum i do tegoż budynku wparowałam.
Mc Dolands[1]!
Wygrzebałam z kieszeni jakieś drobne, aby kupić hamburgera. Po co? Raz że jestem głodna, a dwa że żadnego faceta do damskiej toalety żadna Amerykanka nie wpuści.
Może to dziwnie zabrzmi, ale siedziałam w tym kiblu aż do 10 rano (było koło siódmej, gdy wparowałam do maka). Gdzie jak nie w klopie, człowiek może czuć się bezpiecznie?
Przed dziesiątą ruszyłam pod pomnik Kopernika. Jest on pod planetarium, na cyplu portu. Łyso jak cholera, drzewa w dużej odległości. Ale podejdę pod planetarium i stamtąd będę obserwować, co się dzieje, o ile nikt mnie nie złapie na East Solidarity Drive – alei prowadzącej wprost do pomnika. Usiadłam sobie za murkiem planetarium i czekałam, co chwila się oglądając.
Yeeeeeeaaaah! Jest Butch!
Gwizdnęłam. Natychmiast się odwrócił, zobaczył mnie i położył palec na ustach. Za chwilę odwrócił się do mnie tyłem i ręką za sobą pokazał mi kierunek w prawo. Tam stał Lincoln, ten co pod Hiltonem. Cofnęłam się za róg wejścia i tam stanęłam, obserwując federalnych. Nagle ktoś złapał mnie z tyłu, zaczęłam się szarpać.
- Easy, easy, it’s me… Spokojnie, to ja. - szepnął.
- Bloody hell, Ray, you damned idiot! Kurwa mać, Ray, ty cholerny durniu! – położyłam uszy po sobie, wściekła jak jamnik - Gimme iron. Daj mi spluwę. – syknęłam, oklepując go po pasku, dalej stojącego z tyłu.
- Auch, not there! Ała, nie tutaj! – jęknął.
Spojrzałam na niego z szelmowskim uśmiechem.
- This is iron for bedroom, not there… To broń do sypialni, nie tutaj… - wysnuł całkiem poważnie.
- Sorry, gimme gun. Sory, daj mi broń.
- Hold it. Trzymaj. – podał mi.
- My Beretta? Thanks! Moja Beretta? Dzięks! – podrzuciłam do góry. Coś za lekka. Mina mi zrzedła gdy zobaczyłam że zostały dwa naboje.
- You have ammo? Masz amunicję?
- In my pocket. W kieszeni.
Stanęłam za nim i nie ryzykując oklepania ‘nie tej broni’, wyciągałam naboje i ręcznie uzupełniałam magazynek…
- All right, we are good to go. No dobra, jesteśmy gotowi. – powiedziałam, przeładowywując.
Wyszłam przepychając się z Ray’em, kto ma iść po stronie od federalnych. Wymusiłam, że to mam być ja, bo nie będzie mi tu żadnego osłaniania własnym ciałem wymyślał, a potem jeszcze będę płakać.
Federalni nas zauważyli bez problemu. Ruszyli w naszą stronę, gdy już byliśmy pod posągiem Kopernika. Zaczęła się publiczna strzelanina, Kopernik kontra Federalni. Strzelanie zza postumentu było średnio wygodne i odpowiednie dla dwóch, nie trzech osób. Ray cały czas cofał mnie ręką w tył, abym się nie wychylała. No chyba jakieś żarty.
Wkurzyłam się i podskoczyłam, rękami sięgając na krawędź podstawy posągu, wdrapałam się i zza pleców Kopernika, strzelałam do agentów, i to całkiem przyzwoicie, bo nie spodziewali się że ktoś z ramienia Kopernika będzie strzelał. Oni do mnie też strzelali, a ja siedziałam przy globusie i śmiejąc się, krzyczałam ‘nie strzelać do Ziemi, bo wyleci z orbity’.
Strzelanina skończyła się tym, że Butch został tylko skubnięty przez nabój, Ray był czysty, a ja dostałam gumową kulką od policjantów, którzy zostali wezwani przez przechodniów.
Oglądając obicie od kulki na nodze i siedząc w dalszym ciągu z Kopernikiem, Butch i Ray przedstawili się policjantom, jednocześnie skazując federalnych-złych na paczkę, dlatego że wszczęcie strzelaniny, to już był dobry dowód, że w śledztwie ktoś maczał palce. Policjanci poprosili mnie o zejście z posągu i o rozmowę w komisariacie.
Nie wiem co to za dzielnica, ale komisariat był kilka przecznic dalej, hahaha.



[1] Dolan, parodia Kaczora Donalda.

sobota, 7 czerwca 2014

"Skład nieżywych czarnuchów"

Obudziłam się w nocy, w podobnej sytuacji jak wcześniej. Butch prowadzi ale tym razem Moja Kanapa śpi jak suseł.
- Whoah, what a good stuff… Ja cię, ale dobry towar… - mruknęłam,  przeciągając się.
- You vexed him, like nobody. Wnerwiłaś go jak nikt.
- Really? I’m sorry, I hate needles… Sorry honey… Naprawdę? Przepraszam, nienawidzę igieł… przepraszam kocie… - pocałowałam Ray’a w czoło. – I didn’t wanted… Nie chciałam…
- You are taking drugs casually? Tak zwyczajnie bierzesz narkotyki?
- Nah, sometimes… Czasami. - przypomniało mi się, jak któregoś piątku poszliśmy do ‘naszego’ baru, czyli Douga, Wenoma i Kubiego… Taki bar, w którym przesiadują wszyscy od nas po pracy. Nikt nikogo nie drażni, nie popędza, człowiek który godzinę temu się nad Tobą pastwił, bo robota nieskończona, siedzi stolik dalej, popijając browara, macha ci, że tu jest wolne. Nazywany jest amerykanów Kan-Kanem , od. Can-can – potrafisz potrafisz, bo po wyjściu z tego baru, większość myśli się wszystko umie. Nawet skoczyć z dachu i wylądować szpagatem. Sam bar nazywa się Zielona Mila, a i tak krąży nazwa ‘U Stefana Burczymuchy’ (właściciel ma na imię Stefan i nie jest rozmowny) albo jeszcze częściej ‘Skład zielonych’ lub jak my mówimy ‘Skład nieżywych czarnuchów’. Wiadomo że chodzi o Pulp Fiction, a nazywamy tak, bo jak jacyś przychodzą, to sami nie wychodzą. Są mniej odporni albo czerwoni[1] ich zabierają.

