Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychika. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2014

Myślę że nie stało się nic...

- Kładź się. - burknął Hewlett monosylabicznie zakładając rękawiczki, po czym wskazał leżankę. Jak zbity pies grzecznie poczłapałam na ławeczkę.
- Po co te mecyje... - westchnęłam krótko, znudzona i trochę śnięta. Doug latarką przyświecił mi w ślepia i powtórzył poprzednie zdanie.
- Jak cię zaboli to drzyj mordę. I przygotuj się na wizytę na stole. - parsknął, po czym zabrał się do uciskania żeber. Na szczęście nic nie bolało, uff, a już myślałam że mnie pokroją...
Wenom natomiast w dalszym ciągu bębnił coś na ekranie swojego telefonu tak skupiony, że nawet nie zwrócił uwagi gdy wypadły mu klucze na podłogę.
- Jesteś zdrowa, ale rozumu nie masz za grosz, lecz się tłuku. Co by było, gdy... - Hewlett pomógł mi założyć kurtkę, z której wypadła mała paczuszka. No dobra, nie taka mała. I nawet Wenom się wybudził ze swojego transu.
Wszyscy spojrzeliśmy na ten sam punkt i w jednej chwili rzuciliśmy się w jego kierunku. Z racji tego że byłam poszkodowana na ciele, walczyłam najsłabiej, ale i tak sama paczka wyrywana z rąk do rąk wylądowała pod drzwiami, a dokładniej wprost pod nogi stojącego w nich Kuby, który podjął pakunek z ziemi.

Ciężko mi spojrzeć na niego tak samo jak kiedyś.

Hewlett, jako pan i władca oddziału wstał z podłogi, po czym bez słowa odebrał zawiniątko Rawińskiemu. Wąchnął co nieco.
- Mhm. Kompot. - spojrzał się w moją stronę, i wbiwszy wzrok we mnie, rozpakował kinder niespodziankę. - I chciałaś sama to ojebać? - w jego wypowiedzi nie było ani krzty zazdrości, jeśli chcielibyście go o to posądzić.
- Chciałam mieć zapas. - odparłam, ale nie wiem czemu, zbierało mi się na wycie.
- Jasne. - rzucił to w moją stronę. - Jak chcesz się zabijać to chociaż miej honor i nie jako ćpun. Wenom, jak myślisz, puścić to to na hajzę czy przekiblować?
- Nie mam zielonego pojęcia.
- Przekibluj. - mruknął Kuba, z pewnym, ale "zabijcie-mnie" wzrokiem.
- A ja bym puścił na hajzę. Tylko bez tego. - wyszarpał mi znów paczkę.
KTO DAJE I ZABIERA, TEN SIĘ W PIEKLE PONIEWIERA.
Czułam się jak jakiś pies w schronisku, kiedy weterynarz kłóci się z kimś tam innym, czy może pieska uśpić, operować, czy dać mu zdechnąć, bo i tak go nikt nie chce. I już nie słuchałam co se tam gadajo, tylko siedziałam jak kołek. Po chwili Hewlett podniósł mnie za ramię i wyprowadził na zewnątrz, posadził w samochodzie i zamknął drzwi. Statystycznym, przepisowym tempem zawiózł mnie na chatę pod drzwi bloku - dokładnie w to samo miejsce co taksówka wczoraj - i odjechał, mówiąc coś w stylu "weź się w garść".

A ja stałam tam jak słup wysokiego napięcia, w środku nocy. Obejrzałam się na wszystkie strony, obleciałam wzrokiem wszystkie budynki i mój wzrok zatrzymał się na grupce żuli pod osiedlowym.
"Żesz kurwa oni nawet mają normalne życie, a ja nie" - pomyślałam przez chwilę.

Myślałam że to wszystko normalnie się zakończy, ale jednak nie.
Brzmi prozaicznie, ale przez to że się zacięłam przy goleniu pach
Zacięłam się także wzdłuż żył na nadgarstkach
Ale nie przypadkiem.

Leżałam półprzytomna w kałuży krwi w łazience, jak w tych przeróżnych filmach o nastolatkach emo; ba - nawet myślałam podobnie, że warto skończyć to gówna warte życie. Gdzieś w tle odzywał się co i raz mój telefon, potem domofon, a w końcu odezwały się także i drzwi. Zamek w drzwiach. Chzęstu chrzęstu. JEB. Jakieś głosy. Gdzie jestem. Co to się stanęło. Matku bosku.

Zapalone światło w łazience gdy już świta to znak że coś się dzieje.

Kłapu kłapu, tup tup tup
Jeb drzwiami od sypialni
Jeb drzwiami od gościnnego
KLANG KLANG szarpanie za klamkę od łazienki
Chrobotanie, wywalanie zamka (znacie to z dzieciństwa?) i tabun tup-tupów na posadzce.

JEZU CHRYSTE.

Jeszcze większy tabun tup-tupów.
Io-io-io-io-io.
Galopujące stado tup-tupów.

NIE PAMIĘTAM NIC.

***

Bum. Siedzę jak kołek, ale tym razem na szpitalnym koju, w publicznym - żeby nie było że tutaj rządzi Hewlett. Ludzie z sali patrzą się na mnie jak na wariata. Podbite oczy, pokiereszowany ryj i ramiona, o oklejonych po łokcie rękach nie wspomnę.
Bo jak się tnę, to wzdłuż alei a nie w poprzek.
Starsza pani zdaje się czytać jakiegoś Rycerza Niepokalanej i srogo na mnie spogląda, jakbym złamała 10 przykazań i jeszcze z 20 jakichś dodatkowych wymyślonych przez Jedyne Słuszne Radio. Jakaś grubsza Helga wpierdala paluszki i bezceremonialnie przygląda się moim ranom "wojennym".
Wchodzi starszawy gość, lekarz. Spogląda pokrótce na towarzystwo i zawiesza wzrok na mnie.

Chciałabym wypalić "co się kurwa gapisz" ale nie wypada. On chyba uratował mi życie. Ale za grosz nie jestem wdzięczna na tę chwilę.
Usiadł obok mojego łóżka i spojrzał na mnie takim "w chuj" optymistycznym wzrokiem, że aż mi się głupio zrobiło że ze mnie taki nudziarz i lump, co widzi tylko prostą drogę do swojego grobu.
- Co ty dziecko wyprawiasz ze swoim życiem. - stwierdził z uśmiechem na ustach. Oj, chyba nawet nie wiem co powiedzieć, bo wyprawiam ze swoim życiem różne niuansy od blisko dziesięciu lat, a to co się stało przed chwilą, to tylko jeden wybryk. Nie wiem czy ma na myśli całokształt twórczości, czy tylko może ostatni spektakl.
- Wiesz, ja nie powiem ci że ciebie rozumiem. Bo nie rozumiem. Nie wiem nawet o co ci poszło, jakie masz motywy, co jest nie tak. Ale nic nie jest więcej warte niż życie. Wstań i przejdź się po szpitalu. Spójrz w oczy tym babciom, dziadkom, ojcom, matkom, żonom, mężom, synom i córkom. Z kapusty się nie wzięłaś. Nie jesteś też palem pośrodku niczego że nikt nie ma z tobą kontaktu, że nikt z tobą nie rozmawia, ani nie utrzymuje jakichkolwiek zażyłości. Każdy kogoś zna. I nie niszczy się daru jakim jest życie.
- Płacą mi za to. - burknęłam niefrasobliwie.
- Za co? - zainteresował się.
- Za niszczenie daru jakim jest życie.
- Dobrze się pani czuje?
- Major Zuzanna Alicja Deszcz, II oddział specjalny VI batalionu szturm-desant, gościnnie GROM. Zawód - snajper.
Lekarz zamilkł, babuleńka się przeżegnała i wyszła a Helga przestała chrupać.
- Nie macie tam u siebie w tej "elycie" psychologów?
- Płacą za bycie świrem. Bycie świrem, ale poukładanym to podstawa. Im wyższy poziom świra, tym większa skuteczność, ale tylko gdy wiąże się z dyscypliną. Sam świr nie starcza.
- Pani domeną na pewno nie jest dyscyplina, zgadza się?
- Zgadza się.
Lekarz lekko się uśmiechnął i wyszedł przez pustą futrynę. Zza niej wychylił się jakiś osobnik w okularach z grubymi, czarnymi oprawkami.
Wiecie że im bardziej się boicie psychologa bądź psychiatry, tym łatwiej Wam poznać takiego wśród zwykłych ludzi, ot z wyglądu?
Wkroczył do akcji.
- Klasyczny przypadek. - zwrócił się do mnie. Helga wodzi za nim wzrokiem. - Klasyczny przypadek przeładowania stresem. - siadł na tym samym stołku co poprzednik. - Pourazowym. Boryka się z tym pani od ilu lat? Trzech? Czterech? Buduje pani wokół siebie coraz większy i grubszy mur żeby zdawało się że wszystko jest w porządku? A nie jest, prawda...?

