Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narkotyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą narkotyki. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2014

wokół mnie gorąco... bezpiecznie. słońce topi serce... bajecznie

Ray przystanął, i nie obróciwszy się, mruknął tylko:
- Because Xanax, that’s why. Bo tak. – odparł ozięble.
Zacisnęłam wargi i wciągnęłam ciężko powietrze. Popatrzyłam znowu w okno.
- I won’t take it. Nie wezmę tego. – ryknęłam bardziej stanowczo, lecz nie tak, jak zwykle.
Ray idąc ku kuchni obrócił się i powiedział:
- You mustn’t. You mustn’t do anything, it’s your life. But don’t break life other people, by the way. Nie musisz. Nic nie musisz robić, to twoje życie. Ale nie łam życia innym ludziom, ot tak przy okazji.
Odwróciłam się i padłam w poduszkę. Chciało mi się płakać. Chciało mi się tak ryczeć, ale nie mogłam. Schowałam głowę pod poduszką i myślałam zawzięcie, jak jest mi cholernie wstyd, jak mogę robić takie świństwa, bez kiwnięcia palcem czy mrugnięcia okiem. To całe zło, które wyrządzam w pracy, przenosi się na moje własne podwórko, czy tego chcę, czy nie. Zaczynam zabijać wokół siebie i samą siebie, a prawem jest, aby nie palić własnego domu…
Podniosłam się po raz kolejny, z chęcią zmiany i werwą, aby przejść ostateczne katharsis, ale nie aż tak głębokie, żeby wytrzeć z siebie cechy unikalne, za które lubię siebie samą. Wstałam i ubrałam się w dres, podeszłam do drzwi, co wyraźnie zauważył Ray, i ze zdziwieniem patrzył na to, co chcę zrobić. Dumnie założyłam adidasy, zarzuciłam kaptur na głowę. Tak jest! Zmienię się! To dziś dzień, będzie przełomem, będzie zburzeniem pieprzonego muru berlińskiego, i wynalezieniem prądu, o! Jehaha! Na przekór skurwysyńskiemu życiu, ot co! Yippie-ka-yay, motherfucker!
I wyszłam na korytarz, stanęłam przy windzie, drzwi od mieszkania otworzyły się, i spoglądał z nich Ray. Ja natomiast z szerokim uśmiechem zamachnęłam się, aby przycisnąć uroczyście przycisk do przywołania windy, i patrząc na Raya, uderzyłam z całym impetem w ścianę, na co się skrzywiłam i jęknęłam, chuchając na palec. Coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy. Jeszcze raz, tym razem, uważając, co bym trafiła w guzik, zamachnęłam się o jakieś 70 cm mniej i pół centymetra przed przyciskiem zatrzymałam palec. Przypomniałam sobie, że właściwie, gdzie ja idę konkretnie? I po co?
Ściągnęłam kaptur i prześlizgnęłam się w drzwiach, obok wyraźnie już rozbawionego Raymonda. Ten tylko zamknął drzwi za mną, i wrócił tam, gdzie stał – do kuchni. Ja natomiast usiadłam jak psychol na kanapie, stercząc na wznak i patrząc się na program telewizyjny.
Mecz piłki ręcznej Polska – Niemcy! Ło kurna, jak można było by zapomnieć! (można by było, jak się dwa dni przespało)
Natychmiast wpadłam w euforię i z zacięta miną uruchomiłam telewizor, z rykiem – trza lampy grzać, będzie Grunwald!
Momentalnie znalazłam się obok lodówki i z szyderczym uśmiechem otworzyłam ją. Przeszukując półki natknęłam się na wyraźny deficyt pifka. Grzebałam dalej, dalej i głębiej (dalej dalej, ręko Gadżeta!), aż w końcu wytargałam jakiegoś podstarzałego Leszka, i tuląc znalezisko w dłoniach, oświadczyłam, że ‘należy iśc po pifko’. Ray, słysząc moje postanowienie, szybko spojrzał się na mnie i momentalnie wyrwał mi Lesia z rąk, spoglądając bardzo surowo. Moja ujarana dusza, była wręcz spłakana utratą nowego przyjaciela.
- No way. Nie ma mowy. – mruknął, kręcąc głową.
- But meczyk …!? Ale meczyk!? – zająknęłam.
- But Xanax … ? Ale Xanax?
Zrobiłam ‘szmutnom minem’ i poczłapałam do pokoju, z wyraźnym niezadowoleniem. W połowie drogi przystanęłam i odwróciłam się, podeszłam do szafki i wyciągnęłam chipsy. Potem sięgnęłam do górnej szafki i wyciągnęłam tonik. Ray w tej samej chwili kazał dać ten tonik do kontroli, czy coś jest może nie w porządku z zawartością, jak z tabaką. Nalał sobie połowę szklanki i patrząc na mnie trochę upił, po czym skrzywił się i wypluł do zlewu.