“Boys like you, are bad through and through. Still, girls like me, always seem to be with you...”

Przy jakiejś okazji otworzono, a raczej uchylono mi drzwi. Tam po prostu jest kawałek mieszkania.
- Pretty, but for what? Ładnie, ale po co to?
- In States, we cannot live in motel, or others… We crossed border, without permission. W Stanach nie możemy mieszkać w motelach i tch takich… przekroczyliśmy granicę, bez zezwolenia.
- If we just opened trailer, can I shave myself? I look like dosser. A skoro już otworzyliśmy naczepę, mogę się ogolić? Wyglądam jak menel – odparł Ray, drapiąc się po brodzie.
- No, you will do it in truck. We have not much time. Nie, zrobisz to w ciężarówce. Nie mamy za dużo czasu.
- I’d cut myself. Zatnę się.
- Well, don’t shave. One day long facial hair doesn’t look horrible. No to sie nie gól. Jednodniowy zarost nie wygląda okropnie.
- And it’s sexy. I jest seksowny. – dodałam.
- Sexy? Okay, like you told, I wouldn’t shave. But I feel like mujahideen in turban. Seksowny? Dobra, jak powiedziałaś, nie będzię się golił. Ale czuję się jak mudżahedin w turbanie.
Zamykając ciężarówkę, zauważyłam dziwną rzecz, otóż na wiejskiej drodze stało eleganckie auto. Chyba znów federalni.
- Boys, tell me, why we are destroying Hoovers, during when you are Hoovers, too. Chłopcy, powiedzcie mi, dlaczego niszczymy federalnych podczas gdy sami nimi jesteście.
Ray spojrzał na Butcha poważnie. Ten tylko krótko westchnął.
- They are spies, with Edgars badges, but they aren’t high-ranked. Scum. Tacky scum of FBI. Maybe you don’t know, but FBI doesn’t like CIA, and mutually, so cases didn’t closed by FBI, are taken by CIA. But these agents, who do chevy by us, are corrupted by murders. They want to shut us up. Probably Jules told them that we have good mercenary, it’s you, and they want to stifle you, maybe kidnap, maybe kill. We had to put you in Jules car, because we could only there slow down their moves. Every day we don’t know where they are, but while we ride to Illinois, we would have help. To szpiedzy, z odznakami federalnych, ale nie są wysoko postawieni. Szumowiny. Dziadowskie szumowiny z FBI. Może nie wiesz, ale FBI nie lubi CIA, i wzajemnie, więc sprawy niezamknięte przez FBI trafiają do CIA. Ale ci agenci, którzy nas ścigają, są skorumpowani przez morderców. Chcą żebyśmy się zamknęli. Prawdopodobnie Jules powiedział im że mamy dobrego najemnika, to Ty, i chcą ciebie przygłuszyć, może porwać, może zabić. Musieliśmy ciebie umieścić z Julesem w aucie, bo tylko tak mogliśmy spowolnić ich manewry. Każdego dnia nie wiemy gdzie są, ale wraz z wjazdem do Illinois, możemy mieć już pomoc.
- Good to know, that I was lure… Dobrze wiedzieć że byłam przynętą. - mruknęłam, z oburzeniem.
- We knew that you can run away. And we had time to do trap. Wiedzieliśmy że możesz im uciec. A my mieliśmy czas aby zrobić pułapkę.
Spojrzałam na Ray’a z dezaprobatą.
- It wasn’t my idea! To nie był mój pomysł! – podniósł ręce i odszedł gdzieś.
- You could tell me. I would… Mogłeś mi powiedzieć. To bym…
- … kill Jules, et cetera, et cetera. That’s why we didn’t told you. If you had killed Jules, you would have fucking big problems… electric chair for example. … zabiła Julesa, i tak dalej, I tak dalej. To dlatego ci nie powiedzieliśmy. Jakbyś zabiła Julesa, mogłabyś mieć zajebiście duże problemy… na przykład krzesło elektryczne.
- Neither corrupted? Ale nawet skorumpowany?
- Neither corrupted. Only agents aren’t under this law. You are mercenary, not agent, there’s difference. Nawet skorumpowany. Tylko agency nie są pod tym prawem. Ty jesteś najemnikiem, tutaj jest różnica.
- So, for what I’m here? No to po co tutaj jestem?
- You help us in finding this murderer, at first. Secondly – help us in investigation, and to be witness, simulthaneously not agent. And at third… Pomożesz nam w szukaniu tego mordercy, to po pierwsze. Po drugie – pomożesz nam w śledztwie, i będziesz świadkiem, jednocześnie nie agentem. No i po trzecie… - Butch spojrzał na Ray’a. - …for him. Without you he is useless wreck… rapidly breaks and have no ideas. When he don’t see you, don’t think about what should think, and this is one of the best we've got… …dla niego. Bez ciebie jest bezużytecznym wrakiem… szybko się łamie i nie ma pomysłów. Kiedy ciebie nie widzi, nie myśli o tym o czym powinien, a to jest jeden z najlepszych jakich mamy.
Zamilknęłam i popatrzyłam gdzieś.
- …if I’m signed by federals… It’s like marine boot[1]? Jeśli jestem naznaczona przez federalnych… to jest jak but Marinesa?
- Probably yes. By what they did it? Chyba tak. Czym to zrobili_
