Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 września 2014

Bad boyz (navy) blue

Zaczęłam się powoli cofać, i zakończyłam tę sekwencję na ścianie.
- I should sit there, sir. Ja tu powinnam siedzieć, sir. – wskazałam palcem na fotel.
- Dean, babe. Dean, kotku. – przekręcił głowę w drugą stronę.
- Major… Majorze... - opuściłam dłoń.
- What: major? Co: majorze? – nachylił się w moją stronę, nad biurkiem…
- Major, not babe. Majorze, nie kotku. – nabrałam w końcu pewności siebie.
- Please, have a sit. Proszę, usiądź. – wstał i wskazał na mój fotel, stanął za nim.
- I should tell it, not sir. Ja to powinnam mówić, nie sir.– poprawiłam frak munduru i usiadłam. Oparł się na fotelu, odsłonił moje ucho i szepnął.
- Dean, sweet girl. Dean, słodka laleczko. – dmuchnął mi dymem w ucho. Skrzywiłam się na to i nie bardzo wiedziałam co robić. Bez papieru, nie mam co cwaniakować, może wytrzymam te zaloty a la Trynkiewicz.
- With respect, but I think si… Z całym szacunkiem, ale uważam że si...
- Dean, dammit, Dean. Dean, do cholery, Dean. – zwrócił mi uwagę, ze stoickim spokojem, podnosząc krzesło z naprzeciwka i omijając biurko, siadł jakby tak obok a jednocześnie naprzeciwko. Trochę mnie przerażała ta sytuacja. Przestraszona, spoglądałam we wszystkie strony, myśląc, jak tu wybrnąć.
- Don’t resist me… Nie opieraj się mi... - mruknął, oglądając mnie z góry na dół. - … we both know, that you want me, as much as I want you. And it’s impolite, lie to superior, isn’t it? ...oboje wiemy, że ty chcesz mnie tak jak ja ciebie. I to nieuprzejme kłamać przełożonemu, no nie? – dotknął mojego uda zaczął je głaskać. W podświadomości już układałam plan, jak rozwalić mu łeb o granitowy parapet za nim, ale rozum krzyczał, ze wtedy, to się pogrążę, tyle z tego będzie.
- … not good girl… ...niedobra dziewczynka...
Ale za chwilę przesadził, bo jego dłoń podążyła za daleko. Strzeliłam mu z liścia. Obrócił głowę, westchnął, zamruczał i obrócił się z powrotem…
- … mrrrr … - wstał, podążając ręką po moim tułowiu i piersiach. Zaciskałam zęby ze złości. - …you are rough chick… ...ostra laska z ciebie... - znów zaszeptał mi do ucha. - … I like it… … Lubię to... - ugryzł moje ucho i zakręcił fotelem. Mało że niedobrze mi się robiło na te jego zaloty, to jeszcze to kręcenie. W końcu zatrzymał fotel nogą, o moje nogi, szybko ją przełożył pomiędzy moje łydki i pociągnął za rękę do pionu.
- You will fill my orders? Or no? Będziesz wypełniać moje rozkazy? Czy nie?
- That, what you do now, is called mobbing. That what you want to do is called sexual molestation. To co robisz teraz, nazywa się mobbing. To co masz zamiar zrobić, nazywa się molestowanie seksualne.
- And you want to call police? I co, chcesz dzwonić na policję?
- Germandery. One button, and they’re here. Someone tried to rape me, a few years ago. Just try, and you’ve lost your position and work. Żandarmerię. Jeden przycisk i tu będą. Ktoś mnie już kiedyś próbował zgwałcić. Tylko spróbuj, a stracisz swoją pozycję i pracę.
- You are threaten me, or I misunderstood it? Grozisz mi, czy źle to odebrałem?
- Yes, you understood it good. Tak, dobrze to zrozumiałeś.
- Listen to me, little dolly. Słuchaj no, laluniu. - złapał mnie za tyłek I przyparł do biurka - I’ve connections everywhere. You will collaborate, I won’t tell anything your boss. And if you won’t collaborate, you will be fired. I think it was simple to understand. Mam znajomości wszędzie. Będziesz współpracować, nic nie powiem twojemu szefowi. Nie będziesz współpracować – wylatujesz. Myślę że to łatwe do zrozumienia.
Spojrzałam się na niego z obrzydzeniem. Stałam między dwoma ogniami – albo zaryzykuję wylot na bruk, albo to z nim zrobię… Lekko się skrzywiłam i czułam jak żółta piłeczka odbija mi się od głowy jak w Pomysłowym Dobromirze.
Tahaa! Już wiem. Zrobię to samo co Charlesowi, w Connecticut. Lecz nie do końca.
Spojrzałam z pokerową miną na Randalla i przejechałam po jego piersi aż do twarzy i pogładziłam go. Uśmiechnął się szeroko.
- I see that we get along. Widzę, że się rozumiemy.
- Zobaczysz jeszcze, jak cię załatwię skurwielu. – wycedziłam przez zęby ze sztucznym uśmiechem na twarzy, kontynuując poprzednią czynność. – I meant, let’s met there at night, it could be 4 a.m., huh? Miałam na myśli – spotkajmy się tutaj w nocy, może być 4 rano?
- With pleasure… Z przyjemnością... - dotknął mojej ręki, pocałował i przejechał językiem pomiędzy palcami. Co za gbur – pomyślałam. Za chwilę wyszedł, a ja spompowałam powietrze i klapnęłam, głęboko oddychając. Do gabinetu wszedł Wenom.
- Minąłem się z Randallem, coś się stało? – zapytał, lekko zaniepokojony.
Ja złożyłam twarz w ręce i podniosłam głowę. Oparłam się i zaczęłam ostro myśleć, jak to dalej pociągnąć. I żeby aktualnie się nie poryczeć.
Wenom wziął krzesło, które przestawił Randall i usiadł tam, gdzie powinien. Spojrzał na mnie chwilę i przekręcił głowę.
- Czy ta suka o nazwisku Randall coś ci zrobiła? – zapytał raz jeszcze.
Oparłam się na fotelu i zaczęłam nerwowo szukać papierosów. Gdy je znalazłam, trzęsącymi rękoma odpaliłam go i się w końcu uspokoiłam, odprężyłam się i dmuchnęłam dymem w górę.
- Randall … właśnie przed chwilą tu był i mnie mobbingował. – odparłam, spoglądając Wenomowi prosto w oczy.
- Groził że coś powie?
- Nie tylko. Szantażował. – westchnęłam, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Wenom popatrzył w miejsce gdzie patrzę, a potem przetarł się po twarzy.
- I? – spytał, dosyć niepewnie.
Wyciągnęłam popielniczkę.
- Chciał mnie molestować. – odparłam bezemocjonalnie, strzepując popiół.
- Seksualnie? – zapytał, tym razem z nutą przerażenia.
- Tiaa. Ale mu się w tej chwili nie udało. – mruknęłam.
- Jak go zniechęciłaś?
- Problem leży właśnie w tym, że aby uwolnić się z jego uścisku, musiałam coś obiecać. I mam już plan.
- Co ci kazał? Co on w ogóle chce?
- Żąda mojego ciała. Powiedziałam mu, że ma przyjść tutaj o 4 w nocy, jeśli tak bardzo chce. Zagroził mi wcześniej, że jeśli się nie zgodzę na to, to postara się, abym już nigdy nie pracowała w tej dziedzinie, wiesz o co chodzi, nie? I obiecał że nic nie zrobi, jeśli dobrowolnie się oddam.
- Skurwiel.
- To samo pomyślałam, a nawet powiedziałam. Mam nadzieję, że Hewlett przebada tę krew do 4, bo jak nie, to albo nie przyjdę, albo przełożę, albo zwieję, albo będę zmuszona to zrobić. Właśnie miałam do niego dzwonić, aby to trochę przyspieszył, bo jak nie… nawet nie chcę o tym myśleć. – spuściłam wzrok w dół.
- Nieźle się wkopałaś.
- No kurwa. Jak stary ziemniak w kartoflisko. Ten Randall, to obok Błaszczyka, największy barbarzyńca, jakiego znam. Tylko Błaszczyk traktuje wszystkich równo, i bez jakiegoś seksizmu, a Randall – odwrotnie. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale wolałabym być w anclu u Błaszczyka po raz kolejny niż dać dupy Randallowi.
- To dlaczego sama nie zgłosisz przestępstwa?
- Limit żyć u Błaszczyka się wyczerpał. Teraz, to nie byłyby wakacje w areszcie, tylko kara więzienia. Jeśli choć trochę się orientujesz, jaka jest różnica między tymi dwoma słowami, to wiesz o co chodzi. – powiedziałam, biorąc telefon do ręki.