- What the … it is? Co … to jest?
- Soda plus quinine, all together – tonic. Soda plus chinina – razem: tonik.
- Disgusting. Obrzydliwe.
- But good replacement of alcohol… Ale dobry zamiennik alkoholu. - odparłam smutno.
Jak to polska reprezentacja, przegrywała ostro w pierwszej połowie, i tak mnie to zdenerwowało, że cisnęłam pilotem o podłogę, wyraźnie strasząc Ray’a. Klęknęłam przy szafce pod ekranem i wyciągnęłam jedno pudełko z szuflady, dosyć grube i takie, jakby z ‘jedynką z Championa’1, z dumnym napisem ‘GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…’.
W rzeczy samej – Kapitan Bomba!
Znalazłam odcinek, na którym zakończyłam ostatnie oglądanie, i odpaliłam. Usiadłam wygodnie na kanapie, a Ray, stojąc przy stoliku barowym, z uśmiechem zaczął patrzeć się w ekran.
- I don’t understand anything, but it must have instructive translation, am I right? Niczego nie rozumiem, ale to musi mieć jakieś pouczające tłumaczenie, nie?
Odwróciłam się z miną Mckayli Maroney, i przycisnęłam opcję napisów po angielsku. Nawet nie wie jak się myli.
W tej chwili, Ray jakoś rozpromieniał, usiadł obok i śmiał się z tekstów, które mi są doskonale znane, dlatego teraz to mi coś w rodzaju uśmiechu czasami pojawiało się na twarzy. Poszłam raz się umyć i znów wróciłam na maraton. Około 23 coś mnie tknęło i odwróciłam głowę do niego.
- You are gonna leave me? Zostawisz mnie?
Ray popatrzył na mnie, z lekkim uśmiechem, przysunął się bliżej – bo siedział na drugim końcu kanapy – i wyszeptał ‘strasznie mnie do tego prowokujesz, ale tego nie zrobię, chyba że bardzo będziesz nalegać’. Pod wpływem tego dwuznacznego tekstu, spaliłam buraka i spojrzałam się powrotem na Bombę. To jest takie dwulicowe. Ray tymczasem nie powrócił na swoje miejsce, tylko odgarnął moje włosy i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wydawało mi się to dosyć dziwne, a na pewno bardzo pedalskie, i takie e. I chyba to wyczuł, bo za chwilę wstał i powiedział coś, że nie chciałby być niegrzeczny, ale chce iść już spać (a śpi na sofie, na której ja siedzę)… Podniosłam się, wyłączając telewizor i bez słowa powędrowałam do siebie, przymykając drzwi, w sumie nie wiem po co.

1Najtańszy, ekonomiczny

niedziela, 19 października 2014

Is it only a dream that there'll be no more turning away?

Wracając już po pracy, ciągle cisnęły mi się myśli, co jeszcze mogę się dowiedzieć, a czego jeszcze nie było mi dane poznać. Gorzej chyba niż CIA, nic nie może być, no może – terrorysta, ale to się wzajemnie wyklucza. Diler narkotyków nie, no bo po co by kazał mi wyrzucać ekwipunek zaobrazkowy. I tak resztę mam pochowane w innych miejscach, aż tak to się nie poświęcam. Wystarczy nigdy nie zostać przyłapanym, ja nie kłamię, tylko nie mówię całej prawdy. Jak mnie weźmie jakaś kicha, to wtedy co, znów popaść w alkohol? Za drogi i nieskuteczny. Wracając do zawodów, myślałam jeszcze, co może być zawodem, którego nie wykonuje się poza miejscem zamieszkania, ani kilka godzin. Kiedyś mi się obiło o uszy, że ma wykształcenie medyczne, ale nieukończone. Płatny zabójca? Nigdy w życiu, prędzej ja. Złodziej, ani jakiś szantażysta ekonomiczny, eee, na kij mi to wyliczanie. Zaraz będę na chacie z różowym rzygiem… a właśnie. Zanim pójdę do domu, muszę go umyć. Zejdzie mi się na pewno z godzinkę.
Szorując, delikatnymi ruchami maskę samochodu, myślałam chwilę, czy te szyby, które zostały wmontowane, gdy jechałam do pracy, są uszczelnione… bo jak nie, to zaleje mi środek. Rzyg złazi niechętnie, znaczy rozwadnia się, ale często trzeba płukać szmatę, co by tego różowego niewiele było. Po wymyciu, opłukałam samochód i zaczęłam woskować. Tak mnie to zajęło, że w sumie nie wiem kiedy minęło kilka godzin, bo kiedy zadzwonił mój telefon, zorientowałam się dopiero, że jest 19:30.