Podniosłam nogę, oparłam na ciężarówce. Podwinęłam nogawkę i Butch zobaczył lekkie wybrzuszenie na kostce.
- Oh fuck. It’s chip. So, there’s… O kurwa. To chip. Więc tutaj…
- We must cut my skin and throw away that shit. Musimy przeciąć moją skórę i wywalić to gówno.
Butch spojrzał na mnie lekko blady i krótko skinął. Poszedł do Ray’a i chwilę z nim porozmawiał. Ze spasowanej i spokojnej miny zamienił się w zdenerwowanego i wystraszonego… Podszedł do mnie.
- You are sure that we may cut you? Jesteś pewna że możemy cię pociąć?
Skinęłam zdawkowo, potwierdzając.
- We have to. Musimy. – dodałam.
Wsiedliśmy do naczepy. Butch przyniósł jakaś torbę, pełną różnych medykamentów i sprzętów medycznych.
- It will pretty fucking hurt? To będzie zajebiście bolało?
- Yes. Tak. – mruknął cicho Ray, rozpakowywując jakiś płyn i waciki. Wcale nie wyglądał na zadowolonego.
- What  you’ll be doing? Co będziesz robił? – zapytał Butch, nieco przerażony.
- It will make your pain lighter. To zmniejszy ból. – posmarował jakimś pomarańczowym płynem to miejsce. Wyciągnął zapakowany skalpel, umył ręce, założył rękawiczki. Położył szczypce na blaszanej tacce, w jedną rękę wziął wacik a w drugą wysterylizowany nóż.
- Try to not yell. Spróbuj nie krzyczeć. – mruknął.
Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. W jednej chwili upiorny ból, prawie jak strzał, wbił się w moją nogę, jak jakieś cholerne wnyki. Trzęsłam się i ciężko oddychałam, ale nie wydałam z siebie żadnego okrzyku. Na chwilę ból zmalał i otworzyłam oczy. Butch zielony spogląda na rozcięty kawałek nogi, z którego fantazyjnie sączy się krew. Ray z pełnym spokojem wyciągnął maleńką pigułkę na tackę i spojrzał na mnie. Ja z obrzydzeniem patrzyłam na ranę.
- Don’t look. Nie patrz. – powiedział. – Now, it will be the worst. Teraz będzie najgorsze.
Zasłoniłam ręką twarz. Poczułam ukłucie i nic przeciąganą przeze mnie. Syknęłam i ugryzłam się w dłoń. Drugie kłucie. Myślałam że przegryzę sobie skórę na ręce. Krótko jęknełam. I trzeci. Puściłam zakrwawioną dłoń, zwijając się z bólu. Przemył to, a ja zaczęłam płakać. Powyrzucał wszystkie fanty jednorazowe, resztę dał Butchowi do umycia, który stał przy zlewie, nie mogąc już patrzeć na to. Ray usiadł obok, objął mnie i przytulił, głaszcząc po głowie, że już koniec, i żebym nie płakała.
Nie płacz, żołnierz nie płacze – jak to kiedyś mówiliśmy z kolegami.
- Why the hell you don’t have anesthesia? Dlaczego kurwa nie macie znieczulenia? – jęknęłam. – Or something pain killing, the fuck!? Albo cokolwiek przeciwbólowego, no kurwa!?
- Shhh… Butch, gimme this green box. Thanks. Ciiicho… Butch, daj mi to zielone pudełko. Dzięki. – wyjął jakąś strzykawkę. – There’s codeine, I’ll… To kodeina, ja…
- Stay with this ‘Spritze’ away from me. Trzymaj się z tą szprycą ode mnie z daleka. – podskoczyłam i odsunęłam się.
- I know you like to narcotize yourself. Wiem że lubisz ćpać.
- I taken acid[2], dragged in cocaine, but I’ve never brown[3]! I… Brałam kwas, wciągałam kokę, ale nigdy się nie dźgałam!
- Wait, wait. Remember what I told you in Rammstein? Czekaj czekaj. Pamiętasz co ci powiedziałem w Rammstein?
- That you’re sensitive, but you aren’t! To że jesteś delikatny, ale nie jesteś!
- In soul, yes, but it didn’t changed in vaccines. W duszy tak, ale nic się nie zmieniło ze strzykawkami.
- It not hurt, yet, I don’t need… Nie boli, nie potrzebuję…
- It will. Gimme your hand. Będzie. Daj mi rękę.
- No! Nie!
- Gimme your hand. I don’t wanna do it forcefully, okay? Daj mi rękę. Nie chcę tego robić na siłę, dobra?
- For fuck you want hand, when leg hurts like a hell?! Po cholerę chcesz rękę, jak noga boli mnie jak jasny chuj!
Ray już sie nie pytał. Przycisnął mnie swoim ciałem i wbił w udo. Zabolało jak jasny gwint.
- Now, she will fly away… No, to teraz odpłynie…
- O kurwa, ale daje… - mruknęłam z zapartym tchem. Przetarłam twarz i spojrzałam na swoją dłoń. Nie to co kwas, gdzie widzi się fioletowe nosorożce z głową kota i dupą pawiana a wszystko jest w radosnych kolorach tęczy. Tu mi po prostu odpaliło podobnie jak z marihuaną, ale to miało działać głównie przeciw bólowi.
- Ja pierdziu, prawie jak marycha…! – wykrzyczałam zachwycona. Ray spoglądał na mnie z politowaniem, a Butch śmiał się do zmywanych naczyń.
- Buddy, I didn’t knew that you have drugs here. You are selling? Stary, nie wiedziałam że macie tu narkotyki. Pohandlujemy? – odparłam i padłam na kanapę. Zasnęłam w mgnieniu oka, upadając.
- Nah, that’s dope. No, a to jest odurzenie.
- Let’s get outta here. Take her to truck and we will ride. We are half way to Chicago. Wynośmy się stąd. Bierz ją do ciężarówki i jedziemy. Jesteśmy w połowie drogi do Chicago.