Zadzwoniłam do Hewletta. Na początku się opierał, ale jak powiedziałam o co dokładnie chodzi, to obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

niedziela, 1 czerwca 2014

"I'm one card short of a full deck"

Obudziłam się, oślepiona kubańskim słońcem, które artystycznie oświetlało staro amerykański pokój. Dopiero teraz zauważyłam, że czerwony neon jest po prostu zawieszony na oknie, na zewnątrz a robił taką reuma… romantyczną atmosferę. Prawie jak w filmie Shall we Dance. Wystrój był na tyle dziwny, jakby ktoś tu mieszkał raz na 2 lata. Chciałam się obejrzeć, ale szkoda mi było budzić Ray’a, który obejmował mnie z tyłu. Słodko śpi, taki spokojny i bez tego uśmiechu, wszechobecnego zresztą. Taka wyłączona wersja i cicho śpiąca, bo jedyny dyskomfort jaki czułam, to taki, że nie mogłam się ruszyć. Zbyt silnie mnie trzymał. A kij tam. Gdzieś mi się spieszy? Zamknęłam oczy, z zamiarem ponownego zaśnięcia, gdy usłyszałam chrzęst zamka i hiszpański. Wtedy powieki Ray’a otworzyły się i srebrne oczy, znów spojrzały na mnie z uśmiechem.
- Somebody’s yelling at you, isn’t it? Ktoś krzyczy na ciebie, nie? – mruknęłam cicho.

sobota, 31 maja 2014

"At the Copa, Copacabana... At the Copa....they fell in love."

- I know it isn’t proper to speak it for women, but I want Thailand in Cuba. Kind of. You want it too? Wiem że to nie wypada mówić kobiecie, ale chcę Tajlandii na Kubie. Ty też?
- Like almost man. But I can master myself. Jak każdy mężczyzna. Ale umiem się opanować.
- I see. You can unmaster yourself tonight? Widzę. Możesz “odo panować” siebie tej nocy?
- What’s unmaster? Co to „odopanować”?
- Uncontrollable… Sorry. Nieposkromić… przepraszam.
Ray spojrzał się na mnie.
- Do not you consider yourself a nymphomaniac? Nie uważasz się za nimfomankę?

“Don't you know I love it till it hurts me baby?"

, Epizod 2„Peru, Lima, kokaina”Cubana, Hawana, cygara i siara.



Lecę samolotem. Znów sama… ponieważ nic nie zrobiłam. Była potrzeba rezygnacji z pracy. Moja. Nie zrezygnowałam, jak wspomniałam wcześniej. Wykluczyłoby mnie to zawodowo, bo nie mam wyższego wykształcenia w cywilnych kierunkach. Chyba że jakiś instruktor spadania ze spadochronem, czy coś, ale mało takich firm a mnie samej się nie widzi robić firmę. Nie.
Ray na początku mówił że owszem, może zrezygnować z wojska, czemu nie, kurs snajpersko/saperski się niedługo skończył, i w sumie już mógł wystąpić z Sealsów. Nie wystąpił, jak na razie, a obiecał zakupić, tudzież przywieźć fortepian ze Stanów (Steinway’a za, o zgrozo, 500.000 zł)… Ray ukończył jakąś wyższą szkołę muzyczną, coś jak Harward w muzyce. Nie wiem, nie znam się, ja za to za swoje gitary, mogłabym trzasnąć z pięćdziesiąt baniek, plus Marshalle, Voxy i do tego przeróżne efekty, których cen już nie pamiętam, ale są to dobre, jeśli nie najlepsze partie.
Ale na pewno nie starczy na fortepian koncertowej jakości.

piątek, 30 maja 2014

"Face of the lover, and fire in his heart"

Dziki szum. Dziki szum i pisk w głowie. Migrena nie do opisania. Zmarszczyłam brwi z bólu i otworzyłam oczy. Poraziło mnie światło, padające z okna. Zakryłam je ręką i skrzywiłam się.  Jasny chuj. Dosłownie. Głowa boli, jak po tym co mi walnęli w porwaniu. Maczetą. Maczugą.
- Why you wanted kill yourself? Czemu chciałaś się zabić? – zapytał Ray, którego dopiero teraz zauważyłam. Minę miał przestraszoną, a pod oczami istne podkowy. Drżał i niespokojnie oddychał.
Sama podobnie wyglądałam, zastanawiałam się, na czym zakończyła się ostatnia sesja przeglądarki… nie. Chyba mojej egzystencji. Odwróciłam się i przytuliłam do poduszki.
- Go away. Idź sobie. – mruknęłam, bezmyślnie, przypominając sobie rzucanie nożem…

czwartek, 29 maja 2014

"Once bitten and twice shy"

No to ładnie się wpakowałam. Wprawdzie nie jest tu źle, ale jak mają być tortury… Nie widzę tego kolorowo, a na pewno nie różowo. Chyba okno zdaje się być nie tak wysoko jak mi się zdaje.
W nocy, wstałam i podeszłam do drzwi. Słychać było jakiś hałas i krzyki. Patrzyłam przez szpary w podłodze, co się dzieje na dole.
Na korytarz pewnym krokiem wszedł jeden z mafii, a z nim – gazeta.
- Vedere il capo giornale. Noi abbiamo un altro motivo per cui la polizia ci caccia. – rzucił gazetą do Meflocciego. Chwilę poczytał, spojrzał w sufit i powiedział – so, we have next criminalist in this house. Więc mamy następnego kryminalistę w tym domu.
Za chwilę do mojego pokoju przyszedł on sam.
- Look at this. You’re supected. Ran away from the hospital after rift. I'd better not come up. "Traitor, murderer and the avenger”. Popatrz. Jesteś podejrzana. Uciekła ze szpitala po strzelaninie. Lepiej łoby gdybym się nie pojawił. „Zdrajca, morderca i mściciel”.

