Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą intryga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą intryga. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 października 2014

wokół mnie gorąco... bezpiecznie. słońce topi serce... bajecznie

Ray przystanął, i nie obróciwszy się, mruknął tylko:
- Because Xanax, that’s why. Bo tak. – odparł ozięble.
Zacisnęłam wargi i wciągnęłam ciężko powietrze. Popatrzyłam znowu w okno.
- I won’t take it. Nie wezmę tego. – ryknęłam bardziej stanowczo, lecz nie tak, jak zwykle.
Ray idąc ku kuchni obrócił się i powiedział:
- You mustn’t. You mustn’t do anything, it’s your life. But don’t break life other people, by the way. Nie musisz. Nic nie musisz robić, to twoje życie. Ale nie łam życia innym ludziom, ot tak przy okazji.
Odwróciłam się i padłam w poduszkę. Chciało mi się płakać. Chciało mi się tak ryczeć, ale nie mogłam. Schowałam głowę pod poduszką i myślałam zawzięcie, jak jest mi cholernie wstyd, jak mogę robić takie świństwa, bez kiwnięcia palcem czy mrugnięcia okiem. To całe zło, które wyrządzam w pracy, przenosi się na moje własne podwórko, czy tego chcę, czy nie. Zaczynam zabijać wokół siebie i samą siebie, a prawem jest, aby nie palić własnego domu…
Podniosłam się po raz kolejny, z chęcią zmiany i werwą, aby przejść ostateczne katharsis, ale nie aż tak głębokie, żeby wytrzeć z siebie cechy unikalne, za które lubię siebie samą. Wstałam i ubrałam się w dres, podeszłam do drzwi, co wyraźnie zauważył Ray, i ze zdziwieniem patrzył na to, co chcę zrobić. Dumnie założyłam adidasy, zarzuciłam kaptur na głowę. Tak jest! Zmienię się! To dziś dzień, będzie przełomem, będzie zburzeniem pieprzonego muru berlińskiego, i wynalezieniem prądu, o! Jehaha! Na przekór skurwysyńskiemu życiu, ot co! Yippie-ka-yay, motherfucker!
I wyszłam na korytarz, stanęłam przy windzie, drzwi od mieszkania otworzyły się, i spoglądał z nich Ray. Ja natomiast z szerokim uśmiechem zamachnęłam się, aby przycisnąć uroczyście przycisk do przywołania windy, i patrząc na Raya, uderzyłam z całym impetem w ścianę, na co się skrzywiłam i jęknęłam, chuchając na palec. Coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy. Jeszcze raz, tym razem, uważając, co bym trafiła w guzik, zamachnęłam się o jakieś 70 cm mniej i pół centymetra przed przyciskiem zatrzymałam palec. Przypomniałam sobie, że właściwie, gdzie ja idę konkretnie? I po co?
Ściągnęłam kaptur i prześlizgnęłam się w drzwiach, obok wyraźnie już rozbawionego Raymonda. Ten tylko zamknął drzwi za mną, i wrócił tam, gdzie stał – do kuchni. Ja natomiast usiadłam jak psychol na kanapie, stercząc na wznak i patrząc się na program telewizyjny.
Mecz piłki ręcznej Polska – Niemcy! Ło kurna, jak można było by zapomnieć! (można by było, jak się dwa dni przespało)
Natychmiast wpadłam w euforię i z zacięta miną uruchomiłam telewizor, z rykiem – trza lampy grzać, będzie Grunwald!
Momentalnie znalazłam się obok lodówki i z szyderczym uśmiechem otworzyłam ją. Przeszukując półki natknęłam się na wyraźny deficyt pifka. Grzebałam dalej, dalej i głębiej (dalej dalej, ręko Gadżeta!), aż w końcu wytargałam jakiegoś podstarzałego Leszka, i tuląc znalezisko w dłoniach, oświadczyłam, że ‘należy iśc po pifko’. Ray, słysząc moje postanowienie, szybko spojrzał się na mnie i momentalnie wyrwał mi Lesia z rąk, spoglądając bardzo surowo. Moja ujarana dusza, była wręcz spłakana utratą nowego przyjaciela.
- No way. Nie ma mowy. – mruknął, kręcąc głową.
- But meczyk …!? Ale meczyk!? – zająknęłam.