poniedziałek, 3 listopada 2014

Ludzie są dziwni, gdy jesteś inny

- Co? Dlaczego?!
- KURWA, JA PIERDOLE MAĆ! – ryknęłam, cała czerwona. – Zabawialiście się wczoraj w gabinecie?
- … ee skąd wiesz?
- KURWA! Robiłaś mu loda?
- De… Deszczu, skąd ty…
- ROBIŁAŚ, CZY NIE?!
- … no …
- KURWA! KURWA, KURWA, KURWA MAAAAAĆ! – darłam się, aż zwróciłam uwagę wszystkich przechodzących. Baśka zarwała ostrego burola, bo wszyscy oficerowie słyszeli naszą pełną napięcia rozmowę, ja natomiast klęłam pod nosem i myślałam. CO ZROBIĆ.
Wyszłam z Alei z dymem. Już wiedziałam gdzie iść, ach – sam Klimczuk mi nakazał.
Do księcia.
Przeszłam cały budynek, by dostać się do kaplicy, gdzie dowiedziałam się, że książe jest w kancelarii. Lekko podenerwowana, zmierzałam w kierunku gabinetu księciunia, rozmyślając, co ja mu powiem. Będzie wstyd, oj niczym Fassbender we Wstydzie.
Książe siedział, po swojszemu ubrany, w pokoju urządzonym, jak to kancelaria, w stylu antykwariackim. Antyk i wariat. Niepewnie przekroczyłam próg, pukając do barokowo wykończonych drzwi.
- Szczęść Boże, książe. – bąknęłam cicho.
- O proszę, mażor Deszcz, we własnyj osobje! (hehe taka starożytna mowa)
- Tsaa… - mruknęłam, zdejmując furaż.
- Aż to co toż się stalo, że sama mażoryna mnie odwiedza, choć i nie ma do tego zwyczaju? Siadajże, acz, co tam stoisz w progu, jak chlopi!
- Bo, księciuniu, sprawek paru narobiłam, i ja w niezręcznej…
- To ma być spowiedź, ta sytuacyja?
- Chyba tak.
Książe spojrzał się na mnie jakoś tak dziwacznie, wyciągnął stułę, aby dopełnić formalności i oparł się na biurku, z lekka przypominającym komodę prezydenta Stanów Zjednoczonych.
- No to… mówże dziecko.
Westchnęłam, spojrzałam na drzwi, które były lekko uchylone, wstałam, zamknęłam je i usiadłam znów w tym wygodnym fotelu. Książe patrzał tymi swoimi starawymi oczyma na to co wyprawiam i jego twarz zaorały zmarszczki uśmiechu.
- Cóżeś nabroila, a?
- Bo widzisz, księciuniu… ty wiesz że ja przykład osoby cnotliwej.
- Ach, znawszy twe występki, uważam że nie do końca, ależ mów dalej…
- Nie no, wiem że zawodowo jestem chuja cnotliwa... Przepraszam. Chodziło mi o taką, co o swoją godność dba. Kobiecą godność.
- A, tak. Wszyscy o tym wiedzą, mimo iż nie powinienem słuchać jadalnianych mleń ozorem. Więc, rozumiem, że to w tym tkwi szkopuł, a?
- Tak, i pomijając te jak zwykle, zabójstwa, to chyba coś, z czym się noszę od dawna i nie miałam odwagi przyjść. Być może i czasu… lecz generał jak się dowiedział… no cóż.
- To co cię tak trapi?
- Jest tak… był sobie pewien gość. Nie będę gadać, co i jak, bo jeśli siedzisz na stołówce, to wiesz. Rzecz tkwi w tym, że myślałam, że to ten odpowiedni. I dałam się ponieść.
- Cóż dziwnego w noszeniu?
- Eek, nie w tym sensie. Tu chodzi o to… noo… yhm… księciuniu, wiesz…
- Współżycie?
- …? … aach tak. Właśnie, dobrze to żeś ubrał w słowa.
- Z tym się nosisz, znaczy że jesteś w…
- NIE! Nie w tym sensie się nosić.
- Pozamałżeńskie?
- Jak po rękach widać, jak najbardziej.
- To ciężki grzech, dałaś się skusić.
- Wiem.
- I domyślam się, że celem nie była prokreacja?
- Absolutnie, moim nie.
- I były ku temu… środki?
- Były, chyba były.
- Ten nowoczesny świat zaciera prawdziwe wartości… kiedy ja byl w twoim wieku, to wszystko dopiero mialo się ku początkowi… Teraz jest to tak rozpowszechnione, że nikt tego nie uważa za żadne przekroczenie. Dobrze że z z tym przychodzisz, Mażorze, bo co znam tyle, tyle osób, tak nikt się z tym nie bawi, jak ty. Jak na mordercę, masz krztę sumienia.
- Żadne mi to pocieszenie, kiedy ja tego tak połowicznie żałuję.
- Polowicznie? A cóż to ma znaczyć?
- To, że to nie było takie złe, z pobudek wiesz jakich. Ale z drugiej strony, niedozwolone… co ja gadam?! Powinnam żałować, jak skur… przepraszam.
- To coś jeszcze?
- Taa… taka dręcząca sprawa. Oskarżyłam kogoś o coś czego nie zro… To też słyszałeś na stołówce.
- Mażorze, ja nie jest doradca w tych sprawach doswiadczony, ale mogę powiedzieć ci jedno. Jeśli możesz, przeproś…

I tak pojechałam do San Francisco.


iedy wysiadłam z taksówki na Pine Street, zdałam sobie sprawę, co ja robię. Myślałam o tym, co stało się niedawno z Jakubem. Zimny deszcz lał się na moją głowę, spoglądałam na tę starą kamienicę, szkoły tańca. Bezceremonialnie weszłam na klatkę.
W tym mieszkaniu, gdzie wyżej wymieniona szkoła się mieściła, drzwi były uchylone. Weszłam, nieco przerażona, ze względu na Włochów, ale uspokoiłam się, widząc siedzącą przy fortepianie Rudą, przeglądającą jakieś papiery.
- The school is closed, we’re sorry… Szkoła jest zamknięta, przykro mi... - wymamrotała, słysząc kroki.
- I’m here to meet your brother. Jestem tu by spotkać się z twoim bratem.
Natychmiast się odwróciła i zamarła, potem znów się zdenerwowała. Skądś znam ten spazmatyczny krzyk zniesmaczenia, widać wszystko zostaje w rodzinie.
- You, here? Ty tutaj? – zapytała, niedowierzając. – Ugh. For what? Ugh. Po co?
- I must talk with him. Muszę z nim pogadać.
- Yeah, conversation it’s the last thing that he want to do. Especially with you. Tak, rozmowa to ostatnia rzecz którą chciałby robić. Zwłaszcza rozmowa z tobą.
- I’m not here to argue with you, just for him. Nie jestem tutaj po to by kłócić się z tobą, tylko dla niego.
- Nah, you don’t wanna, believe me. Ech, nie chcesz, uwierz mi.
- … something’s happened? ...coś się stało?
- Meh, yeah. You happened. I don’t want to know, what he did, don’t try to tell me… Ech, tak. Ty się stałaś. Nie chcę wiedzieć co zrobił, nie próbuj mi mówić...
- I’m not. Nie próbuję.
- …yeah. But it’s one thing that you should know. He’s sick. ...tak. Ale jest jedna rzecz o której powinnaś wiedzieć. Jest chory.
- Just nothing, I want to see with him. To nic. Chcę się z nim zobaczyć.
- … that’s not ill. To nie przeziębienie.
- What? HIV or sepsa? A co? HIV, sepsa?
- … mental. Psychika.
- Oh, I know. He has a kind of mania. Nymphomania. O, tak, wiem. Ma jakąś manię. Nimfomanię.
- … I didn’t know this. But I know only one thing. I can’t describe it. Just see. ... tego nie wiedziałam. Ale wiem jedno. Nie umiem tego opisać. Tylko spójrz.

poniedziałek, 15 września 2014

Bad boyz (navy) blue

Zaczęłam się powoli cofać, i zakończyłam tę sekwencję na ścianie.
- I should sit there, sir. Ja tu powinnam siedzieć, sir. – wskazałam palcem na fotel.
- Dean, babe. Dean, kotku. – przekręcił głowę w drugą stronę.
- Major… Majorze... - opuściłam dłoń.
- What: major? Co: majorze? – nachylił się w moją stronę, nad biurkiem…
- Major, not babe. Majorze, nie kotku. – nabrałam w końcu pewności siebie.
- Please, have a sit. Proszę, usiądź. – wstał i wskazał na mój fotel, stanął za nim.
- I should tell it, not sir. Ja to powinnam mówić, nie sir.– poprawiłam frak munduru i usiadłam. Oparł się na fotelu, odsłonił moje ucho i szepnął.
- Dean, sweet girl. Dean, słodka laleczko. – dmuchnął mi dymem w ucho. Skrzywiłam się na to i nie bardzo wiedziałam co robić. Bez papieru, nie mam co cwaniakować, może wytrzymam te zaloty a la Trynkiewicz.
- With respect, but I think si… Z całym szacunkiem, ale uważam że si...
- Dean, dammit, Dean. Dean, do cholery, Dean. – zwrócił mi uwagę, ze stoickim spokojem, podnosząc krzesło z naprzeciwka i omijając biurko, siadł jakby tak obok a jednocześnie naprzeciwko. Trochę mnie przerażała ta sytuacja. Przestraszona, spoglądałam we wszystkie strony, myśląc, jak tu wybrnąć.
- Don’t resist me… Nie opieraj się mi... - mruknął, oglądając mnie z góry na dół. - … we both know, that you want me, as much as I want you. And it’s impolite, lie to superior, isn’t it? ...oboje wiemy, że ty chcesz mnie tak jak ja ciebie. I to nieuprzejme kłamać przełożonemu, no nie? – dotknął mojego uda zaczął je głaskać. W podświadomości już układałam plan, jak rozwalić mu łeb o granitowy parapet za nim, ale rozum krzyczał, ze wtedy, to się pogrążę, tyle z tego będzie.
- … not good girl… ...niedobra dziewczynka...
Ale za chwilę przesadził, bo jego dłoń podążyła za daleko. Strzeliłam mu z liścia. Obrócił głowę, westchnął, zamruczał i obrócił się z powrotem…
- … mrrrr … - wstał, podążając ręką po moim tułowiu i piersiach. Zaciskałam zęby ze złości. - …you are rough chick… ...ostra laska z ciebie... - znów zaszeptał mi do ucha. - … I like it… … Lubię to... - ugryzł moje ucho i zakręcił fotelem. Mało że niedobrze mi się robiło na te jego zaloty, to jeszcze to kręcenie. W końcu zatrzymał fotel nogą, o moje nogi, szybko ją przełożył pomiędzy moje łydki i pociągnął za rękę do pionu.
- You will fill my orders? Or no? Będziesz wypełniać moje rozkazy? Czy nie?
- That, what you do now, is called mobbing. That what you want to do is called sexual molestation. To co robisz teraz, nazywa się mobbing. To co masz zamiar zrobić, nazywa się molestowanie seksualne.
- And you want to call police? I co, chcesz dzwonić na policję?
- Germandery. One button, and they’re here. Someone tried to rape me, a few years ago. Just try, and you’ve lost your position and work. Żandarmerię. Jeden przycisk i tu będą. Ktoś mnie już kiedyś próbował zgwałcić. Tylko spróbuj, a stracisz swoją pozycję i pracę.
- You are threaten me, or I misunderstood it? Grozisz mi, czy źle to odebrałem?
- Yes, you understood it good. Tak, dobrze to zrozumiałeś.
- Listen to me, little dolly. Słuchaj no, laluniu. - złapał mnie za tyłek I przyparł do biurka - I’ve connections everywhere. You will collaborate, I won’t tell anything your boss. And if you won’t collaborate, you will be fired. I think it was simple to understand. Mam znajomości wszędzie. Będziesz współpracować, nic nie powiem twojemu szefowi. Nie będziesz współpracować – wylatujesz. Myślę że to łatwe do zrozumienia.
Spojrzałam się na niego z obrzydzeniem. Stałam między dwoma ogniami – albo zaryzykuję wylot na bruk, albo to z nim zrobię… Lekko się skrzywiłam i czułam jak żółta piłeczka odbija mi się od głowy jak w Pomysłowym Dobromirze.
Tahaa! Już wiem. Zrobię to samo co Charlesowi, w Connecticut. Lecz nie do końca.
Spojrzałam z pokerową miną na Randalla i przejechałam po jego piersi aż do twarzy i pogładziłam go. Uśmiechnął się szeroko.
- I see that we get along. Widzę, że się rozumiemy.
- Zobaczysz jeszcze, jak cię załatwię skurwielu. – wycedziłam przez zęby ze sztucznym uśmiechem na twarzy, kontynuując poprzednią czynność. – I meant, let’s met there at night, it could be 4 a.m., huh? Miałam na myśli – spotkajmy się tutaj w nocy, może być 4 rano?
- With pleasure… Z przyjemnością... - dotknął mojej ręki, pocałował i przejechał językiem pomiędzy palcami. Co za gbur – pomyślałam. Za chwilę wyszedł, a ja spompowałam powietrze i klapnęłam, głęboko oddychając. Do gabinetu wszedł Wenom.
- Minąłem się z Randallem, coś się stało? – zapytał, lekko zaniepokojony.
Ja złożyłam twarz w ręce i podniosłam głowę. Oparłam się i zaczęłam ostro myśleć, jak to dalej pociągnąć. I żeby aktualnie się nie poryczeć.
Wenom wziął krzesło, które przestawił Randall i usiadł tam, gdzie powinien. Spojrzał na mnie chwilę i przekręcił głowę.
- Czy ta suka o nazwisku Randall coś ci zrobiła? – zapytał raz jeszcze.
Oparłam się na fotelu i zaczęłam nerwowo szukać papierosów. Gdy je znalazłam, trzęsącymi rękoma odpaliłam go i się w końcu uspokoiłam, odprężyłam się i dmuchnęłam dymem w górę.
- Randall … właśnie przed chwilą tu był i mnie mobbingował. – odparłam, spoglądając Wenomowi prosto w oczy.
- Groził że coś powie?
- Nie tylko. Szantażował. – westchnęłam, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Wenom popatrzył w miejsce gdzie patrzę, a potem przetarł się po twarzy.
- I? – spytał, dosyć niepewnie.
Wyciągnęłam popielniczkę.
- Chciał mnie molestować. – odparłam bezemocjonalnie, strzepując popiół.
- Seksualnie? – zapytał, tym razem z nutą przerażenia.
- Tiaa. Ale mu się w tej chwili nie udało. – mruknęłam.
- Jak go zniechęciłaś?
- Problem leży właśnie w tym, że aby uwolnić się z jego uścisku, musiałam coś obiecać. I mam już plan.
- Co ci kazał? Co on w ogóle chce?
- Żąda mojego ciała. Powiedziałam mu, że ma przyjść tutaj o 4 w nocy, jeśli tak bardzo chce. Zagroził mi wcześniej, że jeśli się nie zgodzę na to, to postara się, abym już nigdy nie pracowała w tej dziedzinie, wiesz o co chodzi, nie? I obiecał że nic nie zrobi, jeśli dobrowolnie się oddam.
- Skurwiel.
- To samo pomyślałam, a nawet powiedziałam. Mam nadzieję, że Hewlett przebada tę krew do 4, bo jak nie, to albo nie przyjdę, albo przełożę, albo zwieję, albo będę zmuszona to zrobić. Właśnie miałam do niego dzwonić, aby to trochę przyspieszył, bo jak nie… nawet nie chcę o tym myśleć. – spuściłam wzrok w dół.
- Nieźle się wkopałaś.
- No kurwa. Jak stary ziemniak w kartoflisko. Ten Randall, to obok Błaszczyka, największy barbarzyńca, jakiego znam. Tylko Błaszczyk traktuje wszystkich równo, i bez jakiegoś seksizmu, a Randall – odwrotnie. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale wolałabym być w anclu u Błaszczyka po raz kolejny niż dać dupy Randallowi.
- To dlaczego sama nie zgłosisz przestępstwa?
- Limit żyć u Błaszczyka się wyczerpał. Teraz, to nie byłyby wakacje w areszcie, tylko kara więzienia. Jeśli choć trochę się orientujesz, jaka jest różnica między tymi dwoma słowami, to wiesz o co chodzi. – powiedziałam, biorąc telefon do ręki.