Pomyślicie pewnie, och jak się martwił, zadzwonił 4,5 godziny od momentu kiedy powinnam wrócić.
Nie. Bramę od jednostki zamykają o 19, a ja czasami siedzę dłużej, zwłaszcza po takich wybrykach, jak dzisiejsza rozmowa. Nie odebrałam telefonu, bo już w sumie kończyłam, został mi tylko jeden błotnik. Za chwilę do garażu z kluczykami wpadł zasapany Ray, który jak mnie zobaczył, odetchnął z ulgą i oparł się o drzwi.
- Where have you been all this time? Gdzie byłaś cały ten czas? – wyzionął.
- Just cleaned my car, actually – I’m finishing… Właśnie sprzątałam auto, w zasadzie już kończę... - mruknęłam, zajęta polerką.
- I worried about you. Why you didn’t tell me about this, why didn’t you call? Martwiłem się o ciebie. Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym, dlaczego nie zadzwoniłaś?
Podniosłam wzrok z zamurowaną miną.
- Why didn’t I tell? Well, I forgot. But why you resigned? All this time, I was thinking, what else you can do, as job? I thought that you’re hitman or drugs dealer, you know? I don’t have any ideas, because I don’t know, what you will do, if you joined be jobless. So? Dlaczego nie powiedziałam? No cóż, zapomniałam. Ale dlaczego zrezygnowałeś? Cały czas rozmyślałam, co innego możesz robić, jako pracę? Myślałam że jesteś płatnym zabójcą, albo dilerem narkotykowym, wiesz? Nie mam żadnych pomysłów, bo nie mam zielonego pojęcia co będziesz robił, jeśli wybrałeś bycie bezrobotnym.
- Well, you know that I’m pianist, I told you it, in … nevermind where. I told you. No, wiesz że jestem pianistą, powiedziałem ci to w... no nie ważne gdzie. Mówiłem ci.
- Continue… Kontynuuj.
- I handed in my CV in concert hall. I think I’ll get this job. Dałem CV do filharmonii. Myślę że dostanę tę robotę.
- You don’t speak polish, so in which way you would work? And, how you got classified of it? Nie znasz polskiego, więc w jaki sposób będziesz pracował? I skąd wziąłeś ogłoszenie?
- I didn’t. I just handed in my CV. I have degree of Juilliard school, it’s … Znikąd. Dostarczyłem tylko CV. Skończyłem Julliard, to...
- Harvard of the music schools, yada-yada… How you imagine your work in Poland? You can speak Polish, master? Harvard muzycznych szkół, bla-bla... Jak wyobrażasz sobie swoją pracę w Polsce?
- I’m sure that after seeing my CV, they will want me, anyway if they don’t have job for me. Jestem pewien, że po obejrzeniu mojego CV, będą mnie chcieli, bez względu na to czy mają posadę dla mnie, czy nie.
- Jasne, panie Mozart. A teraz z innej beczki… znaczy… zaraz, jest jakiś obiad?
- I didn’t understand. Nie zrozumiałem.
- Kurde sory – is any dinner in home? Jest jakiś obiad w domu?
- Yes, it is. But what you wanted to say? Tak, jest. Ale co chciałaś powiedzieć?
- Nevermind, żreeeć! Nieważne! – pobiegłam w stronę drzwi, wciskając mu w ręce klucze, impertynencko zarzucając płaszczem.
Stojąc w windzie, popatrzyłam na swoje odbicie w szybie i na odbicie pana Mozarta. Teraz dopiero uderzyła mnie potężna różnica wzrostu między mną a Wielkim Mozartem, wynosiła grubo ponad 30 cm, strach by pomyśleć, jakbym była o 20 cm niższa. Troll i Yeti, ot co…
- Ray? – bąknęłam, przypominając sobie, o czym rozmyślałam w samochodzie. Że tak irytujące pytanie, utknęło mi między głową a językiem, psia mać.
- Yes? Tak? – odparł, spoglądając na mnie z zaciekawieniem, ale coś mu się kiepsko poaktorzyło, i zauważyłam w tym nutę zdziwienia, a gdzieś za oczyma przerażenia. Gdzieś tam, za tą srebrną i błyskotliwą tarczką tkwił taki miały krasnoludek, który jakby trzymał w ręce tętnicę w mózgu i groził rozcięciem, w razie rychłego nieposłuszeństwa.