- But Xanax … ? Ale Xanax?
Zrobiłam ‘szmutnom minem’ i poczłapałam do pokoju, z wyraźnym niezadowoleniem. W połowie drogi przystanęłam i odwróciłam się, podeszłam do szafki i wyciągnęłam chipsy. Potem sięgnęłam do górnej szafki i wyciągnęłam tonik. Ray w tej samej chwili kazał dać ten tonik do kontroli, czy coś jest może nie w porządku z zawartością, jak z tabaką. Nalał sobie połowę szklanki i patrząc na mnie trochę upił, po czym skrzywił się i wypluł do zlewu.
- What the … it is? Co … to jest?
- Soda plus quinine, all together – tonic. Soda plus chinina – razem: tonik.
- Disgusting. Obrzydliwe.
- But good replacement of alcohol… Ale dobry zamiennik alkoholu. - odparłam smutno.
Jak to polska reprezentacja, przegrywała ostro w pierwszej połowie, i tak mnie to zdenerwowało, że cisnęłam pilotem o podłogę, wyraźnie strasząc Ray’a. Klęknęłam przy szafce pod ekranem i wyciągnęłam jedno pudełko z szuflady, dosyć grube i takie, jakby z ‘jedynką z Championa’1, z dumnym napisem ‘GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…’.
W rzeczy samej – Kapitan Bomba!
Znalazłam odcinek, na którym zakończyłam ostatnie oglądanie, i odpaliłam. Usiadłam wygodnie na kanapie, a Ray, stojąc przy stoliku barowym, z uśmiechem zaczął patrzeć się w ekran.
- I don’t understand anything, but it must have instructive translation, am I right? Niczego nie rozumiem, ale to musi mieć jakieś pouczające tłumaczenie, nie?
Odwróciłam się z miną Mckayli Maroney, i przycisnęłam opcję napisów po angielsku. Nawet nie wie jak się myli.
W tej chwili, Ray jakoś rozpromieniał, usiadł obok i śmiał się z tekstów, które mi są doskonale znane, dlatego teraz to mi coś w rodzaju uśmiechu czasami pojawiało się na twarzy. Poszłam raz się umyć i znów wróciłam na maraton. Około 23 coś mnie tknęło i odwróciłam głowę do niego.
- You are gonna leave me? Zostawisz mnie?
Ray popatrzył na mnie, z lekkim uśmiechem, przysunął się bliżej – bo siedział na drugim końcu kanapy – i wyszeptał ‘strasznie mnie do tego prowokujesz, ale tego nie zrobię, chyba że bardzo będziesz nalegać’. Pod wpływem tego dwuznacznego tekstu, spaliłam buraka i spojrzałam się powrotem na Bombę. To jest takie dwulicowe. Ray tymczasem nie powrócił na swoje miejsce, tylko odgarnął moje włosy i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wydawało mi się to dosyć dziwne, a na pewno bardzo pedalskie, i takie e. I chyba to wyczuł, bo za chwilę wstał i powiedział coś, że nie chciałby być niegrzeczny, ale chce iść już spać (a śpi na sofie, na której ja siedzę)… Podniosłam się, wyłączając telewizor i bez słowa powędrowałam do siebie, przymykając drzwi, w sumie nie wiem po co.

1Najtańszy, ekonomiczny

niedziela, 19 października 2014

Is it only a dream that there'll be no more turning away?

Wracając już po pracy, ciągle cisnęły mi się myśli, co jeszcze mogę się dowiedzieć, a czego jeszcze nie było mi dane poznać. Gorzej chyba niż CIA, nic nie może być, no może – terrorysta, ale to się wzajemnie wyklucza. Diler narkotyków nie, no bo po co by kazał mi wyrzucać ekwipunek zaobrazkowy. I tak resztę mam pochowane w innych miejscach, aż tak to się nie poświęcam. Wystarczy nigdy nie zostać przyłapanym, ja nie kłamię, tylko nie mówię całej prawdy. Jak mnie weźmie jakaś kicha, to wtedy co, znów popaść w alkohol? Za drogi i nieskuteczny. Wracając do zawodów, myślałam jeszcze, co może być zawodem, którego nie wykonuje się poza miejscem zamieszkania, ani kilka godzin. Kiedyś mi się obiło o uszy, że ma wykształcenie medyczne, ale nieukończone. Płatny zabójca? Nigdy w życiu, prędzej ja. Złodziej, ani jakiś szantażysta ekonomiczny, eee, na kij mi to wyliczanie. Zaraz będę na chacie z różowym rzygiem… a właśnie. Zanim pójdę do domu, muszę go umyć. Zejdzie mi się na pewno z godzinkę.