Zadzwoniłam do Hewletta. Na początku się opierał, ale jak powiedziałam o co dokładnie chodzi, to obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy.

środa, 6 sierpnia 2014

Holy fucking shit, it's Dean Randall

Weszliśmy do składziku i wsuwką otworzyłam drzwi do kolejnego składziku, który należy do ekipy Hewletta. Po cichu, zakradliśmy się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie siedział jego skład i popijał herbatę. Popatrzyli się na nas, jak na jakichś debili, Aceton-Ceron-Cwelon aż parsknął śmiechem i chciał coś powiedzieć, ale położyłam mu palec na ustach i podeszłam do drzwi, które były uchylone. Prowadziły do gabinetu Węgierka. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam, lecz zdążyłam usłyszeć tylko dźwięk zamknięcia drzwi. W tej samej chwili wszedł Hewlett i jak mnie zobaczył, to zaczął się śmiać. Głównie dlatego że potężnie jebnął mnie w łeb drzwiami.
- I co, wypieprzy cię z roboty? – zapytał Kuba.
- Nie, on tylko po ten mundur przyszedł. Nic do mnie nie miał, ale za to ty Deszczu, masz z lekka mówiąc – przesrane.
- Co ten lichuj ci powiedział? – zapytałam.
- Pytał mnie gdzie masz gabinet, kogo uczysz, i gdzie jest twój rozkład zajęć. I pytał o twojego mężczyznę, bo nie bardzo chce mu się wierzyć, że masz. Myśli że go tym zbyłaś.
- Uff, no to nie jest źle, przecież chyba potwierdziłeś.
Hewlett zastygł w uśmiechu.
- Przecież ci obiecałem, że nikomu nie powiem.
- A, o kurwa. – jęknęłam. – To teraz faktycznie, jestem w czarnej dupie w Gwadelupie.
- Randall jest strasznie cięty na ciebie. A tak w ogóle, to po kiego kija tu przyszliście?
- My w sprawie Randalla. – powiedział Kuba.
- A co wy do niego macie? – parsknął.
- No bo, gdyby on mnie jakoś szantażował, to chcemy mieć kartę przetargową.
- No jaką, że ja mam ci ją dać?
- Zrób jej badania krwi. Może rufilina się nie rozłożyła tak szybko. Jeśli tam będzie, to my plus wyniki, mamy oskarżenie o próbę gwałtu.
- … no patrz, w sumie racja. To była próba gwałtu. No to Deszczu, zapraszam do gabinetu! – Hewlett z uśmiechem wskazał mi leżankę i zwrócił się do swoich. – Which of you want collect blood of this woman? Który z was chce pobrać krew od tej panny? – parsknął z uśmiechem. Wszyscy jego uczniowie z chęcią i uśmiechami wstali, a ja tylko poszłam w jeszcze większą brechę.
- You don’t know, what this is a mistake. Nawet nie wiecie jaki to błąd. – uśmiechnęłam się szyderczo.
- Okay, olders are staying, young meat comes with me. Dobra, starsi zostają, młode mięsko idzie ze mną. – rozkazał, ze śmiechem…
Usiadłam na leżance i podciągnęłam rękaw.
- Deszczu, masz dreszczyk troszkę? – zaśmiał się.
- No nie, z taką przystojną ekipą, to inny dreszczyk. – parsknęłam, mrugając okiem.
Hewlett z uśmiechem pokręcił głową i się roześmiał.
- Tylko delikatnie, Elvis. – powiedziałam poważnie.
- Okay, fellas, look at me, and learn it. Dobra ziomki, patrzcie się i uczcie. – zwrócił się do nich. – Renard, gimmie disinfectant, Nate prepare vaccine, Hugh, gimme this belt lying on table… Thanks. Okay, first what we do is wearing this belt above vein which we want prick, you see? Very strong oppression is needed. Next, we disinfect place there, on flexion. Next is just pricking. Who wants to do it? Renard daj mi płyn dezynfekujący, Nate przygotuj strzykawkę, Hugh - daj mi ten pasek leżący na stoliku... Dzięki. Dobra, pierwsze co, to zakładamy ten pasek powyżej żyły którą chcemy nakłuć, widzicie? Potrzebujemy mocnego zacisku. Następnie odkażamy tutaj, miejsce na zgięciu. Dalej jest tylko nakłuwanie. Kto chce to zrobić?
- Doug, ale ty to jesteś… - parsknęłam. – Uprzedzam, nie ręczę za siebie. – roześmiałam się.
Pojawił się las rąk, w pobrzmiewającym śmiechu moim, Douga i Kubiego, który siedział obok i przyglądał się, jak to się potoczy.
- Deszczu, wybierz sobie amanta. – odparł Hewlett.
- Okay… Nate, because he have pretty name, it means ‘given by God’ , well I hope that you have hands given by God. Is that Nathaniel or Nathan? Dobra, Nate, bo masz ładne imię, to znaczy "dany od Boda", no to mam nadzieję że masz ręce dane od Boga. Nataniel czy Nathan? – uśmiechnęłam się.
- Nathan, sir.
- Be careful. Bądź ostrożny. – parsknął Hew.
- Go on. No dawaj. – roześmiałam się. I tak zrobił. Hewlett powiedział że podchodzi z tą igłą pod niezbyt ostrym kątem i radziłby go zmniejszyć. Mnie to mnie zabolało, na tyle, że aż mi odskoczyła ręka, przez co żyła się wyślizgnęła. Musiał trochę tam pogrzebać, a ja się śmiałam, żeby nie płakać i patrzyłam na równie rozbawionych przyjaciół. W końcu znalazł jakąś pełną krwi żyłę i pobrał krew. Hewlett zdezynfekował mi nakłucie i przykleił plaster z watą.
- … finished. Skończone. No, Deszczu, chcesz naklejkę z napisem Dzielny Pacjent? – parsknął Doug, uśmiechając się.
- Dawaj, na czole ci przykleję. – parsknęłam. – Biorę dzidę i idę. Mam nadzieję że nie spotkam tej starej kurwy, Randalla. – odparłam, z powagą.
- Nie jest taki stary, Deszczu. – jęknął Hewlet. – Na raz, w sam raz. – roześmiał się.
- A w łeb byś nie chciał? – wycedziłam z uśmiechem, targając czuprynę Douga.
Wyszłam z gabinetu i z rękami w kieszeniach, przemierzałam suchego przestwór oceanu, czyli Aleję Gwiazd. Z radością i uśmiechem na twarzy weszłam do swojego gabinetu, który powinien być pusty o tej porze, chyba że ja tam jestem. Nucąc pod nosem – we will fuck you, weszłam za drzwi i jak baletnica, bardzo w typie Jima Carreya, z wymachem ręki zamknęłam drzwi i obróciłam się i stanęłam jak słup soli jak zobaczyłam Randalla siedzącego na MOIM FOTELU.

- Welcome back. – wyszeptał, przekręcając głowę na bok, wpatrując się we mnie i strzepując papierosa.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Dalej dalej... ekhem ... Gadżeta!