Ixtra. Teraz mnie będą szukać, jak znajdą, to chociaż tortury mam z głowy.
Dwie godziny grzebałam po pokoju, aby znaleźć coś wartościowego. Na przykład broń.
Znalazłam starego Colta i co najlepsze – projekt przekrojowy domu – była wprawdzie i reszta, ale nijak było ją odczytać – była stara i zniszczona.
Wyjrzałam przez okno, przeszłam na drugi koniec strychu. Rzuciłam jakieś niepotrzebne graty w las, aby narobiły szumu i paniki. Ze znalezionych chemikaliów  porobiłam płonące kule – nie paliły się a świeciły bardzo mocno w ciemnościach. To jeszcze nie wystarczyło, aby przekonać Włochów do ataku śmieci. Rzuciłam dużą butlę jakiegoś domestosu, pod samym lasem. Strzał z colta i załatwione. Włosi wyraźnie ruszyli z krzeseł na dwór, a ja w tym czasie miałam krótki czas na szybką reakcję.
Stanęłam na dachu i złapałam się zwisającej gałęzi, która wcale nie wisiała tak blisko. Zaryzykowałam że zlecę, ale nie zleciałam. Zabolało mnie to porządnie, ale co tam. Tortury by bardziej bolały. Po gałęzi szybko doszłam do pnia, a stamtąd, kilkoma sprytnymi skokami zeskoczyłam na dół. Chwilę rozejrzałam się, czy nikogo nie ma od tej strony, przebrałam szybko ciuchy, uprzednio zabrane ze strychu i ruszyłam gdzieś aby dalej. Ogródek Włochów ciągnął się dosyć długo – na tyle że rozbolały mnie rany na nogach i tułowiu. W pewnej chwili dobiegłam do dziwnego miejsca – w jednym momencie urywał się las, ogrodzony betonowym, 3 metrowym ogrodzeniem, uwieńczonym drutem kolczastym. No to extra.
Po płytach, na styk wspięłam się na ogrodzenie. Stamtąd zobaczyłam kilkumetrowy rów, jakieś psy i kolejne ogrodzenie, podobne, ale niższe. Oddalone były od siebie około 2 metry. Zmuszona byłam wziąć drut kolczasty, zawinąć kawałek gałęzi, rzucić dalej i liczyć się z tym że kundle zaraz zaczną dziamać[1].
Poraniłam sobie całe łapy, rzeczywiście od szczekania aż huczało ale w końcu dostałam się za drugie ogrodzenie. Kiedy obejrzałam co jest za nim – aż mnie zatkało. Totalna pustynia, a sądząc po odległości do najbliższej drogi – to Mojave. Pięknie. Zeskoczylam na dół myśląc, co teraz zrobię. Nie mam wody, ani niczego oprócz kaktusów, co mogłoby mi dac jakąkolwiek wilgoc. Pierwsze trzy kilometry biegłam, następnie tylko już szłam, włócząc nogami. Na oko jeszcze jakieś 30 kilometrów, może 25. Właściwie to już świtało, a mnie przerażał fakt, że na tej pustyni żyją zwierzęta mięsożerne.
Wpatrując się we wschodzące słońce, starałam się myślec o wszystkim, ale nie o wodzie. Po dojściu do drogi, padło mi na łeb, bo widziałam kilka fatamorgan. Fatamorgana kampera, fatamorgana czołgu, fatamorgana konia, fatamorgana Johny’ego Deppa, fatamorgana wody oczywiście, fatamorgana Włochów, fatamorgana jakiejś palmy, fatamorgana Raya, fatamorgana samolotu, fatamorgana słonia. W jakimś dołku, poczułam że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Padłam na asfalt, nawet nie miałam siły się podnieść. W ogóle dopiero wtedy zorientowałam się że tu jest jakaś droga. Spojrzałam tylko na wzgórze w oddali a tam fatamorgana ciężarówki. Niech se mnie rozjeżdża, bo to tylko fatamorgana. Odwróciłam się w drugą stronę – na kamieniu siedziała mała jaszczurka, polująca na jakiegoś owada. Genialna, szkoda tylko że ja nie jem owadów. Ani jaszczurek. Kilka chwil później nie dostrzegałam już tej jaszczurki, natomiast odczuwałam silny ból głowy i wszystkich ran. Ale nie miałam siły się podnieść. Wiał lekko wiatr i asfalt lekko drgał. W pewnej chwili, ogłuszył mnie klakson ciężarówki. Ale nie zrobił większego wrażenia, bo nawet nie drgnęłam powieką.
- Stay in car Stacey, I will look it. Zostań w aucie Stacey, obejrzę to. – pobrzmiewał jakiś głos. Słyszę kroki, niepewne ale stabilne.
- Holy shit, this is human! Stacey, bring me cellphone! Jasna cholera, to człowiek! Stacey dawaj szybko telefon! – postać pochyliła się nade mną i obróciła ku słońcu. Wytarł mi twarz ręką i przyłożył palce do tętnicy szyjnej. Sama poczułam, że nieźle mi pikawa wali.
- Stacey, take water. Weź wodę.
Do gościa podbiegła dużo mniejsza postać z butelką wody. Większa postać otworzyła butelkę, wyciągnęła chusteczkę i nawilżyła ją. Przyłożył mi ją do ust, i w tej chwili poczułam ulgę, bo to woda.
W tej samej chwili zaczął rozmawiać przez telefon.
- Hello? This is Fred Dunham, I find woman on Mojave Desert, 45 mile from Vegas on North, conscious, but probably injured and exhausted. Halo? Tu Fred Dunham, znalazłem kobietę na pustyni Mojave, 45 mila z Vegas na północ, przytomna ale chyba ranna i wycieńczona.
No ale to chyba do Włochów nie dzwonił. Za 20 minut dojechała karetka a ja wróciłam chyba znowu do punktu wyjścia – szpital.
Ratownicy w karetce niewiele robili, bo niewiele mogli. Podawali mi tylko wodę i środki przeciwbólowe. Czułam się bardziej jak na haju niż odwodniona. Niedługo potem, po raz kolejny, wkroczyłam do Vegas.
Nie zawieźli mnie na OIOM, posadzili mnie za to w przytulnej sali grupowej samotnie. Siedziałam sobie na dosyć wygodnym łóżku, i oglądałam kolejne genialne nakłucie na mojej ręce. Oparłam się o ścianę i westchnęłam. Względnie czułam się bezpieczna, ale nie aż tak na pewno. Zaraz pewnie wjedzie policja, bo nie mam przy sobie dokumentów, a do tego wiszę pewnie w każdej komendzie na tablicy chcianych. Teraz mi się już nie chce uciekać. Nie mam najmniejszej ochoty.
Do sali, jak zwykle, wszedł lekarz.
- Hello, my name is Jose Enrique Cortez, and I’m your leading doctor. Because of it you don’t have any documents, I must ask a few questions. Name, surname, date of birth, place of living. Witam, nazywam się Jose Enrique Cortez, jestem twoim lekarzem prowadzącym. Ponieważ nie masz żadnych dokumentów, muszę zadać kilka pytań. Imię, nazwisko, data urodzenia, miejsce zamieszkania.
- Susannah Cosworth, 5th of March, 23 years, living in San Francisco, Richmond neighborhood. Susannah Cosworth, 5 marca, 23 lata, mieszkam w San Francisco na Richmond.
- I can check it, and it will be true. Mogę to sprawdzić, I będzie to prawda. [?]
- It will. Będzie.
- I asked, because I must, but you looks well out of sight… What’s cause of these wounds? Pytałem, bo muszę, ale dobrze ci z oczu patrzy. Co jest powodem tych ran?
- These, on my hands are after barbed wire. Rest – after car accident. Te na rękach to po drucie kolczastym. Reszta po wypadku samochodowym.
Do sali wszedł agent FBI.
- Done? Skończone?
- Done. Skończone.
- So, Miss … Cosworth. Are you really Cosworth, or you are polish agent, named Zuzanna De… Deszcz? Więc, panno Cosworth. Czy najprawdę jesteś Cosworth, czy jesteś polskim agentem o imieniu Zuzanna Deszcz?
- I’m not. Nie.
- You’re sure? Na pewno?
- Yep. Tak.
- You are weirdly very similar to this person. Jesteś dziwacznie podobna do tej osoby.
- It occurs… Zdarza się.
- So, I don’t have any questions to you. Next is CIA. Więc nie mam więcej pytań. Następne jest CIA.
Wszyscy wyszli, a do sali wjechał kolejny zestaw.
- Miss Deszcz, you're arrested because of suspecting murder, murder attempt and arson. Now everything you say can be used against you, you will be assigned a lawyer from the office, in the absence of own lawyer… Panno Deszcz, jest pani aresztowana z powodu podejrzenia morderstwa, próby morderstwa i podpalenia. Cokolwiek pani powie, może być użyte przeciwko pani, będzie miała pani adwokata z urzędu, w przypadku braku własnego…
- Moment, I’m not Deszcz, I’m Cosworth. Moment, nie jestem Deszcz, tylko Cosworth.
- Really? Please show your left arm if I find there GROM eagle... Should I check? Naprawdę? Proszę pokazać swoje lewe ramię, jeśli znajdę tam orła GROMu… Mam sprawdzać?
Parsknęłam śmiechem.
- Such a bore, and so clever. I was not trying to kill anyone. I admit to kill Cappani, I did not do anything more. Instead of racing to me, should you check hideout of Italian Mafia. Taki nudziarz, a taki mądry. Nikogo nie próbowałam zabić. Przyznaję się do zabicia Cappaniego, ale nie zrobiłam nic więcej. Zamiast mnie ścigać, powinniście sprawdzić kryjówkę włoskiej mafii.
- You say you know where Meflocci’s hiding? Mówisz, że wiesz gdzie kryje się Meflocci?
- Sure, I’ve been there. And I know where is kidnapped Monique Harrington. She isn’t kidnapped – she’s hidden. Jasne, byłam tam. I wiem gdzie jest porwana Monique Harrington. Nie jest porwana, jest ukryta.
- Where’s mafia hidden? Gdzie ukrywa się mafia?
- A few miles from place, where people found me. Artificial forest, it tells you something? Kilka mil od miejsca gdzie mnie znaleźli. Sztuczny las, coś ci to mówi?
- And that lost person? A ta zagubiona osoba?
- I’ll tell it when you’ll arrest Meflocci. Powiem to, kiedy aresztujecie Meflocciego.
Agent dziwnie się na mnie spojrzał.
- Why you killed Cappani? Czemu zabiłaś Cappaniego?
- It was revenge for killing other person. To była zemsta za zabicie innej osoby.
- You should know this – Cappani survived. Powinnaś to wiedzieć – Cappani przeżył.
- So, why you want arrest me? Więc dlaczego chcecie mnie aresztować?
- For shooting in hospital. Za strzelanie w szpitalu.
- It wasn’t I. To nie ja.
- So, who? A kto?
- Mafia. I was in coma, someone must disconnect me from equipment. It’s weird I live. Mafia. Byłam w śpiączce, ktoś musiał mnie odłączyć od aparatury. To dziwne że żyję.
- So, then was next revenge. To więc to była następna zemsta.
- Yep. Tak.
Agent zebrał się i wyszedł.
Pozostałam sama w tym nudnym szpitalu. Siedziałam, przekręcałam się na wszystkie boki. Sama zresztą ledwo uszłam z życiem.
Około godziny 19-stej do sali wszedł ten lekarz. Ja leżałam na boku, trochę zgięta, bo już mam dosyć leżenia.
- How do you feel? Jak się czujesz?
- Fine, and so bored. Świetnie i strasznie znudzona.
- You lied. Kłamałaś.
- Sorry, it’s my job. I can’t use real data. Przepraszam, ale to moja praca. Nie mogę używać prawdziwych danych.
- I understand. Rozumiem.
- I don’t mind, that you understand. Nie sądzę.
- My son is CIA agent. I know how it is. Mój syn jest agentem CIA, wiem jak to jest.
- It was this agent, who were there? To ten agent co tu był?
- No, I haven’t  seen him long time. I know it, simply. Nevermind – I need to do some research and perhaps a few injections. Nie, nie widziałem go bardzo dawno. Po prostu wiem. Nieważne – muszę zrobić trochę badań i być może kilka zastrzyków.
- You can not get these injections by venflon? Nie można ich zrobić przez wenflon?
- No, this medication intramuscularly. Nie, to lek domięśniowy.
- You have skilled hand? Ma pan wyćwiczoną rękę?
- After 25 years being a doctor, I think I have. Po 25 latach bycia lekarzem, myślę że mam.
- All right. Do your job. Okej.
Rzeczywiście, rękę miał bardzo wprawioną, badania nie wiem jak wyszły, bo się nie znam. Pierwszy raz widzę lekarza, oprócz Aide, który się nie wywyższa nad innymi. Pierwszy.
Potem okazało się, że jeśli zgodzę się brać jakieś witaminy i dużo pić (wody oczywiście!), to mogą mnie wypuścić natychmiast.
Dziwne, po tym wypadku w Alamo?
Nie. Wcale się nie dowiedzieli o żebrach, ani o niczym, bo zajęli się ogólną kondycją.
Stwierdziłam, że chyba nie ma się już o co bić. Usiadłam przed stanowiskiem Lufthansy zastanowiłam się. Nie mam po co zostawać, każdy kto miał być bezpieczny, jest albo go już w ogóle nie ma. Chwilę spojrzałam się w podłogę, potem na okno. W szybie widziałam swoją szkaradną twarz, która w niczym nie przypominała wesołej osóbki z przed kilku lat. W tej chwili, zdałam sobie sprawę, że powoli staję się zgorzkniała. I stara. Dwie typowe cechy dla 40 letnich panien. Zarobiłam kilka rys na twarzy, mam ogromne odrosty na włosach, nie jestem naturalną blondynką.
Wstałam i wreszcie dostałam się do samolotu, mając nadzieję, że uda mi się od nowa żyć normalnie.