Szorując, delikatnymi ruchami maskę samochodu, myślałam chwilę, czy te szyby, które zostały wmontowane, gdy jechałam do pracy, są uszczelnione… bo jak nie, to zaleje mi środek. Rzyg złazi niechętnie, znaczy rozwadnia się, ale często trzeba płukać szmatę, co by tego różowego niewiele było. Po wymyciu, opłukałam samochód i zaczęłam woskować. Tak mnie to zajęło, że w sumie nie wiem kiedy minęło kilka godzin, bo kiedy zadzwonił mój telefon, zorientowałam się dopiero, że jest 19:30.
Pomyślicie pewnie, och jak się martwił, zadzwonił 4,5 godziny od momentu kiedy powinnam wrócić.
Nie. Bramę od jednostki zamykają o 19, a ja czasami siedzę dłużej, zwłaszcza po takich wybrykach, jak dzisiejsza rozmowa. Nie odebrałam telefonu, bo już w sumie kończyłam, został mi tylko jeden błotnik. Za chwilę do garażu z kluczykami wpadł zasapany Ray, który jak mnie zobaczył, odetchnął z ulgą i oparł się o drzwi.
- Where have you been all this time? Gdzie byłaś cały ten czas? – wyzionął.
- Just cleaned my car, actually – I’m finishing… Właśnie sprzątałam auto, w zasadzie już kończę... - mruknęłam, zajęta polerką.
- I worried about you. Why you didn’t tell me about this, why didn’t you call? Martwiłem się o ciebie. Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym, dlaczego nie zadzwoniłaś?
Podniosłam wzrok z zamurowaną miną.
- Why didn’t I tell? Well, I forgot. But why you resigned? All this time, I was thinking, what else you can do, as job? I thought that you’re hitman or drugs dealer, you know? I don’t have any ideas, because I don’t know, what you will do, if you joined be jobless. So? Dlaczego nie powiedziałam? No cóż, zapomniałam. Ale dlaczego zrezygnowałeś? Cały czas rozmyślałam, co innego możesz robić, jako pracę? Myślałam że jesteś płatnym zabójcą, albo dilerem narkotykowym, wiesz? Nie mam żadnych pomysłów, bo nie mam zielonego pojęcia co będziesz robił, jeśli wybrałeś bycie bezrobotnym.
- Well, you know that I’m pianist, I told you it, in … nevermind where. I told you. No, wiesz że jestem pianistą, powiedziałem ci to w... no nie ważne gdzie. Mówiłem ci.
- Continue… Kontynuuj.
- I handed in my CV in concert hall. I think I’ll get this job. Dałem CV do filharmonii. Myślę że dostanę tę robotę.
- You don’t speak polish, so in which way you would work? And, how you got classified of it? Nie znasz polskiego, więc w jaki sposób będziesz pracował? I skąd wziąłeś ogłoszenie?
- I didn’t. I just handed in my CV. I have degree of Juilliard school, it’s … Znikąd. Dostarczyłem tylko CV. Skończyłem Julliard, to...
- Harvard of the music schools, yada-yada… How you imagine your work in Poland? You can speak Polish, master? Harvard muzycznych szkół, bla-bla... Jak wyobrażasz sobie swoją pracę w Polsce?
- I’m sure that after seeing my CV, they will want me, anyway if they don’t have job for me. Jestem pewien, że po obejrzeniu mojego CV, będą mnie chcieli, bez względu na to czy mają posadę dla mnie, czy nie.
- Jasne, panie Mozart. A teraz z innej beczki… znaczy… zaraz, jest jakiś obiad?
- I didn’t understand. Nie zrozumiałem.
- Kurde sory – is any dinner in home? Jest jakiś obiad w domu?
- Yes, it is. But what you wanted to say? Tak, jest. Ale co chciałaś powiedzieć?