W przerwie obiadowej, odnalazłam Kubę i siedliśmy sobie razem przy stole, trochę jak stare dobre małżeństwo.
- Kuba, powiedz, co tam się tak naprawdę stało, bo miałam dziś spotkanie z Randallem i dowiedziałam się nieprzyjemnej prawdy ze wczoraj… Co tam się działo? - wyrecytowałam błyskawicznie, szybciej niż Scatman John.
- Nie chcesz wiedzieć. – odparł Kuba, popijając kolę.
- Chcę wiedzieć, bo nie chce mieć żadnych tajemnic przed…
- … przed Panem Tajemniczym, którego wszyscy czworo imię znamy.
Spaliłam buraka. Na patelni. Na kurewsko rozgrzanej patelni z sosem tabasco.
- Wiecie kto to?
- Wiemy. Sama grzecznie powiedziałaś. Ale nie bój się, tylko nam, a nam powiedzieć, to tak jakby nie powiedzieć nikomu.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - podejrzliwie spojrzałam mu w oczy, które akurat miał skierowane w żarcie, a nie w rozmówcę. - Dobra mów, co się tam działo?
Kuba spojrzał na mnie z przymrużeniem oka.
- To nie będzie ani przyjemna ani wygodna prawda.
- Czy ja kupuję wibrator domajtkowy że musi być jak w raju?! - ryknęłam na cały głos, aż ludzie ze stołówki popatrzyli się na mnie takim wzrokiem, jakbym serio potrzebowała tego wibratora. - czy chcę usłyszeć prawdę? - wycedziłam spłoszona ciszej.
- To było mniej więcej tak: ten gość od Durana, co się strasznie wkurzył, to wtedy przed nim obronił cię ten cały Randall, a z kolei no ten od Durana go nie tknął, bo był w mundurze i widział co to za ranga. Zaczął cię podrywać, Hewlett coś gadał, że wcześniej widział, jak on się na ciebie gapił, no i spędziliście na jakimś gadaniu z godzinę w Rezerwuarze, coś tam się przytulaliście i on cię po prostu no uwiódł, a wiesz sama jaka jesteś po koce...
- Jestem kurwą po koce, wiem, mów dalej. - wtrąciłam podsycona swoim zachowaniem.
- Nie pierdol. - jęknął przeciągliwie Jakub, jakby chciał mi uświadomić, że jednak nie.
- Nie gadaj. - burknęłam.
- Dobra. - przymknął się, i zabrał po raz drugi do zupy, a ja westchnęłam głęboko coś o tym, że powinnam zastanawiać się co mówię. Ten na to skinął głową, i wrócił do opowiadania:
- No i poszliście razem do łazienki, a Wenom powiedział, że on tego nie zdzierży, bo widział, że to nie ty go prowadziłaś, tylko on ciebie. I w ogóle jeszcze coś Wenom powiedział, że tamten coś ci dosypał do ambrozji. Kiedy odnaleźliśmy was w łazience, byłaś jeszcze lekko przytomna, ale kompletnie nie wiedziałaś, co się dzieje. Jakby trochę przyzwalałaś na to. Zabraliśmy cię od niego, nie tłucząc mu mordy, chociaż Wenom miał wyraźną ochotę, ale Hewlett go przytrzymał. Stąd ten siniak na nodze Hewletta, bo Wenom cisnął nim o umywalkę… Ale się udało, no i cie stamtąd wyciągnęliśmy.
- … Jakubie … - zaczęłam.
- Tylko nie ten tekst z Tabalugi, proszę. – roześmiał się.
- Nie. Ja bardzo ci dziękuję za to że mi to powiedziałeś i za to że tam byłeś. Że do niczego nie doszło, matko, jak ja się cieszę. – odetchnęłam z ulgą i poklepałam się po wątrobie.
- Nie ma za co, będę wdzięczny jak mnie obronisz przed gwałcicielami kiedyś tam, nie wiem kiedy. – roześmiał się.
- A co ze Stefanem? – zapytałam, trochę podenerwowana.
- Trochę był wkurzony, ale za całą burdę odpowiada ten ludzik od Durana. Był wyczytany na liście Schindlera, na apelu rano. Ponoć dostał od Franka ostro po dupie, bo wszyscy mają wiedzieć, że Czerwonych i Czarnych Beretów się nie zaczepia, co by kurde nie robili. A on jest od zmecholi. – odparł.
- Głupi baniol. – warknęłam.
- A co z tym mundurem Randalla? – zapytał Jakub.
- Randall wyśle tam jakiegoś swojego ordynansa osobiście. Ty nie uważasz że to jakiś playboy? – zapytałam z ciekawością.
-… szczerze? Randall taki jest, z tego co słyszałem od tych co z nim przyjechali. Bierze sobie w delegację jak najwięcej młodych dziewczyn. – odpowiedział rezolutnie.
- Coś jak Kaddafi.
- Dokładnie.
- Znalazł się Hugh Hefner, amator jeden. I?
- No i że one strasznie lecą na niego ze względu na pozycję, ech i chyba sama dobrze widzisz że nie jest pokrzywdzony przez naturę, jeśli chodzi o urodę, nie sądzisz? – zapytał z uśmiechem.
- No nie jest brzydki. Ale to takie dziwne, że te laski chętnie z nim jadą. – stwierdziłam.
- Jadą, bo liczą na awanse, a Amerykanki są trochę wiesz… co po niektóre to puszczalskie. – dodał.
- A skąd ty Kubuś wiesz? – roześmiałam się.
- Wenom ma w tych sprawach szeroką wiedzę i znajomości. Wiesz że uwielbia się chwalić takimi, powiedzmy, osiągnięciami. No i ten Randall miał wyraźnie na ciebie ochotę, uważaj żeby cię nie szantażował, bo na na ciebie haczyk. – pogroził mi palcem.
- Tehee, niby jaki? – roześmiałam się po raz kolejny, olewatorsko.

- O burdzie u Stefana mówią wszyscy, ale nikt oprócz tych co ją wszczęli, nie jest karany, bo był tam Randall. On zeznawał, i Gienia mu uwierzyła. Franek trochę był zdziwiony, że to nie ty, ale Randall cię krył. Myślę, że nie odpuści ci tak łatwo, jak ci się zdaje. – poważnie wyrecytował.
- Nie no, jak z nim rozmawiałam, to zdawało się, że rozumie o co chodzi i odpuścił. – odparłam.
- Słuchaj, Randall to kawał skurwiela. Nie licz na to, że tylko dlatego że mu odmówiłaś, to sobie da siana. Jeśli naprawdę głęboko mu wpadłaś w oko, to póki nie wyjedzie, nie da ci spokoju.
- Kurwa mac. No to co robić? – zdenerwowałam się. Mogą być problemy.
- Unikaj go.
- Niby jak? Przecież ja z nimi jestem jednym z głównych łączników z tą gimbazą. Wkopałam się w niezłe bagno, szambo po uszy, teraz będę mieć wyrzuty do samej siebie.
- Wiesz, jakby ci naprawdę groził, to ja mam pomysł na polisę ubezpieczeniową dla ciebie. – uśmiechnął się. - Zjedzmy i chodźmy do Hewletta, bo będzie nam potrzebny.
- Niby po co nam jeszcze ten pajac? – zapytałam, zamyślona…
- Zrobisz badania krwi, jeśli dał ci jakiś proch, to może jego resztki są we krwi. Poszukamy rufiliny i jak ci coś zacznie gadać, że jak się z nim nie prześpisz, to coś tam, to ty wtedy mu pokażesz to i masz nas dwóch świadków, a nawet trzech, że on próbował cię zgwałcić. Jedną próbę, już miałaś, i jest wiarygodne, że ktoś próbował znowu. – odparł inteligentnie, składając talerze.
- Kubuś… - jęknęłam z uśmiechem.
- Co?
- Jesteś genialny! – krzyknęłam, dając mu buziaka w policzek.
- No nie tak ostro, bo twój żigolo mnie zabije. – uśmiechnął się i wstał.
- Zapomnij. To tak z wdzięczności. Jak całujesz matkę w policzek, to ojciec chce ci zajebać? – roześmiałam się, również wstając.
- Nie, hehe. – uśmiechnął się. – Chodź, idziemy do Elvisa.
Zdaliśmy talerze i wleźliśmy bez pytania do gabinetu Douga. Ku naszemu zdumieniu, na krześle siedział Randall i rozmawiał z Hewlettem. I chyba nie przyszedł tylko po swoją zgubę. Dean jak mnie zobaczył, uśmiechnął się, ja natomiast przeprosiłam i całym swoim cielskiem wypchnęłam Kubę na korytarz, po czym zamknęłam drzwi.
- No, to teraz widzę, jakie na niego masz działanie. – parsknął Kuba, opierając się o ścianę.
- Weź, kurde. Ma wzrok jakiegoś psychopaty, coś jak Hannibal Lecter. – oparłam się o ścianę, przerażona.
- No, ale on cię raczej nie przerobi na kotlety. – odparł, śmiejąc się.
- Te, to nie Gordon Ramsay. On wolałby na dmuchaną lalkę. Albo trupa, o ile jest nekrofilem. A może on jest nekrofilem. – wypowiedziałam się w głupkowato-mędrkowym tonie Arniego z 13 Posterunku. – Chodź, wejdziemy od zaplecza.
- A skąd ty znasz takie tajne przejścia? – zapytał.
- Nie pytaj. - roześmiałam się, bo miałam na myśli głównie zabawy z sanitariuszami w chowanego, jak próbowali mi robić zastrzyki, czy coś. Takie kurwa Xanadu*.

*klub wrotkowy z musicalu pt. Xanadu

czwartek, 17 lipca 2014

Monday morning, na na, na-na-na-na na...