[1] Marine boot – but z gps.
[2] LSD
[3] Dać sobie w żyłę

piątek, 6 czerwca 2014

"Get your motor runnin' head out on the highway! Lookin' for adventure and whatever comes our way!"

Chciałam się odwrocić, zobaczyć kto to.
- Don’t move! Throw gun! Nie ruszaj się! Rzuć broń!
Rzuciłam Berettę.
- Hands up, legs… Ręce do gory, nogi…
- Widely. Szeroko. – dokończyłam, wkurzona. Wypełniłam polecenie I zostałam zmacana drugi raz. Odebrano mi broń i schowano. To samo miał Jules.
- Bears, get the fuck out here. Miśki, wypierdalać stąd. – ryknął federalny.
Misie się zmyły.
- Cuff her. Good job, Jules, you would be pretty Hoover, as I. Skuj ją. Dobra robota, Jules, będziesz równie świetnym federalnym jak ja.
- Jules, you motherfucking cunt… Jules ty jebana pizdo… - mruknęłam.
- Don’t jive, laid by agent bitch. Nie podskakuj, zerżnięta przez agenta dziwko.
- Je*any lachociąg. – mruknęłam, i splunęłam.
Federalni chcieli mnie wpakować do Jag’a, ale na powitanie wjechali Butch z Ray’em oraz kilkoma M5A5, zanim zdążyli mnie zakuć w kajdany. Rzucili mi jeden, wycelowałam w nich.
- Too lah-di-dah move, bitches! To zbyt pochopny krok, dziwki! – pokręciłam głową.

czwartek, 5 czerwca 2014

"I don't give a damn 'bout my reputation"

I pojechaliśmy. Jules przez chwilę trzymał się poważnie, potem się uśmiechnął i spojrzał na mnie. Ja obojętnie na niego.
- I didn’t told last thing. Ray was writing diary, till we had readen it. I have it. I think, it would be the best, when you read it. – podał mi jakiś gruby zeszycik, trochę obszarpany. Spojrzałam się na niego jak na debila (i słusznie), po czym wzięłam od niego leciwy kajet. Chwilę myśląc, co bym chciała przeczytać, po prostu przerzuciłam karę kartek i oto co tu mamy – Deszczu w San Francisco.
- I broke up with Sally.

środa, 4 czerwca 2014

"Sweet home Alabama"

- After this wing-ding in Thailand, he has nickname ‘French-Kisser’, hahahahah. We all know that he diddled you there, and he poked you too, last night. Don’t feel offened, but he passes as Bond copy. Hahah. With one correction – he choosed you, one, finest. And you don’t know this kinky man at all… Po tej sytej imprze w Tajlandii, ma ksywę “French-Kisser” hahahahah. Wszyscy wiemy że rżnął cię tam i posuwał ostatniej nocy. No nie czuj się urażona, ale on uchodzi za kopię Bonda. Hahah. Z jednym wyjątkiem, on wybrał ciebie, jedną, najlepszą. I nie znasz do końca tego zboczonego gościa…
- I ain’t wide knowledge about that. Nie miałam o tym tak szerokiego pojęcia. – odwróciłam się do Ray’a – Tell me something what I don’t know. You know, whatchamacallit, some exempli gratia[1]. Powiedz mi coś czego nie wiem, No wiesz, jak to zwą, jakieś przykłady.
- What a whangydoodles you will tell her? Jakie bzdury jej opowiesz?  – roześmiał się ponownie Ray, mrugając do Butcha.

wtorek, 3 czerwca 2014

"So why waste time with other guys when you can have mine? I ain't asking for no sacrifice. Baby, your friends do not need to know"

- Okay, AP is the best thing I’ve ever seen. Miss, can you tell me something about landing? Okej, autopilot to najlepsza rzecz jaką w życiu widziałem. Panienko, możesz mi powiedzieć coś na temat lądowania?
- Everything. Turn radio on, connect with tower, or land somewhere on grass. Wszystko. Włącz radio, skontaktuj się z wieżą, albo ląduj gdzieś na trawie.
- Grass please. Trawę poproszę. – odparł Butch.
- All right. You see this field? Dobra, widzisz to pole?
- Yes. Tak.
- It’s corn. It could be. Turn off engines. To kukurydza. Może być. Wyłącz silniki.
- What? Co?
- Turn of engines, meh. Like that. Wyłącz silniki, ech. Tak. – pociągnęłam za przepustnicę. Let’s go!
- Oh my Gosh. O mój Boże. – mruknął Jules. – Total madness! Totalne szaleństwo!
- Easy come, easy go! Little high, little low! Łatwo przyszło, łatwo poszło! Trochę wzlotów, trochę upadków!  – krzyknęłam. – It’s going faster and lower… lower, lower. Too slow. Try do stairs. To idzie szybciej i niżej… niżej, niżej. Za wolno. Spróbuj zrobić schody.
- What the fucking stairs? Jakie znowu kurwa schody? – zapytał, krzycząc z przerażeniem Butch.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

"I believe I can fly"

Tymczasem siedziałam i słuchałam co się dzieje w drugm pokoju.
‘Jules, surely we don’t understand each other. You can’t undermine her ego, it may be weird, it’s hard person, but her sensitive point is her ego. Don’t make angry atmosphere.’ Jules, pewnie się nie zrozumieliśmy. Nie możesz podkopywać jej ego, to może być dziwne, ale to twarda osoba, lecz jej delikatnym punktem jest właśnie jej ego
‘Boss, I just didn’t belie…’ Szefie, ja po prostu…
‘Don’t. She’s higher than you, do not…’ Nie. Jest wyższa od ciebie [stopniem], nie…
- Nobody’s higher than me! Nikt nie jest wyżej niż ja! – krzyknęłam, weedując i nasłuchując Rammstein.
- Shit, weed, oh fuck. O kurwa, zioło…
- No fuck, just rock. Hahahah… good stuff. Nie kurwa, tylko bujaj się! Hahahah… dobry towar.
- Okay Susannah, we must talk with our boss, can you stay there and do nothing? Okej Susannah, musimy pogadać z naszym szefem, możesz tu zostać i nie robić nic?
- Okay. Okej. – wstrzymałam oddech.
- You can breathe, of course. Oczywiście możesz oddychać.
- It’s more than nothing, you… To więcej niż nic, ty…
Wyszli. A ja dalej spalam gibona. Położyłam się na plecach, wydmuchując marzycielsko dym w górę. Dub. Dap. Dib, darab. Dub. Dab. Dib. Darab, daab. Usnęłam. Obudziły mnie krzyki i włam na chatę, uznałam to za nieistotne, i spałam dalej. Obudziło mnie klepanie po twarzy.
- Wake up, wake up. Obudź się, obudź się. – cedził Ray.

niedziela, 1 czerwca 2014

"I'm one card short of a full deck"