[1] szczekać

środa, 28 maja 2014

"It's hard to bear with no-one to love you you're goin' nowhere "

Pięć godzin od przywiezienia, pielęgniarka otrzymała wiadomość że kończą operację. Wraz z Raymondem ruszyła na korytarz przed blokiem. Tam go zostawiła, a sama weszła na blok. Właśnie z sali wyszedł lekarz którzy operował, pielęgniarka zagadała do niego, oboje spojrzeli  w rozmowie na Raymonda, następnie lekarz powiedział coś i pokręcił głową. Pielęgniarka natomiast zacisnęła wargi i wyszła. Naprzeciw jej wyszedł zaniepokojony Ray, który był przerażony tym co widział. Był niemal pewien, że nie udało się uratować ofiary wypadku. Pielęgniarka z niepewną miną zaczęła mówić.
- I’m so sorry, but we… Jest mi bardzo przykro, ale…
Raymond nie słuchał dalej. Po słowie ‘sorry’ podziękował i odszedł. Szedł z zaciśniętymi ustami i zmarszczonymi brwiami. Sprawiał wrażenie, jakby miał się za chwilę rozpłakać. W recepcji minął policję i zagubionego agenta, który chciał pobiec za wychodzącym Rayem, ale nie mógł, gdyż musiał się dowiedzieć, co jest z ofiarą wypadku. Vince wsiadł do samochodu, odetchnął ciężko. Spojrzał jeszcze raz na budynek szpitala i tym razem, całe emocje które w nim się zbierały, spowodowały spływ łez po szczupłych policzkach. Miał całe zeszklone oczy, napuchnięte od łez. Próbował pozbierać się przez całą drogę, jednak nic mu to nie dało. W mieszkaniu usiadł przy barze i złożył głowię we własne dłonie, niewyraźnie chlipiąc. Drżącą ręką sięgnął po szklankę, z trudem nalał sobie do niej wody, i starał się uspokoić. Spojrzał na swoje odbicie w srebrnej lodówce, po czym nie wytrzymał i cisnął szklanką prosto w nią i tym razem rozpłakał się na dobre.

Na następny dzień, do jego mieszkania zapukał listonosz. Drzwi otworzył wyraźnie niewyspany i zgorzkniały agent.
- Hello, Mr. Williams. Witam panie Williams.
- Hello Billy. What you have for me? Witaj Billy. Co masz dla mnie? – otarł opuchniętą i niewyspaną twarz.
- Box. Something’s happened? Paczkę. Coś się stało?
- No, nothing. I’ve just worked all night. Nie, nic. Tylko pracowałem całą noc. – skłamał z pełną premedytacją, podpisując odbiór.
Raymond podpisał się w stosownych dokumentach i zabrał paczkę. Postawił ją na stole. Był ciekaw, co to jest.
Nadawca: Komenda Policji w Oakland, Kalifornia.
W środku był czarny skórzany płaszcz, portfel, Beretta, zielono błękitny szalik, na widok którego Raymond się uśmiechnął, bo był to szal z domu na Phuket Beach. Oprócz tego były tam ubrania z wypadku.
Raymond najpierw zabrał się za dokładne przeszukanie portfela. W środku były i jego dokumenty i jej, parę stów polskich i amerykańskich, karty kredytowe. Nie było tam nic co mogłoby zwrócić uwagę agenta.
Potem ubrania z wypadku. W kieszeniach drobne, kilka nabojów do Beretty. Najciekawszy wydawał się być płaszcz. W jednej kieszeni znalazł potrzaskanego pendrive’a, w drugiej – chusteczkę. Chusteczkę która była podpisana „Monnie-Bonnie”. Raymond zorientował się, że ofiara wypadku, spotkała się gdzieś z Monique, jego siostrą.  Największą ciekawośc zwróciła wizytówka na której było napisane „Ca’s’e’y ;-P” Industries, a po drugiej stronie 1996 m.
Raymond wpisał w swoim komputerze ów napis, bez emotikony.
Szukaj Ca’s’e’y
Czy chodziło ci o Cashey?
Szukaj Cashey
Czy chodziło ci o Clashey?
Szukaj Clashey
Czy chodziło ci o Calshey?
Szukaj Calshey
Czy chodziło ci o Calshity?
Szukaj Calshity
Czy chodziło ci o Calstishy?
Po kilku godzinach czy-chodziło-ci-o Ray doszedł do sensownego wyniku:
Czy chodziło ci o Calstersky?
Zdumiony kliknął, bo ów link był aktywny.