Obudziłam się na chacie, jak dobrze. Haj był naprawdę wysoko, bo niewiele pamiętam. Rozejrzałam się po pokoju, i zobaczyłam Hewletta na kanapie, gdzieś na podłodze Wenoma, i rękę Kubiego wystającą zza kanapy. Powoli się podniosłam i po kręciołku w głowie, padłam z powrotem na poduszkę. Pociągnęłam nosem i poczułam jakbym miała coś na ustach, więc przetarłam dłonią po nich i na ręce ujrzałam zaschniętą krew. Szybko wstałam i popędziłam do łazienki, gdzie zobaczyłam umorusaną w krwi twarz. Natychmiast obmyłam się i poczłapałam do salonu, gdzie leżała reszta ekipy. Usiadłam obok głowy Hewletta i popatrzyłam na śpiących ćpiących. Za chwilę obudził się Wenom i podniósł się z dywanu.
- Te, lala, dobry towar, nie? – wyśmiałam Wenoma, który chyba jeszcze nie do końca był przytomny. Odpaliłam papierosa.
- Kim ja jestem… ? – zapytał, drapiąc się po głowie.
- Jesteć kurna Jurand ze Spychowa, hemoglobina, mistyfikacja, taka kurde panie sytuacja. – zaśmiałam się.
- Ze Spychowa?
- Żartuję, Wenom. Sebastian Żmijewski się nazywasz, kończ waść, wstydu oszczędź.
- Ja pierdolee…
- Aż tak ci nie pasuje ta tożsamość?
- Nie, to był chyba trochę za mocny towar… Chyba nie pamiętasz co się działo.
- No tak, właśnie się zastanawiam, skąd krew na mojej twarzy. Poszła mi sama?
- I sama poszła farba i tez kogoś zmalowałaś.
- Kogo?
- Sam chciałbym wiedzieć co tam się działo. Chyba musimy się wybrać do Stefci, i popytać. O ile nie zrobiliśmy czegoś, że Stefan nas po prostu wygoni. Aż się boję, a to zejście jest okropne. Chyba zaraz się porzygam.
- Dobra, rzygaj sobie, ale nie na dywan. Zwalaj do łazienki w takich celach. Zobaczymy co powie Hewlett z Kubim jak się obudzą.
- I o ile żyją.
- Weź nie pierdol i nie pogarszaj sytuacji. Żyją, bo widać jak oddychają. A zejście, rzeczywiście, jak po takim haju to adekwatne.
- Ja pieprzę, ostatni raz kupowałem towar w ten sposób, u tego gościa. Nigdy więcej…
- Mam totalne Radio Gaga1 w głowie. Dawaj, budzimy ich, bo nie mam ochoty czekać. A co jeśli jesteśmy ścigani przez policję i teraz może wypadało by tak po prostu spierdalać?
- Też możliwe.
- Co pamiętasz?
- Pamiętam ze było mordobicie, żandarmeria i twoje auto, który… no właśnie, był lekko podniszczony…
- TSO KURWA?!
- … no coś było nie tak z nim, pamiętam że się strasznie złościłaś, że to tak jakbyś sobie kutasa na środku twarzy narysowała czubkiem noża. Ale co to było, to nie wiem, tylko ten twój wkurw…
- Coś jeszcze?
- Nie. A ty co pamiętasz?
- Pamiętam tylko to, przed tym jak wzięliśmy mąkę… I tyle. Potem kompletna czarna dziura… wiesz, czuję się trochę jak w Kac Vegas. Całe szczęście, że nikogo nie brakuje, ale ja nie mam kompletnie pojęcia, co się stało.
- Jeśli mówisz Kac Vegas, to mam nadzieję, że nie poszedłem do łazienki z jakąś męską prostytutką.
- Kurwa mać, chyba naprawdę przesadziliśmy. Budź Kubiego.
- Dlaczego ja?!
- Bo mam bliżej do Hewletta, a ledwo chodzę.
I tak tez zrobiliśmy. Wenom nie miał z obudzeniem Kubiego problemów, natomiast Hewlett vel Pan Słaba Głowa, nie miał wcale ochoty na wstawanie. Na początku zapodaliśmy mu plaskacze, potem zimną wodę, postawiliśmy go na nogi, lecz wtedy Wenom coś się zachwiał i mało co nie upadł na szklany stół. Ostatecznie chcieliśmy już go potraktować gorącą łyżką po jajach, ale Kubi po prostu kopnął go w przyrodzenie, co od razu postawiło nam kolegę na równe nogi.
- No i co Hewciu, może ty nam powiesz, co pamiętasz?
- … o kurwa… pamiętać? Chciałbym nie!
- Pamiętasz wszystko?
- Wszystko dopóki nie przylali mi w łeb.
Spojrzeliśmy wszyscy po sobie.
- Kto ci przylał w łeb?
- Była ogólnie jakaś burda u Stefana…
- Mów dalej…
- … zaczęło się od tego, że ktoś kto śpiewał na karaoke, na drużyny z nami, wylosował Duran Duran. Ty byłaś wniebowzięta, a gościo powiedział co to za wieś, że on tego nie zna i tak dalej. I wtedy powiedziałaś, że może nie śpiewać i tracić punkty i że masz w dupie, co sądzi o DD.
- No to co, że tak powiedziałam.
- Gościo się strasznie wkurzył chyba, że masz jego zdanie w dupie. Zaczął coś się na ciebie drzeć, baby do kuchni i tak dalej…
- …to już chyba wiem, skąd ta krew…
- … to nie jego krew. To twoja krew.
- Zlałam go?
- Stłukłaś go na kwaśne jabłko. Gościu spierdalał od Stefana, aż się kurzyło, szkoda tylko że wezwał żandarmerię, a w międzyczasie na sali znaleźli się zwolennicy i przeciwnicy Duran Duran. I zaczęła się jatka. Ta krew na twojej twarzy, to reakcja na kokainę, nie że ktoś cię ujebał. Bardzo sprytnie walczyliśmy, tylko zapomnieliśmy o żandarmerii i nie było czasu iść na Narnię. We czworo wyskoczyliśmy przez okno. I jak stałem na parapecie, ktoś mi przylał tacą w tył głowy.
- Twoje szczęście że zleciałeś na nas, bo byś sobie kark skręcił. – powiedział Kuba.
- To jak ty żeś skakał?! Na główkę? – ryknęłam. – Jakubie, skąd ty wiesz jak skoczył?
- Bo pamiętam i burdę i jak wracaliśmy.
- Jakubie… - złapałam go za kołnierz. – powiedz co jest kurwa z miłością mojego życia!
- Jego tam nie było… - mruknął Hewlett, trzymając się oboma dłońmi na skroniach, z grymasem na twarzy.
- Nie pytam o OSOBĘ, pytam o SAMOCHÓD!!!! – wrzasnęłam. – Co jest z moim samochodem?!
- … no… chyba musiałabyś sama to zobaczyć… - mruknął.
- Gadaj, bo nie zejdę teraz do garażu. Właśnie schodzę, ale w innym sensie. Gadaj!
- … no wybity reflektor…
- TO JESZCZE NIE JEST TRAGEDIA, ALE I TAK ZAJEBIĘ TEGO KTO TO ZROBIŁ!
- … wybita szyba…
- KTÓRA?!
- … ta od pasażera.
- Dobra, mam ubezpieczenia na szyby. Coś jeszcze?
- … no i jest oblany różową farbą…
- Kurwa ja pierdole mac… - jęknęłam, padając na podłogę. Zemdlałam z tego wszystkiego.
Otworzyłam oczy i właśnie siedzę na swoim fotelu z ręcznikiem z lodem na głowie.
- Rąbnęłaś głową o kant sofy. – powiedział Hewlett.
- Czy mój samochód naprawdę…? – pisknęłam z rozpaczą.
- Wenom poszedł zobaczyć jak to dokładnie wygląda, o ile tam dojdzie…
- Wie on w ogóle gdzie jest mój garaż?
- Nie zostawialiśmy go w garażu, został na parkingu podziemnym.
- Ja pieprzę, co za wstyd, poplamione żółto czarne camaro różową farbą… Hańba mi, tylko iść się powiesić.
- Spokojnie, zobaczymy co to w ogóle za farba…
W tej samej chwili wszedł Wenom.
- O. Żyjesz. Jeśli chodzi o farbę, nie ma co się martwić. To jakaś maź jak plakatówki. Schodzi z wodą. Gorzej jeśli chodzi o szyby.
- Ką…?
- No… szyba jest wbita do środka, masz masę szkła w środku. Drobny mak, ja nie wiem jak myśmy się nie pokaleczyli. Ale chyba bardziej zasmuci cię to… i Wenom wyjął 10 płyt z mojego samochodu zza kurtki. Popękane i pokruszone.
- Tso to jeeest?! – wypiszczałam.
- Co najlepsze, nie ma tutaj żadnej płyty w całości, a przeszukałem cały samochód. Każdej jest mniej więcej – pół w całości, mniej więcej.
- A ja wiem dlaczego. – powiedział Kubi. – Rzucaliśmy w napastników, a nie było za bardzo czym, bo Deszczu dbasz o porządek w samochodzie, to łamaliśmy płyty na pół i rzucaliśmy. Któreś z nas powiedziało że jak po pół zostawimy, to chociaż połowa piosenek zostanie.
- Niby kto to taki kretyn, hę? – warknęłam.
- Właściciela płyt, buziaczku. – uśmiechnął się Jakub.
- Nigdy więcej nie używamy mąki, bo przepraszam bardzo, kto najbardziej tu ucierpiał?!
- Na razie ty wygrywasz z nami. 11:0:0:0.
- Za samochód policz inaczej – za reflektor 2 punkty i za szybę 2 punkty.
- Nie.
- Ma być cztery za auto! – ryknęłam. – A właściwie, to po chuj się kłócę o punkty?! Mój samochód zhańbiony! Płyty połamane!
- No to mnie się też należą punkty. – odparł Hewlett.
- Niby za co. – jęknęłam.
Hewlett podciągnął nogawkę i pokazał zawalistego siniaka na pół uda.
- Hehe… wreszcie i was dosięgło zło. Tylko że co, nic nie straciłeś, nie?
- Oprócz munduru, który leży, o tam poszarpany, to chyba nic. – roześmiał się Kubi.
- Ja pieprzę. – złapał się za głowę Hewlett. – Mam nadzieję ze jest w miarę cały, w sensie że odznaczenia.
- I tak mało złomu masz na piersi, to się nie martw. Ale o ile dobrze pamiętam, byłeś ubrany po cywilnemu?
- No właśnie… hej, to nie mój mundur! To mundur… o ku.. ku… KURWA MAC?!
- Co to za gościu QQ Curvamachi? – zapytał Wenom.
Spojrzałam się z litością na Wenoma, jak i Kubi.
- On przeklął, po prostu. – podpowiedział Jakub. – Czyj to mundur? – zwrócił się z powrotem do Hewletta.
- Jeśli to jest prawda, co ja czytam, to mam ostro przesrane.
- Czyj to mundur?! – krzyknęłam.
Hewlett trochę roztrzęsiony spojrzał na nas i z zapartym tchem powiedział że to mundur jego przełożonego, jakiegoś Randalla.
- Hehe, to jesteś Hewciu, można by powiedzieć - w dupie! Punkt za siniaka i pięć za mundur! – roześmiał się Kuba.
- Ej a za samochód to powinno być z… miliard! – szturchnęłam. – Może pochwalcie się co wy macie, Polaczki! – zwróciłam się do wyżej wymienionych.
- Ja nie wiem jak wy… - mruknął Wenom. – ale mnie to chyba ktoś ograbił ze wszystkich prochów.
- Wielka szkoda, Wen! – zironizowałam.
- Ej bańki, tak w ogóle to dziś jest normalny dzień roboczy jak inny… czy mi się zdaje?
Wszyscy zakończyliśmy licytację i zaczęliśmy w jednej chwili szukać telefonów. Pierwszy znalazł Jakub.
- Jest czwartek, 5:30.
- Wiecie co. Chyba zapierdalamy tym różowym rzygiem do roboty.

1 Mieć Radio Gaga w Glowie – słyszec ekscentryczne myśli

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

niedziela, 6 lipca 2014

"Rape me, my friend..."