Obudziłam się, oślepiona kubańskim słońcem, które artystycznie oświetlało staro amerykański pokój. Dopiero teraz zauważyłam, że czerwony neon jest po prostu zawieszony na oknie, na zewnątrz a robił taką reuma… romantyczną atmosferę. Prawie jak w filmie Shall we Dance. Wystrój był na tyle dziwny, jakby ktoś tu mieszkał raz na 2 lata. Chciałam się obejrzeć, ale szkoda mi było budzić Ray’a, który obejmował mnie z tyłu. Słodko śpi, taki spokojny i bez tego uśmiechu, wszechobecnego zresztą. Taka wyłączona wersja i cicho śpiąca, bo jedyny dyskomfort jaki czułam, to taki, że nie mogłam się ruszyć. Zbyt silnie mnie trzymał. A kij tam. Gdzieś mi się spieszy? Zamknęłam oczy, z zamiarem ponownego zaśnięcia, gdy usłyszałam chrzęst zamka i hiszpański. Wtedy powieki Ray’a otworzyły się i srebrne oczy, znów spojrzały na mnie z uśmiechem.
- Somebody’s yelling at you, isn’t it? Ktoś krzyczy na ciebie, nie? – mruknęłam cicho.

sobota, 31 maja 2014

"At the Copa, Copacabana... At the Copa....they fell in love."

- I know it isn’t proper to speak it for women, but I want Thailand in Cuba. Kind of. You want it too? Wiem że to nie wypada mówić kobiecie, ale chcę Tajlandii na Kubie. Ty też?
- Like almost man. But I can master myself. Jak każdy mężczyzna. Ale umiem się opanować.
- I see. You can unmaster yourself tonight? Widzę. Możesz “odo panować” siebie tej nocy?
- What’s unmaster? Co to „odopanować”?
- Uncontrollable… Sorry. Nieposkromić… przepraszam.
Ray spojrzał się na mnie.
- Do not you consider yourself a nymphomaniac? Nie uważasz się za nimfomankę?

“Don't you know I love it till it hurts me baby?"

, Epizod 2„Peru, Lima, kokaina”Cubana, Hawana, cygara i siara.



Lecę samolotem. Znów sama… ponieważ nic nie zrobiłam. Była potrzeba rezygnacji z pracy. Moja. Nie zrezygnowałam, jak wspomniałam wcześniej. Wykluczyłoby mnie to zawodowo, bo nie mam wyższego wykształcenia w cywilnych kierunkach. Chyba że jakiś instruktor spadania ze spadochronem, czy coś, ale mało takich firm a mnie samej się nie widzi robić firmę. Nie.
Ray na początku mówił że owszem, może zrezygnować z wojska, czemu nie, kurs snajpersko/saperski się niedługo skończył, i w sumie już mógł wystąpić z Sealsów. Nie wystąpił, jak na razie, a obiecał zakupić, tudzież przywieźć fortepian ze Stanów (Steinway’a za, o zgrozo, 500.000 zł)… Ray ukończył jakąś wyższą szkołę muzyczną, coś jak Harward w muzyce. Nie wiem, nie znam się, ja za to za swoje gitary, mogłabym trzasnąć z pięćdziesiąt baniek, plus Marshalle, Voxy i do tego przeróżne efekty, których cen już nie pamiętam, ale są to dobre, jeśli nie najlepsze partie.
Ale na pewno nie starczy na fortepian koncertowej jakości.

piątek, 30 maja 2014

"Face of the lover, and fire in his heart"

Dziki szum. Dziki szum i pisk w głowie. Migrena nie do opisania. Zmarszczyłam brwi z bólu i otworzyłam oczy. Poraziło mnie światło, padające z okna. Zakryłam je ręką i skrzywiłam się.  Jasny chuj. Dosłownie. Głowa boli, jak po tym co mi walnęli w porwaniu. Maczetą. Maczugą.
- Why you wanted kill yourself? Czemu chciałaś się zabić? – zapytał Ray, którego dopiero teraz zauważyłam. Minę miał przestraszoną, a pod oczami istne podkowy. Drżał i niespokojnie oddychał.
Sama podobnie wyglądałam, zastanawiałam się, na czym zakończyła się ostatnia sesja przeglądarki… nie. Chyba mojej egzystencji. Odwróciłam się i przytuliłam do poduszki.
- Go away. Idź sobie. – mruknęłam, bezmyślnie, przypominając sobie rzucanie nożem…

"Me? I guess I was a shoulder to cry on"

- You… I… I… I was looking it! I’ve seen this! You had taken notebook, I understand! For what it was?! All this bull shit! I knew it! I felt it! Crooks! Crooks everywhere! Now, I kill everybody! EVERYBODY! Ty! Ja… ja… ja to oglądałam! Widziałam to! Zabrałeś mi laptopa, rozumiem! Po co to było?! Całe to pierdolenie! Wiedziałam! Tak czułam! Oszuści! Oszuści wszędzie! A teraz zabiję wszystkich! WSZYSTKICH!

czwartek, 29 maja 2014

"ooo Last Christmas, I gave you my heart"