A drukarka wypluła za chwilę stosowny dokument, czyli zlepek ostatnich informacji na temat przeróżnych Calsterskich. O ile większość z nich nie miała dla Raymonda żadnego związku ze sprawą, tak jego uwagę przykuł jeden jedyny Nicolas Calstersky. Oczywiście wraz z tym dane śledzące jego osobę.
Z dalszych kart wynika, że Calstersky codziennie odwiedza Philz Coffee w Civic Center.
Po kolejnej nieprzespanej nocy, Ray umówił się z Calsterskim i poszedł do Philz Coffee. Siedział tam aż do godziny drugiej po południu. Wtedy do jego ławki (umówionej) dosiadł się… Calstersky! Ten Calstersky który był na treningach we Wrocławiu. Ten sam.
- Hello. You … I know you… Witaj. Ty… Ja ciebie znam… - zaczął Calstersky.
- We don’t. Nie znamy się.– skończył szybko Raymond. – I’m trying to get to know something about your industries. Staram się dowiedzieć czegoś o twoim przemyśle.
- I had these, till I get to the army. Miałem taki, zanim poszedłem do wojska.
Ray pokazał wizytówkę.
- This is yours, it isn’t? To twoje, nie?
- It is, but Casey project has denied a few years ago. Tak, ale project Casey został anulowany kawał czasu temu.
- What was Casey Project? Czym był projekt Casey?
Calstersky rozejrzał się po kawiarni. Dosyć uważnie i kilka razy.
- The project was aimed at PCs and mobile tracking of suspects and criminals. It was not widely used in the police environment, it was an experimental project. Even established. Special Members participating in the program copied a few dozen memory sticks and asked, "asylum" for Casey. They had to be scientists, preferably soldiers, agents, mercenaries. Those with the best. They protect the program, and when will be needed - to transport the relevant departments. They were the best protection - if it got into the wrong hands, could harm almost everyone and especially to ruin the economy. You can find something for everyone. Projekt był wycelowany na śledzeniu komputerów i telefonów komórkowych kryminalistów i podejrzanych. Nie było to szeroko używane w środowisku policyjnym, bo był to projekt eksperymentalny. Nawet zalegalizowany. Specjalni członkowie uczestniczący w programie skopiowali [program] na całkiem sporo pendrive’ów, i zapytali o „azyl” dla Casey. Mieli być to naukowcy, najlepiej żołnierze, agenci, najemnicy. Ci z najlepszych. Ochraniają program, i kiedy jest potrzebny – dostarczają go do odpowiedniego oddziału. Byli oni najlepszą ochroną – jeśli dostanie się to w nieodpowiednie ręce, może zrobić krzywdę praktycznie wszystkim, szczególnie może zrujnować ekonomię. Na każdego coś znajdziesz.
- So, what’s happened after it? Więc, co się stało po tym?
- After a few years, many of the "trustees" destroyed the program, to have peace of mind. Once the leak occurred, and many criminals have access to the list of those who have it. The last person who had this program was one of the elite special forces soldiers, from small country. Po kilku latach wielu powierników zniszczyło program, dla świętego spokoju. Raz zdarzył się wyciek, i wielu kryminalistów miało dostęp do list osób które to [program] miały. Ostatnia osoba która miała ten program była jednym z elity sił specjalnych, z małego kraju.
- Poland. Polska.
- Exactly. Most of the program based on American and Italian mafia and drug cartels from South America, but they did not gain information about that person. The information gained only Mafioso. Dokładnie. Większość program bazowało na amerykańskiej i włoskiej mafii, oraz kartelach narkotykowych z południowej Ameryki, ale nie zdobyli oni informacji o tej osobie. Informacje te pozyskali tylko mafiozi.
- Meflocci and Cappano.
- That's right. He had a plug, there were rumors that used this for his girlfriend. I do not know who she was, perhaps something akin to someone from our forces. Got the data and poured it. I helped her, but one day - I swear – she had never return. Tak. Miał wtyczkę, powiadano że używał do tego swojej dziewczyny. Nie wiem kim była, prawdopodobnie kimś pokrewnym do kogoś z naszych sił. Miała dane i puściła farbę. Pomogłem jej ale któregoś dnia – przysięgam – nigdy nie wróciła.
- What does it mean? On the back? Co to znaczy? Na tyle? – powiedział o pendrivie.
- Probably – it’s place where this program is hidden. Prawdopodobnie to miejsce gdzie program został schowany.
- What does “m” means? Co znaczy “m”?
- In Poland, they have no miles, just meters. In shortened “m”. W Polsce, nie mają mil, tylko metry. W skrócie „m”.
- 1996 meters, but where? 1996 metrów, ale gdzie?
- It must be favorite place, or something like that. That, what have 1996 meters, or more. To musi być ulubione miejsce, albo coś w tym stylu. Coś, co ma 1996 metrów bądź więcej.
- Any ideas, what it could be? Jakieś pomysły, co to może być?
- Need to search bridges, parks, characteristic streets, such as Lombard Street or Golden Gate Park. Należałoby przeszukać mosty, parki, charakterystyczne ulice, jak Lombard Street, albo Park Golden Gate.
- Golden Gate. It will be there. Golden Gate. To będzie tam.
- Why do you think that? Czemu tak pan myśli?
- Personal observations. I’m very thankful. Własne obserwacje. Jestem bardzo wdzięczny.
- No problem, but  I know you from somewhere. Nie ma problemu, ale znam ciebie skądś.
- Of course, there was no conversation. Oczywiście, tej rozmowy nie było.
- Sure. I’ve one question to you. Jasne. Mam jedno pytanie do pana.
- Yes? Tak?
- Why you didn’t wait to wake up from coma this woman? Dlaczego pan nie poczekał aż ona się obudzi ze śpiączki?
Ray zbladł.
- But she is dead. Przecież nie żyje.

- Do you read newspapers? Czy czyta pan gazety?

wtorek, 27 maja 2014

"Meeting you with a view to a kill ..."

Na ulicy leżał zniszczony motocykl. Ludzie czasami mają więcej szczęścia – akurat nadjeżdża radiowóz z Oakland. Zaniepokojony policjant zatrzymał samochód i wraz z kolegą, podeszli do jeszcze ciepłej maszyny. Temperatura wskazywała że od wypadku minęła dosłownie chwila.
- Connery, what this wreck is doing there? Connery, co ten wrak tutaj robi?
- It must have been accident. Let’s search for driver. To musiał być wypadek. Poszukajmy kierowcy.
Policjant kucnął i dotknął asfaltu.
- Blood. Blood’s everywhere. Krew. Krew jest wszędzie.
- Shhh. Shut up, you heard that? Cicho. Słyszałeś to?
Zza krzaków dobiegało ciche kasłanie i charczenie. Natychmiast się poderwali i pobiegli w stronę lasu.
- Still blood. Nadal krew. – mruknął młodszy.
Niedługo potem ich oczom ukazał się makabryczny widok. Ofiara wypadku trzymała rękę na żebrach, uciskając miejsce krwawienia. Policjant delikatnie zdjął kask, uważając na prawdopodobnie uszkodzony kręgosłup.
- Call for emeregency. What’s happened? Dzwoń po pomoc. Co się stało?
- …two… two black suv’s … Italia. …dwa… dwa czarne Suvy… Włochy… - wyszeptała
Lewa noga była cała obszarpana i krwawiła. Prawa była tylko podrapana, a rany na dłoniach, łokciach i ramionach, były tak obrzydliwie odsłonięte, że nawet policjantowi, który niejedno widział, zrobiło się niedobrze na ich widok.
W międzyczasie drugi policjant wybiegł na ulicę. Na CB wcisnął kanał ratunkowy i zgłosił wypadek motocyklowy. Niedługo powinna dojechać karetka. Za chwilę nadał komunikat wszystkim radiowozom, aby szukać dwóch czarnych terenówek między Alamo a Oakland. Kiedy dodał że to jest sprawa powiązana z włoską mafią, natychmiast zgłosiły się jednostki z CIA i FBI. Prawdopodobnie przyjadą agenci w tej sprawie na miejsce.
O tyle ofiara miała szczęście, że Oakland było bardzo niedaleko i karetka przyjechała dosłownie w ciągu kilku minut. Policja również.