- I wanna ask you, but you must be honest… clearly honest, like priest on confession. Chcę cię o coś zapytać, ale musisz być szczery, jak ksiądz na spowiedzi. – napomknęłam, z uwagą wpatrując się dalej w srebro, upatrując, czy gdzieś ten krasnoludek nie wyłazi.
- Sure. Jasne. – wypowiedział pewnie, choć jak na moje szpiegowskie oko, tyćkę niepewnie.
- You resigned army. Resigned CIA… joined music. I don’t wanna believe, but… I gotta feeling that you hide something, and don’t want to talk about it. Zrezygnowałeś z armii. Zrezygnowałeś z CIA... wybrałeś muzykę. Nie chcę mi się wierzyć, ale... mam przeczucie że coś ukrywasz i nie chcesz o tym rozmawiać. – wyrecytowałam, spoglądając co jakiś czas w czubki butów, aby przybrać pozę i minę kota ze Shreka, co doszczętnie perfekcyjnie opanował Doug – chodzi mi na przykład o scenę ze stołem z powyłamywanymi nogami.
Tymczasem krasnolud raczył wyjrzeć zza spojrzenia i ukazać swoją perfidną twarz. Ray chwilę zamilkł, głęboko westchnął, jakby myślał – kurde, ma mnie. Spojrzał raz jeszcze na mnie, niczym jak Vic Vega na pana Białego i Różowego, dołożyć w rękę kubek i istny Michael Madsen, vel Pan Blond, stoi we własnej osobie, w windzie, obok mnie.
- I don’t have any secrets. But you have. They call it ‘drugs. Nie mam żadnych tajemnic. Ale ty masz. Nazywają to narkotykami. – emancypacyjnie zaznaczył ostatnie zdanie, które powinno mnie urazić, względem wcześniejszej jatki z wywalaniem mąki, ale… nie tylko Szwajcaria złotem stoi, znaczy się, nie tylko za obrazem chowam cenne drobne. Chyba wiedział, że taki głód, a raczej – taka ochota na przyjemności, niczym cukierek, uzależnia i zachęca na więcej, kosztem kłamstwa.
Przełknęłam ślinę, i zmrużyłam oczy. Spojrzałam na zegarek, nie wiedzieć czemu, a potem na windę, znaczy się, na ten taki „wysokościomierz”, czyli gdzie się znajduje. W milczeniu oczekiwałam na niechybne ‘dling, dlang, dlung’ staro wrocławskiej windy, która tylko z bliska ukazywała swój urok rodem z lat 70. Istotnie, blok z tego okresu pochodził, tylko te jedne, pieprzone windy, nie zostały wymienione podczas generalnego remontu. Chyba jak ktoś się kiedyś zakatrupi w niej i zrobi niechcący trumnę, to wtedy zmienią.
I jest sygnał. To niezręczne wymienianie spojrzeń zakończyło otworzenie drzwi, i prędki wyjazd z windy. Ray cierpliwie podążał za mną, ale na twarzy rysowała mu się typowa dla jego gatunku i płci, niecierpliwość. Nacisnęłam na klamkę z grymasem na twarzy, z przyzwyczajenia z impetem pchając drzwi. Uderzyłam czołem prosto w szkło od judasza, bo drzwi zaprotestowały. Tak naprawdę, nie sądziłam że drzwi są zamknięte. Szarpnęłam raz i drugi, zamek zakołotał płaczliwie, szarpnęłam więc po raz trzeci, uderzając splecioną w pięść dłonią, dopóki drzwi nie wydał głuchego łomotu świadczącego o zatrzaśnięciu. Lecz to nie było zatrzaśnięcie. Oprzytomniałam i rozpoczęłam przetrzepywanie kieszeni w poszukiwaniu pęczka kluczy , który jak zawsze sam podwijał się pod rękę, i balastując w kieszeni, dawał dowód swojej obecności, tak teraz uciekł gdzieś jak szop pracz w śmietniku i szczerzy zęby, jakby miał niezły ubaw z dozorcy niedorajdy. Ten ubaw w duchu dławił Raymond – podszedł i spojrzał na mnie tak, jakby chciał się roześmiać, ale ta myśl i ten jebany krasnoludek trzymał skutecznie minę w poważnym grymasie twarzy. Wyciągnął klucz, celowo go jeszcze potrząsając, aby zaznaczyć kto tu jest blondynką, a gdy już odnotowałam, co ze mną jest nie tak, stuliłam pysk i spojrzałam na zamek, w myślach wymyślając mu od kurewsko przezabawnych złośliwców. Z taka też miną weszłam do mieszkania, milcząc i rozmyślając, czy moja ostatnia