Było to w czasie między aniversarami numer dwa, czyli tymi ostatnimi a przyjazdem, powinnam napisać odwrotnie. Jak zwykle, nocny dyżur, około dwudziestej szajba na prysznicach, i potem spokój. Gazetka, fajeczka, spojrzenie, gazetka, fajeczka, spojrzenie. Ewentualnie tylko gazetka i fajeczka. Dokładnie podczas tego ‘ewentualnie’ naszło mnie na potrzebę wstąpienia do Świątyni Dumania, czyli toalety. Poszłam do zwykłego szaletu, tego dla każdej klasy pracowniczej, i wracając ciemnawym łącznikiem, ktoś mnie złapał od tyłu i zakrył usta. Po krótkim fajcie, próbowałam uciekać, ale świeżo umyta podłoga i szmata na podłodze, uniemożliwiły mi ucieczkę. Wyrżnęłam jak Mateja na buli i zostałam zaciągnięta we wnękę. Gościu, naprawdę jakiś zdesperowany, z dzikością zrywał ze mnie pas a ja, szamotałam się we wszystkie strony, nie mogąc się ruszyć, gdyż wcześniej zadbał o to, aby moje ręce były poza zasięgiem jego głowy, z której miałam ochotę wydrapać oczy. W pewnej chwili ktoś wszedł, i … skończyło się. Wy wiecie kto to był.
Aide.
Można by się nawet teraz zastanawiać, w kontekście że Aide to Ray, być może ten „raper” był najęty przez niego aby zyskał w moich oczach. Takie przypuszczenie, ale tego nie wiedziałam. Kiedyś się spytam.
Kontynuując, zapłakana  uklękłam w kącie wnęki, ukrywając twarz. To był rzadki widok, aby zobaczyć mnie jak płaczę. Pamiętam że Adieu podszedł i podniósł mnie, i przytulił, głaskał po głowie, ja za to wypłakałam mu i zawilgociłam mundur, a raczej piżamę. Gdyby tamtędy nie przechodził, prawdopodobnie ja już bym nie żyła. Sama bym się zabiła po takim zhańbieniu, jeśli nikt by za mnie tego nie zrobił. Skoro nie liczę się z życiem innych, to i ze swoim się nie liczę. Taka reguła.
Zamulona, siedziałam potem w zabiegowym, u Hewletta. Jaką minę miał wtedy, zapamiętam do końca mojego życia. Hewlett nigdy, ale to nigdy nie pokazuje swoich czułych stron, w sensie że nie płacze, nie wzrusza się… Zawsze jak to robi, to dla żartu, na pokaz, lub na podstawioną sytuację. I zawsze widać że to fałszywe, bo kiepski z niego aktor. Tym razem, widać było co czuje. Był taki jakby trochę zmartwiony, nuta współczucia i tak jakby ktoś mu zabił kicię, w wieku pięciu lat. Tak było w pierwszej chwili, bo potem widziałam, jak i on trochę współodczuwał to, co mnie spotkało. To jest właśnie rola przyjaciela.
Podobnie zresztą było z Wenomem, bo o Kubim nie ma co mówić. On zawsze pokazuje to, co czuje. Wenom natomiast był taki sam jak Hewlett, tyle że miał ochotę przyrżnąć temu, kto próbował to zrobić. Pamiętam to dokładnie, gdy siedzę jak debil, jak niepełnosprawna istota na leżance, z worami pod oczami od płaczu i potarganymi ubraniami… Oni dookoła, siedzą na innych krzesłach, nie podchodzą, bo nie wiedzą jak się zachować. Wiedzą kim są i co mają w spodniach. Nie chcą podchodzić, bo ja mogę odczuć zagrożenie, które zawsze bagatelizowałam i powinnam bagatelizować. Co gdybym myślała u siebie w pracy tak o każdym, kto przychodzi do mojego gabinetu? Broniła się przed jakimkolwiek kontaktem i zostawaniem sam na sam, a choćby z Frankiem? A wiadomo czy to nie stary zboczeniec? A Wenom? To już w ogóle. To jest zboczeniec. Tak właśnie… wtedy dookoła siedzieli oni, w pewnym momencie wleciała Baśka, i aż mi głupio było, że ktoś ją ściągnął tu po nocy. Kazała im wszystkim wyjść, a no i przyszła z … kobietą od spraw kobiecych. Wyobraźcie sobie moją dziką negację położenia się na samolocie, w celu sprawdzenia, czy nic mi rzeczywiście nie zrobił, jak mówiłam. Powiedziałam. Tylko raz powiedziałam co się stało i nigdy więcej nie zeznałam, bo nie chciałam  wracać, chciałam zapomnieć i mieć to daleko w głowie, zakryte czarną płachtą i najlepiej to to w ogóle spalić, wymazać, zapić, zaćpać, zapomnieć… Nie położyłam się tam. Za Chiny Ludowe i Sułtanat Brunei, nie rozkładam nóg nigdy w czyjejś obecności. Myślałam że ta stara to wybuchnie zaraz na mnie, ale dobrze wiedziała że jej nie wolno. Byłam nie wściekła. Byłam po prostu smutna i tak jakby poczułam się jak szmata. Że tak prosto dałam sobą obrócić i mogło się stać coś, co miałoby wpływ na moje dalsze życie. Gdyby nie Aide, naprawdę, popełniłabym samobójstwo. Zżarło by mnie to uczucie zeszmacenia i kolejnego dnia, nie byłoby mnie na tym świecie…
Baśka próbowała coś do mnie przemówić, dać do zrozumienia, że nikt nie chce źle, przecież to kobieta jak i ty – tu se pomyślałam, że ciekawe, bo to może jakaś Grodzka, czy inny pedał – i daj spokój, nie rób scen, nie zachowuj się jak dziecko, weź się w garść, każda kiedyś musi w końcu tam usiąść, prędzej czy później.
Spojrzałam na nią wtedy, jak na kogoś kto kompletnie nie ma pojęcia o czym mówi i do kogo. Spojrzałam na nią jak na plebejskiego współpracownika, jak na kogoś niskiej rangi, dlaczego ja ludzi oceniam po tym, jaki mają pagon lub jego brak?!
Uświadomiła mi za chwilę przyczyny, dlaczego mam to zrobić, na co pokazałam jej zapięty pasek w moich spodniach i pokazałam ręką, że tu nic nie było.
Potem przyszła jakaś kobita i przedstawiła się, że jest psychologiem, że tu pracuje i wie kim ja jestem. Ja natomiast nie miałam zielonego pojęcia, gdyż z psychiką nigdy nie miałam problemu. Inni je z nią mieli. Zaczęła ze mną rozmowę, a raczej monolog, który prowadził do nikąd, typu – wiele kobiet było w twojej sytuacji, radzą z tym sobie, zawsze na początku jest uczucie przygnębienia. We mnie zbierały się siły, nie mentalne, a fizyczne, bo chciałam jej pokazać, co to jest uczucie przyzębienia albo lepiej – przygębienia. Ale się powstrzymałam. Nie robi nic złego, swoją robotę. Niech się wygada, tym prędzej wyjdzie. Jak randka w ciemno, nie wiadomo kto następny. Na koniec kazania, gdy zapytała, czy mam jakieś pytania, odparłam – czy mogę iść do domu?  Spojrzała na mnie tak głupkowato, jakby myślała, czy zapytam ją za chwilę jak się wiąże pętlę samozaciskową. W pewnej chwili powiedziała, że omówi to z kilkoma osobami i zobaczy co da się zrobić. I wyszła.
Ja natomiast siedziałam dalej, machając nogami, trochę się niecierpliwiąc. Zaczęłam nawet z nudów czytać jakieś pierdoły na tablicach instruktorskich, gdy wszedł Hewlett. Niepewnie podszedł do mnie, spoglądając mi w oczy i na ręce, naprzemiennie. Jakby mnie się bał. Zapytał czy może usiąść obok mnie, ja odparłam, że po co się głupio pyta, jakby to co się stało, zamieniło mnie w jakiegoś potwora, który odgryza wszystkim głowy w promieniu dwóch metrów. Rozmowę zaczął jąkając się, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Ja wiedziałam o co chodzi. O to, że jestem jaka jestem i nie puszczą mnie na chatę, bo zrobię sobie krzywdę, tere fere kuku. Może i bym strzeliła sobie działkę, albo dwie… Jakąś wódę, i tak dalej, ale nic więcej. Mimo wszystko Hewlett mówił że albo zostanę wywieziona do szpitala publicznego, albo pójdę do domu, lecz nie sama. I że mam wybrać tę zaufaną osobę…

sobota, 5 lipca 2014

I feel so unsure, as I take your hand and lead you to the dance floor.