Weszłam do domu. Nawet pies mnie nie przywitał, bo już go nie mam. Rzuciłam torbę, trzasnęłam drzwiami i padłam na wersalkę. Kim ja się stałam przez te kilka lat? Zimnym kamieniem, bez serca, który zabija, ucieka i pewnie mogę się założyć, że policja już tu była, i sąsiedzi już dzwonią na policję. Wtuliłam się jeszcze bardziej w róg kanapy i skrzywiłam się, bo nie chciałam płakać. Te wszystkie zabójstwa ostatniego czasu są na nic i powiem tyle że narobiłam sobie nieźle w kartach i pójdę siedzieć za to. Pójdę! Bo co innego może dostać seryjny zabójca? Ktoś by powiedział że mam na to licencję, ależ owszem i błogosławieństwo CIA, tylko co z tego, skoro oni nie powiedzą że to było do czegoś potrzebne niezwłocznie. Poszłam na balkon z papierosem i bez whiskey. Usiadłam pod ścianą, i nawet z daleka wypatrzyłam radiowozy. Uśmiechnęłam się sama do siebie, wyrzuciłam peta, otworzyłam drzwi, sama się zakułam i usiadłam w fotelu.
W tej samej chwili całe moje ciało przeszedł taki kopniak prądu i genialny pomysł aby upozorować moje zabójstwo.
DŻENIUS. 
Tylko muszę nadmienić, że policja stała już pod blokiem, właściwie szła już tutaj. A ja już stałam na balkonie i zręcznie po rynnie, zjechałam na dół. Ma się to doświadczenie, oczywiście nie z klubów go-go.
Postanowiłam zrobić porządek, i to niezły. Od jakichś podejrzanych typów kupiłam kilka paczek krwi (jeśli nie wiedzieliście że ludzką krew można kupić tak samo jak nerki, to teraz wiecie). Tak samo udało mi się zdobyć panią truposz, jakąś bezdomną. Nie wiem skąd oni to mają, ale wiem jedno – że będzie miała zajebisty pogrzeb.
Jedno musiałam poświęcić – swój samochód. Nie Camaro, a Civica. Wsadziłam zwłoki za kierownicę, poukładałam kamienie i sznurki w taki sposób, aby w lesie walnęła prosto w drzewo. Oczywiście były tam też dokumenty, a całość napoiłam whiskey i benzyną. Kobietę usadziłam na miejscu kierowcy i wpompowałam w nią krew, aby troszkę odświeżała.
Samochód spektakularnie wrąbał się w drzewo, zapłon musiałam spowodować zapalniczką, ale było warto. Usiadłam sobie w krzaczkach i obserwowałam całość. Prawie jak w filmie. Mam dokumenty Coswortha, więc na tym jeszcze przeżyję.
I jeszcze podpisałam sobie umowę kupna sprzedaży chaty, więc bezdomną nie pozostałam. Problemem była płytka tożsamość Coswortha, czyli – mała wiarygodność.
Na następny dzień kupiłam sobie gazetki, i znowu o mnie głośno wszędzie o mojej ofierze całopalnej.
W telewizji, ciekawe zdjęcia, reportaże, o moim życiorysie. Oglądając sobie CNN, właśnie piłam ciepłe kakałko.
„… and hot unreliable news from Poland – Polish special agent died in car accident, probably it was suicide. Polish Army removed censorship from her identity – agent, but really – soldier was Major Zuzanna Deszcz, a Italian Mafia buster. She discovered all mafia net in San Francisco, by multiple kills. Police officers are thinking that she killing in amuck, but aim of this, we’ll never get know, also agents from CIA and FBI are talking about kill of one of agents, close friend of soldier... We have transmission from Wroclaw in Poland, home of died soldier, Becky, what more you can tell about it?
- Well, with us is commander of our forces in Poland, sgt. Douglas Hewlett and aide-de-camp of died officer…”
W tym momencie mało co nie poplułam się kakaem, a musicie wiedzieć, że w ogóle nie słuchałam o czym gadają. Dopiero teraz przejrzałam na oczy i dopiero teraz spadły mi klapki z oczu. Te klapki to kurwa Kuboty musiały być, że taka ślepa jestem. Aide jest zawaliście podobny do Raya.
Zaraz, chwilę… Dlaczego Aide nigdy nie zastanawiał się, jeśli chodzi o moje bezpieczeństwo? Dlaczego nigdy nie zezwalał na wystawianie mnie na niebezpieczeństwo?
Dlaczego nigdy nie mówił o mnie źle?
Dlaczego, ta rozmowa z Hewlettem, skąd, ona nie była o Baśce, ona była o mnie!?
Skąd Hewlett znał agentów CIA, i dlaczego nie spojrzałam w te kartoteki później i dlaczego odcięto mi prąd od laptopa po włamaniu?
ŻEBYM SIĘ NIE DOWIEDZIAŁA!
Tylko… tego że ktoś jest do kogoś podobny?
Ray nie miał brata! Nie miał! Za dziwne, aby podobieństwo…
I w tym momencie do drzwi ktoś zapukał. Zerknęłam przez judasza, a tam… Policja. Świetnie.
Już nie mam pomysłu jak się ukryć, przestaję myśleć.
- Proszę otworzyć, wiemy że pani to pani! – krzyczał ktoś.
Wzięłam Berettę, usiadłam, opierając się pod ścianą, i chyba chciałam strzelić sobie w łeb. W tej samej chwili wbiła policja do pokoju, z krzykiem żeby rzucić broń. Rzuciłam w ich stronę gnata z mruknięciem – „Pierdolę, game over.”
Nie pamiętam jak wsiadałam do radiowozu.
Nie pamiętam jazdy przez Wrocław w blasku niebieskich świateł.
Nie pamiętam jak siedziałam w celi, oczekując na przesłuchanie.
Nie pamiętam kiedy prowadzili mnie do sali przesłuchań.
I nie pamiętałam rozmowy na przesłuchaniu do pewnego momentu. I tak nie odzywałam się ani słowem do polskich ludzi, nie mówiąc o amerykańskiej drużynie.
- ... wszystko to jak krew w piach…
-… nic nie odpowie…
- … spływa po niej jak po kaczce…
- … czuję, jakbym mówił do głuchej osoby…
- … niby mówili że tacy ludzie są szurnięci, ale nie wiedziałem że aż tak…
… i w kółko. A ja nie mogłam sobie poradzić z myślą o tym że Aide to…
- Czy chociaż raz mogłaby pani posłuchać? – wydarła się mi do ucha policjantka. Pięknie obrzydliwym falsetem.
- Ja pierdolę, zamknij ryj, znalazła się Carmen, królowa opery w pizdu. – mruknęłam odruchowo i ogromnie poważnie i sarkastycznie.
- Witamy! – krzyknęła. – Wreszcie wiesz jak się mówi?
Obróciłam się na nią z miną taką baśkową.
- Gdyby nie kajdanki, miałabyś taki objeb jaki ci się nawet nie śnił.
- Nie klnie się w obecności funkcjonariusza!
- Pierdol się. – mruknęłam.
- Widzę że nie chcesz podjąć z nami czystej współpracy.
- Wisi mi wasza współpraca. Myślicie że nie znam prawa.
- A znasz?
- Znam i wiem że wasza pierdolona współpraca co najwyżej da wam awans a mnie usadzenie w kiciu na ładne parę lat! Bo chuja wiecie co ja zrobiłam! Wolę ryzykować karę śmierci w innym kraju niż nieprawidłowe osądzanie.
- Proszę nie… - odezwał się drugi komisarz.
- To „pierdol się” dotyczyło również ciebie. Was wszystkich, konkretniej.
Kiedy mnie wyprowadzali, zobaczyłam wielką wrzawę w korytarzu. Siedząc w celi, klawisz poinformował mnie, że tamci na razie uznają mnie za winną… winną uszczerbku na zdrowiu Meflocciego! Ja pieprzę! Pojadę z reklamy kaefce: so good!
Kilka minut później do cel wszedł Aide. Ja siedziałam w kącie jednej z nich. Jak go zobaczyłam to mnie ojaśniło. Tak miałam popieprzone we łbie, że te srebrne oczy nie przypominały mi innych. Pokręcił głową, z lekka się uśmiechając. Poszedł dalej. Kilka chwil potem wypuszczono mnie stamtąd.
Otworzyli mi drzwi, a ja stałam, dziko spoglądając na lewo i prawo, lewo i prawo, prawo i lewo, lewo i prawo. Dostałam papiery jakieś, i siadając w emce, nie powstrzymałam się i zobaczyłam co tam jest.