skrytka, ten ostatni pieprzony bastion, został odkryty przez żołnierza z Montezumy. Byłego żołnierza z Montezumy, skrytkę należącą do aktualnej namiastki żołnierzy z Montezumy. Rzucona na podłogę torba pierdolnęła przeraźliwie, a ja aż się wzdrygnęłam na ten głuchy dźwięk i syknęłam, po raz kolejny wyklinając, ale tym razem torbę i tym też razem na głos. Ray skrzywił się, orientując się chyba, że to co powiedziałam nie było miłe, a na pewno w żadnym przypadku przyjemne. Odwróciłam się na pięcie i runęłam na kanapę, wyciągając nogi. Gdy już się dogodnie usadowiłam, zdałam sobie sprawę, że właściwie przyszłam tu głównie zjeść, pożywienie to był główny cel tego szaleńczego „biegu” na szczyt wieżowca. Westchnęłam i tym razem nie mieląc niepotrzebnie ozorem, co by nie niepokoić „niepoliszmena”, wstałam i zabrałam się do kuchni, wyniośle ociągając stopami. Stanęłam przy patelni, i kilka razy, z kilku ujęć obejrzałam ugotowane cudo, jak Magda Gessler, krytycznie, ale i ciekawie się przyglądając temu … czemuś. Ray wreszcie ruszył z miejsca, niczym zagapiony mechanik na pit stopie, i zaczął szprechać, co to jest i z czym to się je. Dosłownie. Ja w miarę słuchania czułam jak ślina spływa mi do ust, i byłam gotowa podnieść całą patelnię i impertynencko władować całość, podobnie jak rodowity polak żłopie piwo, gdy wreszcie wyjedzie na obóz integracyjny z kolegami. Jednak coś mnie, jak nigdy, powstrzymywało i mówiło - te lala, tak przy świadkach nie wypada. W rzeczy samej, jeszcze parę ładnych tygodni temu, nie miałabym oporów wpieprzać rękami jakieś udko i bezceremonialnie popijając piwem albo winem, racząc się dodatkowo bogato przysłodzonym ciastem. Nie dbając oczywiście, o to czy ktoś patrzy czy nie, czy może mam czekoladę pod nosem, albo czy buraczki fantazyjnie nie przystroiły mojej koszuli. To nie miało dla mnie kompletnego znaczenia. Coś czuje że nastaje czas jakiegoś katharsis, hę?
- Sit down, I’ll prepare it for you… Siadaj, przygotuję ci to. - nagle złagodniał i poszedł do kuchni. Usiadłam, I za chwilę już pałaszowałam szamkę. Siedziałam, nieufnie spoglądając w rozbrajające, choć często rozbierające spojrzenie, zaczęłam jeść to kubańskie cudo. W sumie, było całkiem dobre, ale syte chyba tylko dla weganów, którym absolutnie nie jestem. Nigdy nie popierałam wegetarian, z tego względu, że skoro świnia ma uczucia to dlaczego tak jak świni i króliczka, nie broni się konia, a już o tym, że rośliny może też czują ból, to nie wspomnę. Dlatego nienawidzę, jak ktoś robi ból, ale dupy z tego właśnie powodu. Może zabijmy siebie, drodzy ekolodzy, bo niszczymy Ziemię? Ki idiota takie głupoty wymyśla? Z przemyśleń wyrwał mnie dotyk Raymonda. Spojrzałam się znów na niego, z taką miną, jakbym miała rentgen w oczach. Podjął moją lewą dłoń i głaskając ją dosyć osobliwie wydusił z siebie kilka słów, choć chciał to zrobić stanowczo, jak na mężczyznę przystało, jedynie wydźwięk niepewności, wymieszany z melodyjnie barytonowym głosem, wydobył się z jego ust.
- I want us to be honest. You can tell me everything, and we would try to solve your problems. Chcę żebyśmy byli ze sobą szczerzy. Możesz powiedzieć mi wszystko I wtedy spróbujemy rozwiązać twoje problemy.
Moja dotychczas obojętna mina, zamieniła się w spazmatyczny burak z nutą niedorzeczności, chcący zamaskować strach przed niewygodną prawdą.
- Ja nie mam nic do powiedzenia. – burknęłam niefrasobliwie. Ray spojrzał na mnie tym razem wątpiąco i spojrzał w stół, po czym podniósł głowę i popatrzył gdzieś za mnie, ja się obróciłam, nie wiedząc o co chodzi. Zwróciłam głowę z powrotem ku niemu i arogancko zaczęłam rozstrzeliwywać go wzrokiem. SZAJSE!