***

W pewnej chwili odpływania, ocucił mnie ratownik.
- Hey, no sleeping. Hej, nie ma spania. – poklepał mnie po twarzy.
Przewróciłam oczyma i zobaczyłam nad sobą dwóch ratowników medycznych i dwóch policjantów. Jeden z policjantów trzymał moją głowę, a ratownik ściągał kask. Kolejny policjant trzymał taki kaftan na szyję, do usztywniania kręgosłupa. Przybiegł lekarz i ratownik z noszami. Kiedy je rozkładali, poczułam że nie mam siły na tak częste oddechy. Krótkie, urywane, z głębokim wydechem. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje.
- Doctor, I think the agony begins! Doktorze, myślę że agonia się zaczyna! – krzyknął trzymający moją głowę.
Jejku. Lekarz natychmiast dotknął moich dłoni, sprawdził tętno. To chyba coś groźnego.
- Pale as a sheet, cold hands… Give the board, you need to rotate! Blada jak kartka, zimne ręce… dajcie deskę, trzeba ją obrócić!
Natychmiastowo przypięli mnie do jakiejś deski, obrócili na bok. Lekarz dotknął w międzyczasie mojej rany postrzałowej.
- She’s shot! Jest postrzelona! – krzyknął. – You Ty – wskazał jednego - alert the hospital to prepare the operating room. You Zawiadom szpital aby przygotowali salę operacyjną. Ty – wskazał następnego – obstruct bleeding. And you carry her with me. Zatrzymaj krwawienie. A ty niesiesz ją ze mną.
Następnie, w czasie kiedy mnie nieśli, ratownik podbiegł.
- What’s your blood type?! Jaką masz grupę krwi? – zapytał, przestraszony.
- She don’t  answer you, is in shock. Get ready universal. Nie odpowie ci, jest w szoku. Przygotuj uniwersalną. – odpowiedział lekarz.
- And she’s so hard to hold as well for such wounds. Jest bardzo twarda jak na takie obrażenia.
- You hear it, injured? Franklin said you are brave head. Hold on little longer! Słyszałaś, ranna? Franklin powiedział że dzielna sztuka z ciebie. Wytrzymaj jeszczę trochę!
Tsaa hold on, a ja mam świeczki przed oczami. Powoli nie czuję kończyn a reszta zdaje się pracować o wiele za wolno. Serce wali mi coraz wolniej, i czuję te bicia chyba najgłośniej ze wszystkiego. Coś jak cię rozwalą w Battlefieldzie 2. Słychać tylko to i świst urywanych oddechów. Na twarz w karetce założyli mi jakąś maskę, z tlenem chyba, bo oddycha mi się znacznie łatwiej, ale to nie załatwiło sprawy. W pewnej chwili wydałam taki głęboki oddech, że nie mogłam zaczerpnąć powietrza. Na monitorze coś zapiszczało, ratownik krzyknął – tracimy ją – a ja odpłynęłam. Czarno przed oczami. Totalna czerń. Widzę światło, ale – ej, przecież jak to było w Shreku – nie idź w stronę światła! I nie idę, bo coś czują że ramiona mi podskakują. Dosyć rytmicznie. Jak zza mgły, taki ból, i jakieś krzyki. Są coraz bliżej. Nagle otworzyłam oczy i znowu odnalazłam się w karetce.
- We have her. Mamy ją. – powiedział ratownik.
Lekarz, wyraźnie zdenerwowany popatrzył na ratownika.
- Probably we will begin operation in the emergency room. One block is being renovated, and today was a multitude of operations in a notebook. Prawdopodobnie zaczniemy operację w izbie przyjęć. Jeden blok jest remontowany, a dzisiaj był ogrom operacji w zeszycie.
Wszyscy pobledli. No o sobie to nie wspomnę.
- We are in! Już jesteśmy!
Drzwi się otworzyły, i wyjechaliśmy wprost w drzwi główne. Ratownik podbiegł do pielęgniarek w recepcji.
- Gemma, take Cunningham and you go to emeregency room. Hannah - We have anesthesiologist on duty? Gemma, bierz Cunninghama i idź do izby przyjęć. Hannah – mamy jakiegoś anestezjologa na dyżurze?
- We don’t, two are on block, and one is in home. Nie, dwóch jest na bloku, a jeden w domu.
- Gimme that one for operation. Dawaj tego jednego do operacji.
- He’s living far away from here! On mieszka daleko stąd!
- This is matter of life and death. To sprawa życia i śmierci.
Tyle usłyszałam.
Za chwilę znalazłam się na leżance na izbie. Do izby wszedł jakiś lekarz z tą całą Gemmą. Wytrzeszczył oczy i szepnął coś w stylu OMG. Założył rękawiczki i podszedł.
- What we have here? Co my tutaj mamy?
- Being shot in the chest and abdomen, that's for sure. Postrzelona w klatkę piersiową oraz brzuch, to na pewno.
Ucisnął lewe żebra, krew spłynęła strumieniem ze stołu. To wyglądało jakbym zamiast kości miała tam gąbkę, nasączoną krwią. Wydało to taki suche kliknięcia, przeszywające aż w uszach. Jęknęłam z bólu. Co jak co, różne rzeczy się wytrzymywało, ale nie to.
- She is after drugs? Jest po lekach?
- Only morphine. Tylko po morfinie.
- Too small dose, but we have no time. Where is anesthesiologist?! Za mała dawka, ale nie mamy czasu. Gdzie jest anestezjolog?
- We don’t have any. Nie mamy żadnego.
- Pretty. On my responsibility - local anesthesia. Świetnie. Na moją odpowiedzialność, miejscowe znieczulenie. – zwrócił się do mnie – Please, don’t look. Don’t fool ourselves - if the anesthesia is too small - it will hurt like hell. Proszę, nie patrz. Nie oszukujmy się – jeśli znieczulenie jest za słabe – będzie bolało jak cholera.
Zlał mnie pot. Boniu, ja się igły boję a tu mnie będą ciąć, na moich oczach i w dodatku może nie zadziałać znieczulenie! Przewróciłam oczami i spojrzałam w sufit.
- I’m starting. Zaczynam. – powiedział lekarz.
Nagle poczułam rwący, nasilający się ból w miejscu postrzelenia. Zerwałam się i padłam, jak młody ptak który uczy się latać. Zacisnęłam zęby i pięści.
- Look at me. Do not strain the muscles will be less hurt. Popatrz na mnie. Nie napinaj mięśni, to będzie mniej bolało. – powiedziała do mnie ta pielęgniarka.
- I can’t! Nie mogę! – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
- Don’t talk. Nie mów. – powiedział lekarz ponownie. – Keep in touch with her, but she can’t talk. Trzymaj z nią kontakt, ale ona nie może rozmawiać.
- Hey, hey! Hej, hej! – zamachała mi przed oczyma. – Look at me, look… perfect. I’m Gemma, and you are Francesca, for example, okey? Popatrz na mnie, no… świetnie. Jestem Gemma, a ty jesteś Francesca, tak na przykład, dobra?
Kiwnęłam głową.
- Okey. Still look at me, we will talk, okey? You will nod your head. Francesca, you were in San Francisco? Yes? Perfect. You swam in the sea? Yes? And you tried some kind of water sports there? No? I tried wind surfing, you know? You would like to try? Yes? You will try it… Dobra, patrz na mnie, będziemy rozmawiać, okej? Będziesz kiwała głową. Francesca byłaś w San Francisco? Tak? Świetnie. Pływałaś w morzu? Tak? A próbowałaś tutaj sportów wodnych? Nie? Ja próbowałam windsurfingu, wiesz? Chciałabyś spróbować? Tak? Jeszcze spróbujesz…
W tym momencie rwący ból przeistoczył się w coś, jakby ktoś mi coś wyrwał ze środka. Wygięłam się w pałąk, nie wydając głośniejszego krzyku.
- She’s hard. Jest twarda. – mruknął lekarz.
- You heard it? You are awesome. Awesome! Give me your hand. No? Why not? Słyszałaś? Jesteś świetna. Świetna! Daj mi rękę. Nie? Dlaczego?
Poruszyłam ustami, tak jakbym chciała powiedziec „I do you harm, if I squeeze your hand” Zrobię ci krzywdę, jeśli ścisnę ci rękę
- I understand, that you are hard… But it can reduce your pain. Rozumiem, jesteś twarda… ale to może zmniejszyć ból.
- I’ll be howling bullet… Będę wyciągał kulę… - mruknął lekarz.
I teraz był ból nie do opisania. Mimowolnie ścisnęłam rękę Gemmy, którą sama mi podłożyła.
- Hey! Aua! – pisnęła, kiedy puściłam jej rękę. – Indeed, you’re strong! Serio, silna jesteś! – strząsnęła dłoń.
Do sali wbiegł jakiś gość.
- Oh, there you are, we didn’t waiting for you! O, jesteś, nie czekaliśmy na ciebie! – krzyknął lekarz z dezaprobatą.
- What the hell you’re doing? Operation without anesthesia? Co ty do cholery robisz? Operację bez znieczulenia?
- Lightweight and local. See how she folds, you will realize how small is dose. Lekka i miejscowa. Patrz jak się zwija, to zdasz sobie sprawę jak mała jest dawka.
- So I see. What’s happened? No widzę. Co się stało?
- Don’t ask me, like stupid, just get to work. Nie pytaj mnie jak głupi, tylko bierz się do roboty.
- How much does she weight? Ile ona waży?
- Something about 100-120 lbs. Jakoś 100-129 funtów. – dodała pielęgniarka.
- Allergies? Alergie?
Wszyscy lekarze spojrzeli się na niego.
- We already don’t know what’s her name. My nawet nie wiemy jak ma na imię. – powiedział lekarz.
- Well, we run the risk. Gemma, remove the tubes for a while. Więc, jest ryzyko, jest zabawa. Gemma, zabierz te rurki na moment.
Jak kazał, tak zrobiła. Założyli mi jakąś maskę i za chwilę zasnęłam.