Kiedy zniknęli mi z pola widzenia, zdałam sobie sprawę, że nie wiem co mam robic. Iść od razu na lotnisko, ni be ni me, ni dzień dobry, ni spierdalaj… głupio tak. Wyszłam na ulicę i odetchnęłam świeżym powietrzem, odwróciłam się do szyb komisariatu i popatrzyłam na swoje odbicie. „Jak żulietta[1], jak żulietta…” – mruknęłam. I zero kapusty przy sobie, żeby się doprowadzić do porządku. Zero pomysłu, co robić, ani jak… Westchnęłam, i w tym samym momencie zagadał do mnie jakiś policjant, chyba jeden z tych co mnie zabierali spod pomnika Kopernika. Powiedział że tych dwóch pozostałych czeka w parku pod Hiltonem. Natychmiast ruszyłam w stronę Hiltona, a właściwie wybrzeża, bo za cholerę nie znam Chicago.
Idąc wybrzeżem, pomyślałam, kurde, na grzyb tam idę. Przecież sprawa jest skończona. Nagle podbiegł ktoś do mnie z tyłu, chciałam się obrócić i przylać, ale…
- Walk calmly, if not, I’ll put this knife between your ribs. Idź spokojnie, jak nie, to wsadzę ci ten nóż między żebra. – syknął. Przestraszyłam się, jakby mi ktoś groził. Bo w sumie grozi i to realna groźba. Uzmysłowiłam sobie że ten policjant to mógł być podstawnik, i pewnie tak było, kurna. W tej chwili zobaczyłam Ray’a idącego w moją stronę, też z jakimś gościem na karku. Po prostu super. Stanęli i zaczekali na mnie i moją karkówkę. Chwilę potem wpakowali nas do jakiegoś starego budynku, z wielkimi szybami, w jakiejś starej dzielnicy. Założyli worki na głowę i gdzieś zaprowadzili.
Siedziałam kilka godzin przywiązana do krzesła, nieruchomo i nie odzywałam się ani słowem. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk przecierania czegoś. Obejrzałam się w każdą stronę, nasłuchując, skąd dźwięk pochodzi. Nagle wszystko ucichło i ktoś postawił krok, coś rzucił lekkiego na podłogę i podszedł do mnie. Nawet nie wiem z której strony i nie chcę nic mówić. Ten ktoś zabrał się za mój sznurek u rąk i zdjął worek. Złapałam tę osobę za dłoń, gdy uwolniła moje ręce, przywiązane do przednich nóg krzesła. Dotknęłam ramienia, szyi, twarzy i ust. I tu się zatrzymałam.
- What are you waiting for, Ray? Na co czekasz, Ray? – wyszeptałam.
-… recognized me by my lips. I didn’t know that. Rozpoznała mnie po ustach. No tego to bym się nie spodziewał. – szepnął mi do ucha, zdejmując worek.
Wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oboje myśleliśmy, jak się stąd wydostać, ja stwierdziłam że standardowo, przez okno, na co Ray skwitował mnie głupkowatym wzrokiem, mówiąc że okno to nie jedyne wyjście w budynkach. No ale jeśli nie ma klucza? Trzeba szukać czegoś podobnego. Po za tym łaskawie poinformowałam, że muszę się stąd wydostać jak najszybciej i opuścić ten niewdzięczny kraj, bo mnie wyeksmitują na zawsze i jeszcze ukarzą.
Po kilku godzinach uznałam, że nie ma co się srać z tym kluczem, bo mimo rozbrojenia zamka, drzwi ani drgnęły. Są zablokowane z zewnątrz.
Ray nadal męczył się z drzwiami, ja natomiast zaczęłam przygotowania do ewakuacji przez okno. Akurat było dosyć nisko, bo tylko drugie piętro, co to dla mnie. Pozwiązywałam sznury, które wcześniej pozbawiały mnie wolności i utworzyłam linę o długości co najmniej trzech metrów. Otworzyłam okno, spojrzałam w dół, przywiązałam linę do słupa na środku pokoju i odciągnęłam zamkowicza do okna.
- It’s not high like you see from there. Nie jest tak wysoko jak się stąd patrzy. – wskazałam ręką. – Don’t be jessie. Nie bądź baba.
- I’m not. Nie jestem.
- Sure, I know, you don’t must prove it now, you can anytime you want, but take this rope and go. Jasne, wiem, nie musisz mi tego teraz udowaniać, możesz kiedykolwiek kiedy chcesz, ale bierz tę linę i idź.
- And what about you? A co z tobą?
- I’ll be second. Pójdę druga.
Ray zszedł po linie  wolno i ostrożnie. Zeskoczył na dół i spojrzał na mnie. Ja tylko wzięłam worki, każdy na rękę i zjeżdżając jak tarzan, w kilka sekund znalazłam się na ziemi.
- Commando are doing it this way. A tak to robią komandosi. – uśmiechnęłam się.
Ray tylko się roześmiał i kazał iść za sobą. Za chwilę wyszliśmy na główną drogę i złapaliśmy taksówkę. Wsiedliśmy oboje na raz i na raz powiedzieliśmy też cel. Ja – lotnisko O’Hary, Ray, jakiś konkretny adres. Spojrzał na mnie, ja na niego a taksówkarz zgłupiał. Zapytałam jaki mamy dziś dzień. Okazało się że ten sam co poprzednio, czyli mam co najmniej 12 godzin na wyjazd, więc potwierdziłam ten jakiś tam adres, którego ja nie powiedziałam.
Ów adres okazał się apartamentowcem CIA, takim jak i ten, w którym mieszkałam w San Francisco. Weszliśmy do mieszkania, strasznie niewielkiego i nie tak nowomiejskiego, jak ten, o którym wspomniałam wcześniej. Było to w miarę skromne mieszkanko, przy czym na tyle nowoczesne, że wszystko, za wyjątkiem łazienki, mieściło się w jednym, wielkim pokoju, poprzedzielanym tylko takimi mini ściankami. Zapalił światło, bo była już całkiem późna godzina, a to nie jakaś ciemna Afryka, że prądu nie ma. Położył kurtkę na komodzie i popatrzył na mnie. Odwróciłam się z uśmiechem i oglądałam dalej mieszkanie, stojąc w miejscu. Ray stanął za mną i odgarnął włosy z mojej szyi. Poczułam się trochę skrępowana, i się podenerwowałam.
- You’re wabbling. I’m scaring you? Trzęsiesz się. Przerażam cię? – zapytał, szepcząc mi do ucha.
- No, but… you are doing this in that way, like you want go to the bed. Nie, ale robisz to w taki sposób, jakbyś chciał do łóżka.
- I’m sorry, I’m trying to care of you. Przepraszam, staram się zadbać o ciebie. – dotknął mojego ramienia. - Wanna go TO bed? Chcesz iść spać?
- I’ve just said… Właśnie powiedziałam że…
- So, who’s thinking about it everytime? Więc, kto o tym myśli cały czas? – odparł ze śmiechem. – I meant, that you want get into bed. Miałem na myśli, że chcesz iść spać SPAĆ.
- Ough… umm, yes, yes… I’m very tired… A, mmm, tak, tak… jestem bardzo zmęczona. - zarumieniłam się. – You have any needless t-shirts, or something? I don’t have any, and I don’t wanna sleep naked. Nie masz jakichś niepotrzebnych koszulek, czy coś? Nie mam nic ze sobą, a nie chcę spać nago.
Ray roześmiał się i stwierdził że w ostatniej wersji mi najładniej, ale zrobi jak uważam. Przyniósł mi jakąś koszulkę której się utopiłam, strasznie długą, bo na szerokość to w miarę normalna. No ale musi pomieścić te pół dwumetrowej sylwetki. Pokazał mi sypialnię, zgasił światło gdy się położyłam i wyszedł…
Boję się tych idiotów z federałki.
Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. W perspektywie miałam cały pokój, z tymi durnymi ściankami, dzięki którym miałam jakąś manię prześladowczą, że ktoś za nimi stoi. Jedyne co mnie uspokajało, to noga Raya na kanapie, więc mam pewność, że nic się nie dzieje, bo by się obudził.
Chyba że odcięli mu nogę i zostawili.
Wkurzona wstałam  i usiadłam na łóżku. Czasami to pomaga, ale chyba nie tym razem, nie uda się. Weszłam do głównego pokoju i popatrzyłam na śpiącego, opierając się o róg ścianki. Poszłam dalej, do łazienki i obmyłam sobie twarz wodą. Spojrzałam na siebie, zgasiłam światło i wróciłam do pokoju, gdzie Ray siedział na kanapie. Spytałam czy go obudziłam, on odpowiedział pytaniem czy nie mogę zasnąć. Usiadłam obok i się do niego przytuliłam, ten natomiast osunął się na kanapie i w ten sposób, niejako leżąc na nim, w pełnym bezpieczeństwie – zasnęłam.
Przebudziłam się już w sypialni, gdzie leżałam pod ciepłą kołdrą a obok, jak stróż który zawiódł – tak jakby zasnął, pilnując. Szkoda mi się go zrobiło, przykryłam go kołdrą i położyłam głowę na ramieniu, po raz kolejny zasypiając.
Następny raz już obudził mnie budzik, Ray obudził się nieco zdziwiony i dobitnie stwierdził, że ktoś „poprzedni” nie wyłączył budzika. Ja natomiast przeciągnęłam się, chcąc wstać, ale zawładnęła mną siła ‘jeszcze-pięć-minut’, padłam więc na materac z powrotem. Ray usiadł i oparł głowę na ręce, przecierając dłonią swoją brodę. Ziewnął i stwierdził że zarósł jak las w rezerwacie. A ja dalej leżałam na brzuchu, z rozkopaną kołdrą i w poprzek. Nie chce mi się wstać, nie chce mi się wyjeżdżać, nie chcę znowu być sama na chacie, wracać do pustego mieszkania, no bo psa już nie mam, robić sobie jakieś ohydne żarcie i udawać że jest smaczne - bo zdrowe, sprzątać w pokoju, mimo tego że jest porządek, grac na playstation w samych gaciach i koszulce od piżamy, popijając piwo, oglądać mecze, nawet trzecioligowce, które mnie kompletnie nie interesują, albo co gorsza oglądać jakieś kuriozalne sporty, o których pierwsze słyszę, na przykład kurczę wrestling, no co, może jeszcze walki w kiślu? Co dzień chodzić to wystrzałowej pracy i spotykać tam człowieka, który coś znaczy, ale nie możesz tego okazać i wzajemnie odwrotnie. Nie chce mi się. No jak jasna cholera, no.
Obróciłam się na plecy.
- Ray…? – rzuciłam w eter.
- I’m shaving, I can’t speak. Golę się, nie mogę rozmawiać. – odpowiedział.
Wstałam i poczłapałam do łazienki. Nigdy aż tak mnie nie zafascynowało oglądanie golącego się faceta. Oparłam się o ramę drzwi. Nagle gdzieś w połowie przestał.
- Don’t look at me, you’re distracting me. Nie patrz na mnie, rozpraszasz mnie. – roześmiał się. – I’ll cut myself, you will see. Potnę się, zobaczysz.
Podeszłam do moich ubrań, które zostały wyprane wczoraj, zanim położyłam się spać. Perfekcyjny Deszczu Domu, jaha, tylko założyć.
Zjedliśmy razem śniadanie, przygotowane przez Ray’a, który uważał że musi się pochwalić swoimi umiejętnościami z kuchni kubańskiej, które są całkiem niezłe, a może i nawet lepsze ode mnie. I tak nic nie przebije polskiej kuchni. Burak, ziemniaki i schabowy forever. Za chwilę wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na lotnisko.
Kiedy już stałam na odprawie, nie mogłam oderwać wzroku od Raya. To jego spojrzenie się nie zmieniło, mimo tej niezbyt wygodnej prawdy, której się dowiedziałam podczas tego wyjazdu. Dlaczego niewygodnej? Bo nie wiadomo czego się spodziewać, jaką osobowość ma osoba, która wcześniej udawała kogo innego, ukrywając swoje prawdziwe ja. Wiem, zaraz będą hejty, że to taka romantyczno - gejowska ta sylwetka numer jeden, jasne, sooo gaaay, ale to było wygodniejsze niż to, kiedy pokazał właściwie swoją naturę. Właśnie dlatego na początku trudno mi było uwierzyć w romantyczną duszę, znając takich jak Wenom i Hewlett, oprócz Kubiego, ale on jest taki chyba po prostu nieśmiały i nie mówi wszystkiego co by chciał. Widzę to po nim, kiedy coś przeholuje z alkoholem, staje się taki jak oni… Każdy po alkoholu i innych używkach odkrywa swoje prawdziwe wnętrze, jak i ja, ile razy mówiłam coś, czego nie chciałam, chociażby przykład: dlaczego powiedziałam Hewlettowi, że chciałabym się przespać z Aide, a dlatego że po mące byłam. Sad but true. Tak samo, Baśka, ja nigdy nie wspominałam o tym, jak wygrałam skrzynkę wódki od Baśki. Jak?
Zakład z nastoletnich lat, kiedy jest się ciekawym dosłownie wszystkiego. Któregoś lata założyłyśmy się, która dłużej pozostanie cnotką-niewydymką. Wygrałam, ale szczerze mówiąc, nie wiele by brakowało, a alkohol powędrowałby do niej. Jej to się zdarzyło na aniversarach i ja byłam głosowym świadkiem, tego że owa wódka mi się należy. Podzieliło nas zaledwie trzy miesiące… Z początku nie wiedziałam czy to ona, ale dowiedziałam się od naszych przekupek, to znaczy się od koków.
Tak to było.
Wracając do lotniska O’Hary, zaraz wyruszam na odprawę. Dziko, tak się czuję. Ray ma minę typu ‘distinguish’, nie bardzo mu pasuje to że jadę, a mi się nie widzi ekstradycja. Tyle razy tłumaczyłam że nie mogę rzucić roboty. Jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie, jeżeli ja mam jakiekolwiek znaczenie dla niego, to on musi coś zrobić. Ja nie zrobię wbrew swojej naturze, a może chyba charakterkowi, bo jeśli patrząc na naturę, to już dawno powinniśmy być zaobrączkowani i spodziewać się drugiego potomka…
Pierdolenie, ot co.
Pytał mnie czy mi pasuje to, jaki jest. Czy to nie jest jakaś przeszkoda. Ja czuję, że Butch ma rację – robi tak, i tak jest nauczony, bo nikt go nie kochał, nikt nie dbał. I vice versa, ja pochodzę z zarąbistego domku, rodzice już wmawiali mi jak byłam mała kim mam być, a ja okazałam się być chodzącym osiołkiem – może i głupim, łażącym bez celu, ale upartym i dążącym do swego. Który w dupie ma to, że ma być szanowaną panią prawnik, która zaraz po ukończeniu tego no, co oni tam kończą, hajta się z bogatym i przystojnym biznesmenem i zaraz … ten teges śmeges. Wiadomo, nie… osioł.
Ale jaki ładny.
W sumie, nie wiem jak traktować Ray’a. Z jednej strony, zanim dowiedziałam się, że jest to taka chemia jak w 50 twarzach Greya, których na szczęście nie czytałam, to było fajnie, z kolei jak w komedii reumatycznej - taka radość, kiedy delta jest dodatnia. Z drugiej strony, facet nie może być taką no… cipą. Musi mieć trochę takiej władzy, siły, zdecydowania. To jest trochę jak z niesforną małpką, do której sama się przyrównam. Małpka mieszka w zoo, i ma opiekuna, czyli Raya. To niesforna, głupia małpka ćpunka, i do tego opryskliwa. Opiekun ma dwie opcje złagodzenia zachowania małpki. Albo będzie ją przekupywał słodyczami i jakimiś frykasami, i głaskał i tulił i takie tam rzyganie tęczą i włażenie w dupę wazeliną, albo wparuje na klatkę i pokaże kto tu rządzi. All in all, żadna z opcji nie jest dobra – z jednej strony, małpka będzie zawsze łasa na smakołyki i wyjdzie jej to na złe, mało tego. Będzie traktować opiekuna jak robota do jedzenia. A w sytuacji numer dwa, pokaże małpce kto rządzi, okej, tylko że małpka może zacząć się momentami bać. Albo opiekun przesadzi. Jestem na przełomie tych dwóch sytuacji. Skuszona zakazanym owocem, łaszę się do Ray’a jak ostatnia kurwa na długach i pustym żołądkiem. To sprawia przyjemność, organizm chce to, co przyjemne. Pytanie, kiedy ten nieziemski popęd się skończy. Nie wypada, nie wypada, nie wypada. Jak z królikami. Pytanie jest inne – kiedy będzie tak, że przez taką dziką nimfomanię, zacznę zamykać drzwi na siedem spustów, aby nie zostać zgwałcona. Tego się boję, bo… bo kiedyś już ktoś próbował…



[1] Kobieca wersja „żula” – czyli stereotypowego pijaczyny na zasiłku.

piątek, 4 lipca 2014

Casting na gwiazdę więzienia, czyli PRZESŁUCHANIE.