- I… I know that you… you have something up your sleeve... Ja... Ja wiem że ty... że masz coś w zanadrzu... – wydukał niepewnie.
- …but what do you mean this time? … ale o co ci tym razem chodzi? - krzyknęłam dosyc opryskliwie. – Everytime when something is wrong, not going with your thoughts. Could you tell me, with bold and capital letters, without fucking hesistance, what’s going on? Za każdym razem, kiedy coś idzie nie tak, nie tak jak sobie umyśliłeś. Mógłbyś mi powiedzieć, pogrubionymi I drukowanymi literami, bez żadnych jebanych przerywników, o co ci chodzi? – zaczęłam opluwac się jadem. Raymond puścił moją dłoń, I wstał.
- You know… only somebody, who keeps something in secret, react aggressively… when somebody is accusing him or her. I know that in this flat is still cocaine, acid and other surprises, just waiting in hiding… I want us to be honest. You were thinking, that when you give me everything from behind of picture, without fuss, it’ll be nice? Alas, I’m very cagy and experienced with addict, well, I know that good-bye with drugs, it occur to you too easily. Wake up, you are really adult, to tell drugs last good-bye! Wiesz... tylko ktoś, kto ma jakiś sekret, reaguje agresywnie... kiedy ktoś oskarża go bądź ją. Wiem że w tym mieszkaniu nadal jest kokaina, kwas i inne niespodzianki, tylko czekające w ukryciu... Chcę żebyśmy byli ze sobą szczerzy. Myślałaś, że kiedy dasz mi wszystko zza obrazka, bez zbędnych ceregieli, to będzie fajnie? Niestety, jestem bardzo nieufny i doświadczony z uzależnionymi, i wreszcie wiem, że to pożegnanie z narkotykami przyszło ci za łatwo. Obudź się, jesteś naprawdę dorosła, żeby powiedzieć narkotykom ostatnie „do widzenia”! – wygłosił swoje kazanie, na co ja z miną Jokera, zaczęłam bić brawo. Moja mina oznaczała dla Raymonda wygraną za rozpracowanie mojej inteligencji, ale też zniesmaczenie, bo to rzeczywiście była tajemnica, o której nawet w najśmielszych snach bym nie powiedziała. Choćby mnie przypalali i grozili śmiercią - na tyle ten nałóg był nieustępliwy.
- I don’t wanna do mess, so tell me where it is, and I won’t do you excuses. Nie chcę robić bałaganu, więc powiedz gdzie to jest, to nie będę ci robił wymówek.
Na ostatnie słowa parsknęłam gromkim śmiechem, I rypnęłam kilkakrotnie widelcem w stół, aby zaznaczyć mój ubaw I zlekceważenie…

wtorek, 7 października 2014

Watching every motion in my foolish lover's game...

... On this endless ocean finally lovers know no shame...

Myślałam że Klimczuk wyleje mnie z roboty, przez to, co widział wtedy na widowni, po tych końskich zalotach Randalla… Nie przez intrygę. Nie przez zhańbienie munduru czy coś takiego, pod co można byłoby to podciągnąć. Nie.
Chodziło o Ray'a, a właściwie Scotta Harringtona, a właściwie to gówno prawda, bo nazywa się Ray. Mózg rozjebany.
Fakt faktem, że zbliżają się aniwersary. Należy ćwiczyć tańce, wygrać jebany puchar ligi konserwatorów powierzchni płaskich, wkupić się w łaski Klimisiaczka, i w tymże właśnie celu zajęliśmy dużą salę…
- Dopóki nie wygracie, nie ogolę się! Rozumiecie? – ryknął Hewlett, jak jakiś wykładowca na bani, który nie wytrzeźwiał po wczorajszych imieninach ciotki Kryśki.
- Stary, ty mało że wyglądasz jak Węgier, albo jaki Żyd, to jeszcze cię wezmą za jakiegoś Abdula i przy najbliższej okazji będziesz szamał ołów, aż ci się będą uszy trzęsły. Albo nos. – odparł Wenom.
- Panie Kapralu Sebastianie, proszę tak się nie zwracać i nie obrażać przyszłego kapitana oficera Navy Seals!
- US Marines. – poprawiłam pana przyszłego kapitana.
- US Marines. Tak powiedziałem przecież… Ekhem, a tak w ogóle, gdyby nie Wenom i jego złamana noga niegdyś, to byśmy tu wszyscy nie siedzieli, wieta?
- Pierdolenie, tak ta noga była złamana jak jego wał, a że wszyscy wiemy co robi Wenom w trakcie i po aniwersarach, to nie musicie mnie pytać skąd wiem czy nie ma złamanej pały. - wymruczałam smętny monolog. Wenom spojrzawszy się na mnie z litościwą miną (ale taką, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem), entuzjastycznie krzyknął:
- Dzięki mojej girze, zawdzięczasz mi chłopa, Deszczuś!