… but the very next day, you gave it away…

W odmęcie biurkowej gadaniny odnalazłam jedno zdanie, które przyprawiło mnie o kolejny zawał. Takie samo zdanie, które wypowiedział Luigi, za co dostał kulę. Nerwowo przygryzłam wargę i zmarszczyłam brwi. To nie wszystko. Zdjęcia. Tu całe szczęście że nie wybuchłam rykiem, bo zobaczyłam jednoznaczne zdjęcie – pewnej pary: Ray. Zamknęłam dziadostwo. Cała moja duma poszła się … jebać. Wyskoczyłam z autobusu jak dzikus i na piechotę poszłam do mieszkania. Weszłam i wyszłam. Z kluczami do domu w górach. Wściekłam się. Niemiłosiernie. Jadąc, nie patrzyłam w ogóle na jakiekolwiek znaki. Było mi wszystko jedno, czy się wypieprzę na którymś zakręcie, czy nie. Tamtego wieczora, nie miało to większego znaczenia. Silna furia i mój debilny charakter, dawały w połączeniu niebezpieczną mieszankę, podobną do tej, która ujawni się w walce. Mieszanka ta nazywała się agresją, i była efektem ubocznym pozostałym po zespole stresu pourazowego. Kiedyś, silna i podobna furia miała inne zakończenie, i takie coś zostało. Chcąc nie chcąc, po prostu dewiacja. Włączyłam radio, które po chwili uderzyłam soczyście w wyłącznik, ponieważ dalej nadawali o tym o czym nie chce słyszeć. Brak kontroli nad sobą w agresji, przepraszam. Kolejny punkt.
Weszłam do domu. Zimno jak w zimie, i to tu. Rozpaliłam kominek, i bez jakiejkolwiek aparycji, poszłam do barku po… nie Jacka Danielsa, a po zwykłą czystą. Nawet nie bawiłam się w kieliszki, po prostu leciałam z gwinta połówkę, na jednej się nie skończyło. Kiedy byłam w połowie drugiej, usłyszałam w szumie, chrzęst zamka. Ktoś mi się chyba tu włamuje. Spróbowałam wstać, ale to była śmieszna próba prób i błędów. Podniosłam się na sofie i trzymając się różnych rzeczy… upadłam, no extra. A może mi się zdawało. Podobnie wróciłam i padłam na sofę, mędząc sama do siebie, że jest twarda podłoga i kto to w ogóle wymyślił robić twarde podłogi. Zasłoniłam ręką twarz, powoli zgonując, kiedy moim oczom ukazał się Ray, a właściwie to nie wiem kto.
- Get outta way. Jazda stąd. – mruknęłam.
- You're okay? Wszystko okej?
- No. I’m pretty fuckin’ far from being okay! Nie, jestem zajebiście daleko od bycia okej! Idź sobie, nie chcę cię widzieć. Spadaj stąd. – zaczęłam nerwowo machać.
- Why you’re talking in polish? Dlaczego mówisz tylko po polsku?
- Bo jestem kurwa w Polsce. Get out. Wynoś się. – wycedziłam i walnęłam głową w poduszkę, pod którą była pusta butelka, co mnie ostro zabolało.
- Why? Dlaczego?
- Why you’re asking? A dlaczego pytasz? – mruknęłam spoglądając w przestrzeń.
- I … Ja…
- Get out. After this what I saw, I don’t wanna see you anymore. Anymore! Wynoś się. Po tym co zobaczyłam, nie chcę ciebie widzieć nigdy więcej. NIGDY WIĘCEJ! – krzyczałam, wymachiwując rękoma.
- You’re drunk. Jesteś pijana.
- You don’t say? No coś ty?
- How … Jak…
I tak gadał gadał a ja miałam gdzieś to wszystko. Jak mnie poniesie, zaraz sama go wyniosę jak się nie wyniesie. Wkurzyłam się i otrząsając się, powstałam naprzeciw.
- Why the rum is gone? Dlaczego nie ma rumu? – zapytałam jak Jack Sparrow, zapominając co chciałam zrobić. Obrałam kierunek do lodówy, ale na dwóch krokach, nogi odmówiły posłuszeństwa. Ray złapał mnie i wyraźnie go to rozbawiło.
- Śmiej się, to przez ciebie.
Otrzepałam się i chciałam iść dalej.
- You are insulted, because of this photo? Jesteś obrażona przez to zdjęcie? – wskazano na zdjęcie.
- Yep. I didn’t told you that you got to get out? Tak. Nie powiedziałam ci przypadkiem żebyś się stąd wynosił? – przybrałam zastanawiającą się minę.
- It isn’t that you are thinking… To nie tak jak myślisz…
- This is a movie, not apologise. Move. To film, nie wymówka… Jazda… – wskazałam ręką na drzwi.
- I … Ja…
- Oh really? Really – I don’t know your real name, huh? Tak serio? Serio to nie znam nawet twojego prawdziwego imienia. – obruszyłam się.
- I can tell you. Mogę ci powiedzieć.
- Now it doesn’t fucking matter to me. Teraz to mam na to wyjebane. – machnęłam bezwiednie.
- I’m Javier. Mam na imię Javier.
- Javier, huehehuh. Prretty! Javier, huhehuh. Ślicznie! – machnęłam rękoma, cedząc przez zęby, z ironicznym uśmiechem, tak podobnie jak Jim Carrey, a może bardziej jak rozprostowywująca swoją sukienkę tancerka ludowa, właśnie. – A teraz wypierdalaj. – spoważniałam.