Siedząc na korytarzu, oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że mam przy sobie kokainę. Kurde, jestem na psiarni, jak mnie przetrzepią, to na mur beton wsadzą mnie do paki. Ja pieprzę, trzeba to gdzieś wywalić. Obejrzałam się na policjanta, który mnie pilnował. Popatrzył się na mnie równie dziwnie, a ja z poplątaniem i dozą nieufności, zapytałam gdzie tu jest łazienka. Podkurczyły mu się powieki i wskazał drzwi na końcu korytarza. Wstałam i ze sztucznym uśmiechem na twarzy ulotniłam się do Świątyni Dumania.
Na szczęście pustej. Wychodząca, ważna pani sprzedała mi taki look, jakbym była facetem i weszła nie do tej łazienki. Spojrzałam się na siebie w lustrze, oparłam na umywalce. Obejrzałam się, czy nikogo nie ma i wyciągnęłam z kurtki mąkę, wchodząc do szaletu. Usiadłam i otworzyłam maleńki blister, wstając, obróciłam się i rozsypałam na kawałku papieru toaletowego proszek i właśnie chciałam zsypać go dokładnie do muszli, lecz w  tym samym momencie ktoś wszedł do łazienki i mnie tak śmiertelnie przestraszył, że ów kawałek papieru wypadł mi z ręki, wprost na podłogę. Wkurzyłam się niesamowicie i zasłoniłam twarz ręką, co by nie przeklnąć. Spojrzałam w górę – dlaczego mi to robisz? – i wzięłam głęboki oddech, który spowodował u mnie napad kaszlu. Pieprzę po raz kolejny – ręka jest a właściwie była umazana w mące. Niechcący wciągłam trochę, może nic się nie stanie.
Nachyliłam się nad rozsypanym kopcem kreta. Ni to wodą ściągnąć (a co, wodę z kibla mam brać?), ni zetrzeć. Wciągać nie mam zamiaru. Nie ma tego dużo – pomyślałam, i rozdmuchałam do sąsiednich ubikacji. Co mogła sobie pomyśleć osoba która weszła – nie chcę wiedzieć. W końcu, zadowolona z siebie, otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się jakiś fella[1] z tamtym policjantem. Miny mieli nietęgie, a ów ziomek kilkakrotnie strzepywał coś z marynarki, mrugając do mnie okiem. Nie mam pojęcia co to znaczy. Słońce w mojej głowie oświetliło mój umysł i zdałam sobie sprawę, że mam kokainę na rękawie. Z miejsca zlał mnie zimny pot i poczułam grubą nutę zażenowania. Strzepałam rękaw i poproszono mnie o wyjście z łazienki. Facet bąknął coś, że mam szczęście, że to akurat on miał mnie odszukać na komisariacie, a nie jakiś tam Dilling, bo bym miała DEA na karku. Weszliśmy do sali przesłuchań, w której siedziała jakaś rudowłosa i piegowata, na moje oko 30-letnia baba. Wymalowana jak na Galę Rozdania Oskarów, a nie do pracy. U nas opieprz miałaby nawet zanim by weszła do jednostki za takiego Picasso na ryju. Skuła mnie z tyłu i usiadła naprzeciw z tym wcześniejszym. Wyraz twarzy jak u Stevena Seagala. Aż się boję, że się zacznę śmiać, jak będzie miała jakiś gruby głos.
- Ms. Deszcz… Pani Deszcz… - zaczął gościu.
- Miss. Panno. – mruknęła cienkim głosikiem. Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam, zachowując zburczały wyraz twarzy. Mało co mi łzy nie poleciały, bo tak mi się śmiać chciało.
- I ain’t right? Nie mam racji? – zapytała poirytowana. Dobrze że nie wie że śmieję się z niej.
- … you’re very right. Oj masz rację, masz… – wybełkotałam, zachowując powagę, ze średnim powodzeniem.
- I’m sorry, something is distracting you? Przepraszam, ale czy coś cię rozprasza? – zapytała, z takim akcentem, jak nauczycielka w szkole ‘A czy ty jesteś jego adwokatem?’.
- No. Nie. – zaprzeczyłam po węgiersku, kiwając głową w przód. – … I meant – yes! Znaczy, tak! – krzyknęłam.
- What? Co? – zapytała tak prostacko, że banan zagościł na mojej twarzy na dobre. Chciałabym powiedzieć że mają to dobry falsyfikat „Płaczącej Kobiety”, ale wypaliłam po prostu:
- Handcuffies. Kajdaneczki. – odpowiedziałam, szczerząc się. Podniosłam rączki w górę, pokazując, jakby nie kojarzyła, o co chodzi.
- It’s normal procedure, don’t feel like criminalist, naive blondie. To zwykła procedura, nie czuj się jak kryminalistka, naiwna blondyneczko. – mruknęła, spoglądając w karty. Banan chyba się zmiksował na kuźwa milkszejka, bo czuję już że piana mi idzie do pyska. Pyskuje mi tu, ruda maupa. Piegowata wywłoka. Z milczeniem zaczęłam normalną procedurę zdejmowania kajdanek, za swoim krzesłem. Przyjęłam tę obelgę na klatę, jak prawdziwy mężczyzna, którym nie jestem.
- … so, Miss Deszcz, you’re polish commando, degree …więc, panno Deszcz, jest pani polskim komandosem, o stopniu… – i tu się zatrzymała na chwilę, spojrzała na mnie - … major… …majora…
- Wannabe major, don’t ya’? Chciałoby się być majorem, co nie? – odparłam, sztucznie się uśmiechając. Popatrzyła się dezaprobująco na mnie i spojrzała w kartę.
-- … major, honored major, two Medals of Honor, three purple hearts… major, zasłużony major, dwa medale honoru, trzy purpurowe serca.
- Yada-yada-yada… I know, could you get down to the nitty-gritty? Bla-bla-bla… Wiem, a możesz przejść do rzeczy? – odparłam.
- Yes… Tak… - zamknęła kartę, wyraźną nutą olewatorstwa. Oparła się na krześle i dumnie spoglądała na mnie, jak jakiś król na biednego poddanego, który prosi o… nie wiem, pół kilo ziemniaków. Po prostu patrzyła tak lekceważąco na mnie. Tak denerwująco na mnie.
- What you can say about Roger Taylor? Co możesz powiedzieć o Rogerze Taylorze? – zapytała.
- Roger Taylor is drummer of Queen band, and other Roger Taylor is drummer of Duran Duran, quite handsome, by the way. Roger Taylor to perkusista Queenu, a inny Roger Taylor to perkusista Duran Duran, nawet niezły, tak przy okazji. – odparłam, z papierosem z gębie i szukając zapalniczki po kieszeniach.
- … I didn’t mean any singers of some bands, I meant… hey, where are handcuffs? Nie miałam na myśli jakichś piosenkarzy z jakichś zespołów, chciałam… hej, gdzie są kajdanki? – krzyknęła.
Zapaliłam kiepa i położyłam je na stole.
- Not to say I’m thief. Not singers, and not SOME bands, I said Queen and Duran Duran. Żeby nie było że jestem złodziejem. Nie piosenkarze, i nie JAKIEŚ zespoły, powiedziałam – Queen i Duran Duran. – wycedziłam i odetchnęłam. Spojrzałam w górę – jak można nie znać Queen i Duran Duran? – mruknęłam.
- I don’t wanna be rude, but smoking is forbidden there. Nie chcę być niegrzczna, ale palenie jest tutaj zabronione.
- You ARE, since I got here. JESTEŚ, od kiedy tutaj trafiłam. – parsknęłam, spoglądając na ścianę.
Agent spojrzał się na mnie i na tę rudą.
- What you know about Roger Taylor, not silly drummers? Co wiesz o Rogerze Taylorze, nie o jakichś nędznych perkusistach?
- Ye are silly. Wy jesteście nędzni.
- Nevermind. I… Nieważne. Ja…
- Not never mind! It’s fucking big difference like between bass guitar, and guitar guitar! It’s like you would say that shit is chocolate, because it looks similar, without insulting any guitar with this ‘shit’ word. Nie, nieważne! To jest zajebiście wielka różnica, jak pomiędzy basówką i elektrykiem! To jakbyś powiedział że gówno to czekolada, bo wygląda podobnie, oczywiście nie obrażając żadnej gitary słowem „gówno”. – odparłam. – Tell me, who the fuck is Taylor, okay, I’ll said what I know! Taylor may be my surname, or your name, fella, and her… No. Her name must be Seagal, because of that face. Powiedz, kim do kurwy nędzy jest Roger Taylor, okej, powiem wszystko co wiem! Roger Taylor to może być moje nazwisko, Twoje kolego, albo jej! Ale nie. Jej nazwisko to na pewno Seagal, przez ten ryj.
- Hey! Hej! – krzyknęła zdenerwowana.
- So, tell me, which fucking Roger Taylor have any meaning for my case, because, without these musicians, I don’t fucking know, any other Roger Taylor! No to powiedzcie mi który do kurwy nędzy Roger Taylor ma jakiekolwiek znaczenie w mojej sprawie, bo tak się składa, że wykluczając tych muzyków, nie znam kurwa żadnego innego Rogera Taylora! – nerwowo wyrecytowałam.
- You have look of… of… eyy… umm… Wyglądasz jak… jak… eee… - zaczęła jąkać się Ruda.
- If you imagine someday your riposte, tell me, or better – send me by mail, I will be in foreign country. Jeśli kiedyś wymyślisz swoją ripostę, powiedz mi, albo lepiej – wyślij pocztą, bo będę zagranicą.
- Bullshit, shut up! Gówno tam, zamknij się! – zdenerwowała się.
- Ladies… Drogie panie… - mruknął agent. Ruda zaczęła lać epitetami typu kuźwa, kutwa, szmata, debilka et cetera et cetera.
- He’s right. Stop it, because your flow of “strong” language, I can trade up this by one word. Cunt. On ma rację. Skończ, bo potok twojego „ostrego” słownictwa mogę zastąpić innym słowkkiem. Pizda. – roześmiałam się. Och, jak fajnie czasami komuś dociąć. Z bardzo rozbawioną miną patrzyłam na miotającą się agentkę, która zaczyna wymyślać jakieś dziwaczne określenia, widocznie nie znając żadnych mocnych przekleństw.
- Ladies! Kobiety! – krzyknął agent, wyraźnie zdenerwowany. – You, check yourself and continue. Ty, ogarnij się i kontynuuj. – zwrócił się do rudej maupy. – You, dry up, and listen. You’re famous because of your phrasing, and you mustn’t prove it. Ty, ochłoń i słuchaj. Jesteś słynna ze swojego wyrażania się, i nie musisz nam tego udowadniać. – popatrzył na mnie, potem znów na maupę. – Kelly, could you start again? Kelly, możesz zacząć jeszcze raz? – zapytał. Spojrzała na mnie z jakimś obrzydzeniem, na co ja jej odpowiedziałam głupkowatą miną, co się gapisz. Usiedli oboje i znowu wzięła te karty do ręki.
- You really don’t know, who’s Roger Taylor? Naprawdę nie wiesz kim jest Roger Taylor?
- I have no fucking idea. Nie mam zielonego kurwa pojęcia. – mruknęłam, z założonymi rękami, zaznaczając słownie, że odpowiadam na to pytanie, po raz kolejny.
- Roger Taylor was murdered voter from… Roger Taylor był zamordowanym elektorem…
- Killed in Hilton Hotel, the same where I was held-down? Zabitym w Hiltonie, tym samym gdzie mnie przymknęli?
- So, you know who was Roger Taylor. Więc, wiesz kim był Roger Taylor.
- I didn’t know his name, that’s all. I know beans. Nie wiedziałam jak się nazywa. Wiem niewiele.
- Please, tell. Proszę, mów.
- That was killed by Beretta Lim A series, by 9mm shot, in 100x100 meters area, that’s all if is going about this weapon. And that somebody want drive me out this world are … Zabili go Berettą Lim A, 9 milimetrową kulką, w odległości 100 metrów, to wszystko jeśli chodzi o broń. A ci którzy mnie chcieli wykopać z tego świata to…
- Federals. Federalni.
- Yeeah. You have brothel in this forces. Can I go back my country? Taaak. Macie burdel w tych siłach. Mogę wrócić do kraju?
- Sure, you’re extraditable. Jasne, jesteś do wydania.
Wstałam na te słowa, agent mnie wyprowadził i przekazał granicznikom, stojącym na korytarzu. Zapytali czy dobrowolnie wyjadę z kraju w ciągu 24 godzin, co bez wątpienia potwierdziłam, bo po co zawracać im tyłek z ekstradycją. Dostałam od nich świstek, który mam pokazać na odprawie zamiast paszportu i odeszli.



[1] Z ang. gościu