- Ja już na lotnisku wyhaczyłem laskę z laską! – odparł Ray.
- A ja w magnetycznej klatce! – parsknął Doug.
- Od kiedy pornole kręcą w magnetycznych klatkach? – zapytał Wenom. - Która to kategoria na redtube?
- Pamiętasz, Deszczu? - zwrócił się do mnie Hewlett.
- Chyba twoje żebra pamiętają to najlepiej. – odparłam, mrucząc beznamiętnie. W zasadzie nie byłam smutna, ale to widmo klęski wiszące nade mną mnie przytłaczało.
- Hewi… powiedz mi coś, czego nie wiem… - uśmiechnął się Wenom. – Czyżby gorrrący romans?
- Oo taak… - zamruczał Doug. – Moich żeber z jej stopą.
- Co do tego, że fajne magnesiki na syrach1 tam dają, to wiem. – dodał Wenom…
- Z mojej strony wygląda to obszerniej, ciekawiej i na pewno bardziej interesująco, niż z twojej, Deszczu. Więc ja może opowiem.
- No dawaj Mickiewiczu.
- W pewną letnią, majową noc…
- Mrrr, brzmi romantycznie… - Wenom dalej się wydurniał jak głupi.
- Byłem na stażu w tutejszym szpitalu. Cała jednostka gadała o piękności która przylutowała pewnemu plecakowi, dodatkowo, pasztetowi… A że ja miałem ochotę pobyć sam na sam w księżniczką uwięzioną w zamku, konkretniej w tej magnetycznej celi, wziąłem kolejkę tzw. Misji uspokajania. Czyli podawania jakichś melis czy chuj wie czego, bo się strasznie miotałaś ze wściekłości. Ordynator uprzedzał mnie o straszliwym smoku broniącym dostępu do panny. A tak serio to uprzedził, że to nie tylko kobieta, ale tez wysokiej klasy komandos. Ja, jak nierozumiejący, co się do niego mówi, albo po prostu głupi - poleciałem na żywioł, bez chloroformu, bez włączenia tych magnesów, czy co tam się włącza - ze strzykawkami. Ty spałaś. Znaczy, tak wyglądałaś. Pochyliłem się nad niewinną buźką, chciałem się przyjrzeć.
- Taaahaa, przyjrzeeeeć. – jęknąl Wenom. - Tysiąc i jeden pornoli się tak zaczyna. Rżnąć to my a nie nie nas.
- Goń się... No i wtedy oczy się otworzyły i dostałem z metalowego buta prosto w żebra. I to był właśnie ten smok.
- Dratewka się znalazł, szczęście że z siarką i owcą nie przylazł. – parsknęłam.
- Ciiii… czy… czy to nie jest tak wzruszająco, romantyczne? – jęknął Wenom, nabijając się z kolegi…
- Raczej reumatyczne. – wygiął się Doug, prostując tułów z ręką w tym miejscu.
- No, ale dzięki temu, wyciągnęli mnie z ancla! Bo biję wszystkich!
- Sam Hewlett wiesz, twojej ciekawości poniżej pasa, nie mogło nic innego powstrzymać, jak zdrowe uderzenie! – roześmiał się Wenom…
- No, dobra a skąd wiesz, co ja chciałem zrobić?
- Idź ty w cholerę, miano największego zboczeńca w tym terenie dzierżę ja! I nie oddam! – krzyknął. – Deszczu dobrze o tym wie! Gadać dalej, może ciekawszych rzeczy się dowie pan Ray! Że może Hewlett jest gejem!
- O, to ja się tu zwierzam z moich heteroseksualnych wspomnień, a ty mi tu mówisz że jestem pedałem!
- Ale to by tłumaczyło fakt, że nie masz żadnej panny! – wypiszczał Wenom, nie wierząc w swój cwany intelekt. Tak to nazwijmy, bo w zasadzie on go bardzo rzadko używa.
- Ty też nie! – zawtórował mu Hewlett.
- Może jesteście parą? – mruknęłam.
Wszyscy zaczęli się napadowo śmiać.
- Ja się zaraz zleję ze śmiechu! – jęknął Wenom.
- Dajcie mu pampersa! Wenom, poczuj tampon! – krzyknęłam.
Cały Brecht przerwał jakić sztywniak, o gejowskim wyglądzie, z jakąś dziewuchą i magnetofonem. Alfons i … (nie zdążyłam pomyśleć):
- Hej, jak nie tańczycie, to oddajcie salę!