***

Kiedy ratownicy zabierali ofiarę, ostatni na miejsce zdarzenia przyjechali agenci CIA. Dwóch agentów podeszło do policjantów i agentów FBI.
- You know who she was? Wiecie kim była? – w dalszym ciągu wypytywał agent FBI starszego policjanta.
- It was she? To była ona? - zapytał wyższy z agentów CIA.
- If you won’t be late… Gdybyście się nie spóźnili…
Agenci CIA wyraźnie się zdenerwowali.
- I repeat – It was woman? Powtarzam, to była kobieta?
- Yeah, she was. Tak, była. – odparł lekceważąco agent FBI.
W tej samej chwili, jeden z agentów rzucił szybko wzrokiem na motocykl. Potem spojrzał dłużej.
- I know this motocycle! Znam ten motocykl! – szepnął.
Mniejszy agent spojrzał dziwnie na drugiego. Agenci FBI zamilkli. Drugi agent CIA ocknął się i szarpnął policjanta.
- It was young woman, long blond hair, blue eyes, tall and slim? To była młoda kobieta, z długimi blond włosami, niebieskimi oczami, wysoka i szczupła?
- Like if you saw her. Jakbyś ją widział.
Agent przerażony zwrócił się do mniejszego agenta.
- We are going to the hospital. Jedziemy do szpitala.
- Vince, we didn’t finish this case yet! Vince, nie skończyliśmy jeszcze!
- So, I’m going there alone. To jadę sam.
Vince wsiadł do samochodu i ku zdziwieniu wszystkich pojechał.
Wbiegł do szpitala, cały zdenerwowany. Rozejrzał się chwilę i pobiegł na izbę przyjęć. Zaraz za nim pobiegła pielęgniarka, krzycząc że tam postronnym nie wolno.
Zastał tylko zakrwawiony stół w izbie. Nie tylko stół – po chwili zauważył krew na podłodze i narzędzia operacyjne obok – również bordowe od krwi.
- I said, please get out there! Powiedziałam, proszę stąd wyjść! – wyraziła jasno, swoją wolę pielęgniarka.
Wyprowadziła otumanionego agenta z izby pod recepcję.
- You are looking for someone? Szuka pan kogoś?
Agent otrząsnął się.
- Yes, I’m searching woman from motocycle accident near Alamo. Tak, szukam kobiety z wypadku motocyklowego niedaleko Alamo.
Mina pielęgniarki z zaciętej zmieniła się na bardziej spasowaną i trochę ponurą. Zamilkła i usiadła.
- Please, tell me what’s with her. Proszę mi powiedzieć co z nią.
- Nobody excepting surgeon knows. They brought her in very bad condition, had a gunshot wound in the chest and other injuries on the body. Don’t know if the doctors are capable to save her. Our best doctor wrung his hands and shook his head when he saw her on the table. When they finish, I’ll tell you. You’re family? Nikt z wyjątkiem chirurgów nie wie. Przywieźli ją w bardzo złym stanie, miała ranę postrzałową w klatce piersiowej i inne obrażenia na ciele. Nie wiem, czy lekarze są w stanie jej uratować. Nasz najlepszy lekarz załamał ręce i potrząsnął głową, gdy zobaczył ją na stole. Kiedy skończą, powiem ci. Jesteś rodziną?
- No, CIA. Nie, CIA.
- It’s something with these Italians? To jest coś z tymi Włochami?
- I, I can’t speak about this… Ja, ja nie mogę mówić o tym. - odparł i usiadł na krześle w recepcji.
- You approached to this very emotional. Depends on promotion? Podszedłeś do tego bardzo emocjonalnie. Zaważa to na awansie?
- On her. O niej.
- In work, or… W pracy, czy…
- This second. Tym drugim.
Pielęgniarka westchnęła ciężko.
- Keep calm. If I will know something I tell you. Trzymaj się. Jeśli będę coś wiedziała, powiem ci. – poklepała go po ramieniu.
- Thanks… Gemma. Dzięki… Gemma. – spojrzał na napis na fartuchu.
Uśmiechnęła się.
- This wench is a tough chick. Ta dziewucha to twarda laska.
- How could you know? Skąd wiesz?
- She’s kinda agent, isn’t she? Ona jest trochę agentem, nie?
- Kinda. Trochę.
- It’s visible. To widać.
- What is visible? Co widać?
- That you fall in love with her! To że się w niej zakochałeś! – uśmiechnęła się Gemma.
- Really? She hadn’t seen it. Naprawdę? Ona tego nie dostrzegała.
- Ough. First of all - do not talk about it in the past, oh please. Secondly  - she must have a tough soul, if you say so. Or something you did wrong. Ugh. Po pierwsze – nie mów o niej w czasie przeszłym, proszę. Po drugie – musi mieć twardą duszę, jeśli tak mówisz. Albo coś zrobiłeś nie tak.
- I did not answer well for a confession. In general, I did not, I was forced to flee. I think it offended her. Nie odpowiedziałem dobrze na je wyznanie. Generalnie, nie odpowiedziałem, bo byłem zmuszony do ucieczki.

- It must have hurt her severely. To musiało ją bardzo zaboleć.

poniedziałek, 26 maja 2014

"When right turns to wrong, she will try to hold on to the ghosts of the past"