- I know it’s stupid name. You aren’t perfect too. Wiem że to głupie imię. Ty też nie jesteś perfekcyjna.
- Oh well, pardon me MR. PERFECT! I guess I forgot that you never, ever make a mistake! No jasne, przepraszam panie PERFEKCYJNY! Podejrzewam że zapomniałam, że nigdy, przenigdy nie popełniasz błędów! – znów pojechałam filmowym klasykiem.
- I did. Popełniłem.
- Sure, I know which. You meet me and I meet ya’, so it was most unreliable mistake, I ever got. Jasne, nawet wiem który. Ty mnie poznałeś, a ja ciebie, i to była największa pomyłka jaką kiedykolwiek popełniłam. – wyrecytowałam jednym tchem, zaznaczając ostatnie słowo.
- No. I leaved  you, please, forgive me. Nie. To ja ciebie zostawiłem, proszę, wybacz mi.
- Ain’t easy. Why you get here, and how? Keys! Nie ma tak łatwo! Dlaczego tu przyjechałeś i jak? Klucze! – wyciągnęłam rękę.
Zamilkł. Z ręki wyrwałam klucz. To Baśki. Poczułam się oszukana przez wszystkich.
- Humph. – westchnęłam. - Bawicie się mną. – pociągnęłam łyk, ze łzą w oku. Usiadłam na fotelu i zamroczona, patrzyłam gdzieś dalej. - …  leave me alone. Zostaw mnie samą.
- Could you once listen to me? Możesz choć raz mnie posłuchać?
- I’m so sorry, but how dear you?! Tak mi przykro, ale jak możesz? – sięgnęłam po nóż, rozpakowywując tabletki przeciwbólowe. – Once, I listened, and what? You want do the same, I know, you’re that you’re. It was good? Raz, posłuchałam i co? Chcesz tego samego, wiem, że ty to ty. Dobrze było?
- As shown as good. Tak jak wyglądało.
- Yep. I found that you’re very good lover, but it wasn’t love? That thing is called desire. And I call to you, when I will want you to do the same. Like prostitute. Ta, uważam że jesteś świetnym kochankiem, ale to nie była miłość? To się nazywa pożądanie. I zadzwonię do ciebie, kiedy będę chciała tego samego. Jak po kurwę. – zaczęłam filozować, jak Sokrates.
- I’m confused, but I don’t agree with you. Zgubiłem się już, ale nie zgodzę się z tobą.
- You don’t need to. It was proposition, when you feel desire. Oh please, don’t tell me it isn’t. Nie musisz. To była propozycja, kiedy znów poczujesz pożądanie. Bo nie mów, jak słowo daję, że nie tak nie było. – ciągnęłam dalej wywód.
- I think, I do. Myślę, że to powiem.
Wkurzyłam się i nóż poszybował kilka centymetrów od ramienia.
- It’s the best bullshit to do it again, I’ve ever heard. – To najlepsze pierdolenie jakie słyszałam, żeby to znowu zrobić.
Zapadła cisza. Nóż wisiał na boazerii.
- Ja pieprzę, jeszcze chatę se zepsuję. – mruknęłam, idąc po nóż.
- Leave this, please. I wanna live. Zostaw to, proszę, chcę żyć.
- Pożyczę ci tę maczetę byś przedarł się przez gąszcz wątpliwości. – pogroziłam nożem. -  Forget about it. Zapomnij. – wyciągnęłam ręce w geście „mózg rozjebany”.
- Don’t you see anything? Or rather, do you see none of what you could see? Niczego nie widzisz? Albo inaczej, widzisz to czego nie możesz dostrzec?
-  (do butelki) Panie Tadeuszu, tak sobie myślę, że to początek pięknej przyjaźni…
- You’re talking to yourself? Mówisz ze sobą?
- Yes, sometimes I would like ask expert. Tak, czasami lubię zasięgnąć rady eksperta. – zapewniłam.
- If you were a little more tense, you'd snap…  Jeśli byłabyś jeszcze trochę bardziej spięta, byłabyś spinaczem.
- Sorry I'm allergic to fucking bullshit. – kichnęłam. - Did I ever told you, that I will kill you? Czy mówiłam ci już kiedyś że cię zabiję?
- I’m afraid, but yes… Obawiam się że tak.
- No to gotuj łeb. – smarknęłam nosem.
- Let me tell something… Daj mi coś powiedzieć… - zaczął podniesionym głosem.
- (udaje krótkofalówkę) What-we-got-here-is-a-failure-to-communicate, ssshk. I think it’s time. Can runaway in 30 seconds, or I slaught you. I promise. Co-my-tutaj-mamy-jest-błędem-w-komunikacji-szzzk. Myślę że już czas. Możesz zwiewać w ciągu 30 sekund, albo cię zaszlachtuję.
- Give me one minute, then I can go. Daj mi minutę i potem mogę iść.
Zmarszczyłam brwi, bo ktoś mi neguje i próbuje się targować moją dumą. Zmrużyłam powieki.
- Sure. No dobra. – mruknęłam łykając tabletkę i popijając czymkolwiek co było pod ręką. Ten podszedł do mojego laptopa, coś tam nawstukiwał i obrócił w moją stronę, nic nie powiedziawszy. Spoglądałam z daleka na to i w tej chwili moim oczom ukazało się…

Stałam jak wryta. Podeszłam bliżej, bo myślałam że niedowidzę, albo źle widzę. O kurwa.