- Put your hands on my tummy, and take the key, babe! By mouth! – zaintonował Hewlett. Pedziowo jak stąd do Meksyku.
- Sory bro, mam nadzieję że nie jesteś gejem. Sala obok zdaje się być wolna, czemu nie pójdziesz tam? – zapytałam, śmiejąc się z reszty. – Przepraszam za kolegę, on chyba skręcił nie to co trzeba, jakiś proszek do prania albo kurwa Gazetę Wyborczą.
- Banda idiotów, nie wiem co wciągaliście, ale powiem to Klimczukowi!
- Marihuaen! – odparł Wenom.
- Śmiało, idź, pozdrów go! – krzyknęłam, trochę nieświadoma w tamtej chwili co w zasadzie ja wyprawiam.
Za jakieś 10 minut wkroczył… batalion żandarmerii na czele z Klimczukiem. W pierwszej chwili zaczęliśmy się śmiać, (boże jak śmiesznie, zaraz się kurwa zesram ze śmiechu) ale jak Klimczuk powiedział – ta kobieta to agresor, 4 ancle conajmniej, wszyscy komando – to się lekko mówiąc, posraliśmy w gacie.
- No nieeeee, ten gej serio tam poszedł? – ryknął Wenom.
- To karnawał is gettin’ started? – dodał Hewlett głupio.
Sprawialiśmy wrażenie nieźle nachlanych, albo dobrze przyćpanych. Żandarmeria chciała nas wziąć siłą, na co zaprotestował Ray, ale oni uznali, że skoro jesteśmy naćpani, to i też nieprzewidywalni. Dlatego się nie cykali.
Trafiliśmy do szpitala wojskowego, gdzie dyżur miał Ceron. Kiedy wszedł na salę i zobaczył nas, a w szczególności Hewletta, to upuścił rękawiczki.
- Chcemy rozmawiać z ordynatorem. – rozkazał żandarm.
- Hee… - parsknął i uśmiechnął się Jeff. – To są ci naćpani?
- Tak, ale my rozmawiać z ordynatorem, tu i teraz! – zawtórował. Tak nawiasem mówiąc, to oni chcieli rozmawiać z ordynatorem dlatego, że gdy znajduje się przyćpanego żołdaka, to o ile jest jakoś ustawiony, o tyle generał będzie dbał żeby nic nie wypłynęło na ten temat. Tego ma dopilnować ordynator. A zgadnijcie kto nim jest.
- No, to nie jest zbyt możliwe… - odparł Ceron, powstrzymując śmiech i spoglądając w czubki swoich butów.
- Dlaczego? - warknął żandarm jak rasowy rottweiler.
- Bo to ten kudłaty Węgier którego ściskacie. – nie wytrzymał i zaczął się ćmiać gdy to mówił, wkładając kolejne rękawiczki.
- Taaak to jaaaa, typ niepozornyyyy… - Doug zaczął udawać Stachurskiego.
- Niepokorny, ćpunie. – poprawiłam typa.
- Eeej Ceron, jak mam fryzurę na Elvisa, to nie znaczy, że jestem od razu kurde kudłaty! - informacje dotarły do Presleya ze znacznym opóźnieniem, no albo jego munio nie poradził sobie z tak wielkim napływem informacji.
- Kudłaty? A gdzie Scooby? Auuu! – dopiero ogarnął wszystko Żmija.
- Akurat na załogę pogromców to wy się nadajecie. Jak Deszczu do koła gospodyń wiejskich.
- Powiedziałabym ci żebyś spierdalał, ale w sumie to masz rację. - burknęłam porozumiewawczo.
- No Welmy nam brakuje… ale Wenom jest goootów się poświęcić, swoje przeżył, czas na kastrację, zamykamy punkt rozpłodowy klaczy. – pogłaskał Wenoma Hewlett.
- Ale to Ray nosi okulary!
- No, ale Fred i Dafne to para…
- A to sory, zwracam honory…
Wszystko przerwał żandarm.
- Widzi pan, panie doktorze, musieli coś brać!
- Nie sądzę. – pokręcił głową. – Znam ich.
- To proszę uruchomić laboratorium. I jakąś załogę.
- Załoga G! – krzyknął jeden.
- Punkt G! - krzyknął drugi.
- Tylko, że ordynator ma do tego uprawnienia. – odparł Ceron.
- Stanowczo zezwalam! – powiedział ordynator.
- Ech… w takim razie, wzywamy policję… - zdenerwował się Truskawka.
- Uuuuuu… - zawyliśmy bez szacunku.
- Rym cym cym, będzie dym. - skwitował Wenom piskliwie.

1 - nogach