Około godziny 21, na podwórko wjechał czarny Suv. Najpierw obcykałam zdjęcia. Potem będzie idealna okazja. Kiedy Meflocci wyszedł z samochodu, i rozkazał przyprowadzić Cesara z jego żoną, ja postanowiłam spełnić jeden z dwóch punktów przedstawienia. Showtime!Cała mafia, oprócz dwóch ochroniarzy stanęła w jednej grupie. Rzuciłam granat ogłuszający i gaz łzawiący. Wtedy wyszłam ze stajni, odnalazłam Meflocciego i wyciągnęłam na bok.
- You, fucking bitch, will respond for murder. Ty, jebana kurwo, odpowiesz za morderstwo.
- Hello Susannah. Witaj Susannah. – uśmiechnął się debilnie. – You respond too, for murder. Ty też odpowiadasz za morderstwo.
- That was with justification. To było z usprawiedliwieniem. – odbezpieczylam broń.
- And what, you kill me? I co, zabijesz mnie?
- No, I just destroy your life. Nie, tylko zniszczę ci życie. – wymierzyłam do niego i strzeliłam w kolana. Meflocci ugiął się i ukląkł. – Now, it’s show time. No, to teraz zaczynamy przedstawienie. – sięgnęłam po kubeł z benzyną, stojący tuż obok mnie. Wylałam większość pod niego, ale i też na niego. Meflocci próbował wstać. – No, no Giancarlo, wait for ending! We have last night of this year! Nie, nie Giancarlo, zaczekaj na koniec! Mamy ostatnią noc tego roku! – krzyknęłam i rzuciłam zapaloną zapalniczką w jego stronę. Zobaczyłam – aby się tylko podpalił – zaczęłam uciekać do lasu. Nikt mnie na razie nie gonił, ale to nie oznacza, że nikt nie będzie. Wbiegłam do sąsiedniej, ogromnej i opuszczonej stodoły i usadowiłam się pod samym dachem. Pobiegli do lasu, tępi ochraniarze, a Cesar z babką wsiedli do samochodu i uciekli. Ja natomiast obserwowałam sytuację. Po około 3 minutach wszyscy wrócili, a Meflocci już zgaszony (bo na jego szczęście zaczął padać deszcz) zwijał się za domem. Tam też go odnaleźli.
- Find her! Find this bitch! I kill her! Znaleźć ją! Znaleźć tę sukę! Zabiję ją! – krzyczał. – Find her now! Znaleźć, w tej chwili!
- Sir, we can’t, you are wounded! Sir, nie możemy, jest pan ranny!
- Fuck this! Find her! Pieprzyć to! Znaleźć ją!
I wpakowali go na siłę do samochodu. Odjechali.
Weszłam do domu i znalazłam telefon oraz kartkę z numerami. Zadzwoniłam do Cesara, że już po wszystkim i że mogą wracać. Meflocci chwilowo unieszkodliwiony.
Kiedy wrócili do domu, babka zaczęła coś się na mnie rzucać. Ja w dalszym ciągu siedziałam na schodach.
- Marion, keep calm. Marion, uspokój się. – krzyknął do niej. – No matter how it ends, thank you. It’s the best revenge I’ve ever seen. They know it’s you? Nieważne jak to się kończy, dziękuję. To najlepsza zemsta jaką widziałem. Wiedzą że to ty?
- They know. I have supplication to you. Wiedzą. Mam też prośbę do ciebie.
- What? Jaką?
Wyciągnęłam kluczyki od samochodu.
- Sell my car, it’s for gas. This should be enough. And I take this motocycle from stables. Sprzedaj mój samochód, to za paliwo. Powinno starczyć. I biorę motocykl ze stajni.
- It’s Ray’s, but… OK. Can I keep it? To Ray’a ale… dobra. Mogę go [samochód] zatrzymać?
- Sure. It’s yours. Jasne. Jest twój.
Wsiadłam na motocykl i odjechałam. Pojechałam prosto do Channel Islands.
Stanęłam z bukietem kwiatów na urwisku w Ancapa Island. Nie mam pojęcia gdzie te dziady go zabiły, ale postanowiłam tutaj pomyśleć o Ray’u.
Kurde, niesamowity był. A ja głupia. Dlaczego wtedy zeszłam z tego roweru? Albo nie zabrałam radiowozu, żeby ich dogonić? Dlaczego od razu nie uciekłam z tym głupim zawałem? Dlaczego nie uciekłam od razu z tego szpitala? Może jednak trzeba było wszystko powiedzieć Myersowi? Chyba popełniłam największą głupotę świata. I w całym swoim życiu.
Chcąc nie chcąc – rozpłakałam się. Chyba po raz pierwszy od kilku lat. Zawsze jakoś to obchodziłam klnąc pod nosem, znęcając się na treningach. Wycierając dłonią łzy, zauważyłam wiszącą obok mnie chusteczkę.
- Maybe you need this. Może potrzebujesz tego. – odezwał się głos.
Odwróciłam się. Moim oczom ukazała się rudawa dziewczyna, na oko 25 lat, hiszpańska uroda.
- Monique? – zapytałam, biorąc chusteczkę.- You believe that Ray gave the kill himself? Myślisz że Ray dał się zabić?
Pomyślałam na logikę. Raczej nie, ale każdemu trafia się gorszy dzień.
- I’m Monique. I don’t believe this. He’s too hard to easykill. Jestem Monique. Nie wierzę. On nie dałby się tak łatwo zabić. – usiadła obok.
- You are hided, whence you get there? Jesteś ukryta, od kiedy?
- Ray didn’t close me in jail, please. I’m just hiding there. Nie zamknął mnie w więzieniu, proszę. Tylko się tutaj ukrywam. – zaczęła bawić się kwiatkiem.
- There? Tutaj?
- Yes, on Ancapa. Meflocci don’t descend to land, because he always leaves there corpses.  Such perversion. Tak, na Ancapie. MEflocii nie schodzi na ląd, bo zawsze zostawia tutaj zwłoki. – odpowiedziała bez jakiejkolwiek nuty emocji.
- Why you’re hiding? Dlaczego się ukrywasz?
- It’s long history. When I was young, my aunt – Marion – always said that woman will get a rich Man. Not like uncle Cesar. And she wanted this for me. I met Giancarlo, you know… He took me to his criminal life. Marion never forgave this yourself, so she is weird now. To długa. Kiedy byłam mała, moja ciotka Marion zawsze gadała że kobieta powinna mieć bogatego mężczyznę. Nie jak wujek Cesar. I chciała tego dla mnie. Spotkałam Giancarlo, wiesz… pociągnął mnie do kryminalnego życia.
- I met her. And Cesar. Poznałam ją. I Cesara.
- When? Kiedy? – zapytała zdumiona.
- Yesterday. I was in your family house. Wczoraj. Byłam w twoim domu rodzinnym.
- For what? Po co? – jej emocje rosły z każdą chwilą milczenia.
- To take revenge on Meflocci. Aby zemścić się na Mefloccim.
- What have you done? You killed him? Co zrobiłaś? Zabiłaś go? – zapytała z zapartym tchem.
- No. Nie.
- So he will kill you. It’s scary what you have done to him? Więc on cię zabije. To straszne co mu zrobiłaś? – spytała, szarpiąc mnie za ramię.
- He probably will have problems with moving and success with woman. Prawdopodobnie będzie miał problemy z chodzeniem I powodzeniem u kobiet. – uśmiechnęłam się ironicznie.
- Oh, I will forget. Firstly, I had to slap you, but I was feared that you will give up to me. Och, zapomnę. Po pierwsze, miałam ciebie zpoliczkować, ale bałam się że mi oddać. – opuściła rękę.
- For what? Za co? – roześmiałam się.- For this leaving my brother. Za zostawienie mojego brata.
- That case is closed, now. I must go, if Meflocci find me now, we are all burned. Ta sprawa jest już zamknięta. Muszę iść, jeśli Meflocci znajdzie mnie teraz, to będziemy spalone. – wstałam i otrzepałam spodnie.
- I have request for you. If Ray is alive, tell him that I’m grateful for this kidnapping…Mam do ciebie prośbę. Jeśli Ray zyje, powiedz mu że jestem wdzięczna za to porwanie.
- Sure. Goodbye. Jasne. Żegnaj.
1.01
Postanowiłam wrócic do San Francisco, aby zabrac pendrive’a. Było już strasznie ciemno, a ja właśnie już dojeżdżałam. Jechałam przez Alamo, do Oakland, a stamtąd droga prosta do SF.
Puste i nieco kręte drogi stanowe zachęcały do przyciśnięcia gazu, było już bowiem grubo po północy, a bardzo już chciałam wrócić do Polski. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Meflocci zwęszył czym się poruszam i gdzie, bo zza zakrętu, za mną wyjechały dwa czarne Suvy. Docisnęłam gaz do dechy i tnę wszystkie zakręty. Wszystko by poszło dobrze, gdyby nie traktor z przyczepą, jadący na moim pasie. Musiałam się zatrzymać zaraz za tym traktorem, nawet mniejsza o prędkość – nie wyrobiłabym się. Postanowiłam złożyć się motocyklem na zakręcie – wtedy zyskam czas, złamię zakręt, dodam gazu i dalej, ale… Zapomniałam że Meflocci ma tylko jedno zadanie – zabić. Przy złożeniu się, ludzie w Suvach przyspieszyli, strzelili do mnie, uderzając mój motocykl. Wyprowadzili mnie z równowagi, co dało obrót na ramie. W stylowym, krwawym obrocie, wyleciałam do rowu, a motocykl pozostał na drodze.
Leżałam na plecach w sosnowym lesie. Ciężko mi było oddychać, czułam jak krew zalewa mi powoli jedno z płuc. Złapałam się za nogi – są na miejscu, ale w kiepskim stanie.
Palcami dotknęłam lewej nogi. Od razu poczułam ból promieniujący aż do kości. Najgorszy był chyba widok dolnej części lewych żeber, które zostały trafione przez pocisk. Z rany wlotowej uporczywie sączyła się krew, po naciśnięciu, wszystko leciało jak z gąbki, a ja nie miałam nawet siły krzyknąć pomocy. Ulica jest pusta. Nikt mnie nie znajdzie i to chyba będzie już koniec. Chyba to koniec, bo widzę przebłyski. Z dzieciństwa, strasznie ich dużo. A to jak dostałam skrzypce, a to jak tańczyłam. O i nawet jak na mnie krzyczą. Trauma. I konkurs skrzypcowy. I balet. I w końcu normalny taniec, o i konkurs, ten co wygrałam. I moje strzelanie. Powołanie na snajpera. Przysięga, czarny beret, kolejne awanse, akcje, misje. I jest i Raymond. Widzę go bardzo przejrzyście, nawet słyszę.