- Nevermind, żreeeć! Nieważne! – pobiegłam w stronę drzwi, wciskając mu w ręce klucze, impertynencko zarzucając płaszczem.
Stojąc w windzie, popatrzyłam na swoje odbicie w szybie i na odbicie pana Mozarta. Teraz dopiero uderzyła mnie potężna różnica wzrostu między mną a Wielkim Mozartem, wynosiła grubo ponad 30 cm, strach by pomyśleć, jakbym była o 20 cm niższa. Troll i Yeti, ot co…
- Ray? – bąknęłam, przypominając sobie, o czym rozmyślałam w samochodzie. Że tak irytujące pytanie, utknęło mi między głową a językiem, psia mać.
- Yes? Tak? – odparł, spoglądając na mnie z zaciekawieniem, ale coś mu się kiepsko poaktorzyło, i zauważyłam w tym nutę zdziwienia, a gdzieś za oczyma przerażenia. Gdzieś tam, za tą srebrną i błyskotliwą tarczką tkwił taki miały krasnoludek, który jakby trzymał w ręce tętnicę w mózgu i groził rozcięciem, w razie rychłego nieposłuszeństwa.
- I wanna ask you, but you must be honest… clearly honest, like priest on confession. Chcę cię o coś zapytać, ale musisz być szczery, jak ksiądz na spowiedzi. – napomknęłam, z uwagą wpatrując się dalej w srebro, upatrując, czy gdzieś ten krasnoludek nie wyłazi.
- Sure. Jasne. – wypowiedział pewnie, choć jak na moje szpiegowskie oko, tyćkę niepewnie.
- You resigned army. Resigned CIA… joined music. I don’t wanna believe, but… I gotta feeling that you hide something, and don’t want to talk about it. Zrezygnowałeś z armii. Zrezygnowałeś z CIA... wybrałeś muzykę. Nie chcę mi się wierzyć, ale... mam przeczucie że coś ukrywasz i nie chcesz o tym rozmawiać. – wyrecytowałam, spoglądając co jakiś czas w czubki butów, aby przybrać pozę i minę kota ze Shreka, co doszczętnie perfekcyjnie opanował Doug – chodzi mi na przykład o scenę ze stołem z powyłamywanymi nogami.
Tymczasem krasnolud raczył wyjrzeć zza spojrzenia i ukazać swoją perfidną twarz. Ray chwilę zamilkł, głęboko westchnął, jakby myślał – kurde, ma mnie. Spojrzał raz jeszcze na mnie, niczym jak Vic Vega na pana Białego i Różowego, dołożyć w rękę kubek i istny Michael Madsen, vel Pan Blond, stoi we własnej osobie, w windzie, obok mnie.
- I don’t have any secrets. But you have. They call it ‘drugs. Nie mam żadnych tajemnic. Ale ty masz. Nazywają to narkotykami. – emancypacyjnie zaznaczył ostatnie zdanie, które powinno mnie urazić, względem wcześniejszej jatki z wywalaniem mąki, ale… nie tylko Szwajcaria złotem stoi, znaczy się, nie tylko za obrazem chowam cenne drobne. Chyba wiedział, że taki głód, a raczej – taka ochota na przyjemności, niczym cukierek, uzależnia i zachęca na więcej, kosztem kłamstwa.
Przełknęłam ślinę, i zmrużyłam oczy. Spojrzałam na zegarek, nie wiedzieć czemu, a potem na windę, znaczy się, na ten taki „wysokościomierz”, czyli gdzie się znajduje. W milczeniu oczekiwałam na niechybne ‘dling, dlang, dlung’ staro wrocławskiej windy, która tylko z bliska ukazywała swój urok rodem z lat 70. Istotnie, blok z tego okresu pochodził, tylko te jedne, pieprzone windy, nie zostały wymienione podczas generalnego remontu. Chyba jak ktoś się kiedyś zakatrupi w niej i zrobi niechcący trumnę, to wtedy zmienią.
I jest sygnał. To niezręczne wymienianie spojrzeń zakończyło otworzenie drzwi, i prędki wyjazd z windy. Ray cierpliwie podążał za mną, ale na twarzy rysowała mu się typowa dla jego gatunku i płci, niecierpliwość. Nacisnęłam na klamkę z grymasem na twarzy, z przyzwyczajenia z impetem pchając drzwi. Uderzyłam czołem prosto w szkło od judasza, bo drzwi zaprotestowały. Tak naprawdę, nie sądziłam że drzwi są zamknięte. Szarpnęłam raz i drugi, zamek zakołotał płaczliwie, szarpnęłam więc po raz trzeci, uderzając splecioną w pięść dłonią, dopóki drzwi nie wydał głuchego łomotu świadczącego o zatrzaśnięciu. Lecz to nie było zatrzaśnięcie. Oprzytomniałam i rozpoczęłam przetrzepywanie kieszeni w poszukiwaniu pęczka kluczy , który jak zawsze sam podwijał się pod rękę, i balastując w kieszeni, dawał dowód swojej obecności, tak teraz uciekł gdzieś jak szop pracz w śmietniku i szczerzy zęby, jakby miał niezły ubaw z dozorcy niedorajdy. Ten ubaw w duchu dławił Raymond – podszedł i spojrzał na mnie tak, jakby chciał się roześmiać, ale ta myśl i ten jebany krasnoludek trzymał skutecznie minę w poważnym grymasie twarzy. Wyciągnął klucz, celowo go jeszcze potrząsając, aby zaznaczyć kto tu jest blondynką, a gdy już odnotowałam, co ze mną jest nie tak, stuliłam pysk i spojrzałam na zamek, w myślach wymyślając mu od kurewsko przezabawnych złośliwców. Z taka też miną weszłam do mieszkania, milcząc i rozmyślając, czy moja ostatnia skrytka, ten ostatni pieprzony bastion, został odkryty przez żołnierza z Montezumy. Byłego żołnierza z Montezumy, skrytkę należącą do aktualnej namiastki żołnierzy z Montezumy. Rzucona na podłogę torba pierdolnęła przeraźliwie, a ja aż się wzdrygnęłam na ten głuchy dźwięk i syknęłam, po raz kolejny wyklinając, ale tym razem torbę i tym też razem na głos. Ray skrzywił się, orientując się chyba, że to co powiedziałam nie było miłe, a na pewno w żadnym przypadku przyjemne. Odwróciłam się na pięcie i runęłam na kanapę, wyciągając nogi. Gdy już się dogodnie usadowiłam, zdałam sobie sprawę, że właściwie przyszłam tu głównie zjeść, pożywienie to był główny cel tego szaleńczego „biegu” na szczyt wieżowca. Westchnęłam i tym razem nie mieląc niepotrzebnie ozorem, co by nie niepokoić „niepoliszmena”, wstałam i zabrałam się do kuchni, wyniośle ociągając stopami. Stanęłam przy patelni, i kilka razy, z kilku ujęć obejrzałam ugotowane cudo, jak Magda Gessler, krytycznie, ale i ciekawie się przyglądając temu … czemuś. Ray wreszcie ruszył z miejsca, niczym zagapiony mechanik na pit stopie, i zaczął szprechać, co to jest i z czym to się je. Dosłownie. Ja w miarę słuchania czułam jak ślina spływa mi do ust, i byłam gotowa podnieść całą patelnię i impertynencko władować całość, podobnie jak rodowity polak żłopie piwo, gdy wreszcie wyjedzie na obóz integracyjny z kolegami. Jednak coś mnie, jak nigdy, powstrzymywało i mówiło - te lala, tak przy świadkach nie wypada. W rzeczy samej, jeszcze parę ładnych tygodni temu, nie miałabym oporów wpieprzać rękami jakieś udko i bezceremonialnie popijając piwem albo winem, racząc się dodatkowo bogato przysłodzonym ciastem. Nie dbając oczywiście, o to czy ktoś patrzy czy nie, czy może mam czekoladę pod nosem, albo czy buraczki fantazyjnie nie przystroiły mojej koszuli. To nie miało dla mnie kompletnego znaczenia. Coś czuje że nastaje czas jakiegoś katharsis, hę?
- Sit down, I’ll prepare it for you… Siadaj, przygotuję ci to. - nagle złagodniał i poszedł do kuchni. Usiadłam, I za chwilę już pałaszowałam szamkę. Siedziałam, nieufnie spoglądając w rozbrajające, choć często rozbierające spojrzenie, zaczęłam jeść to kubańskie cudo. W sumie, było całkiem dobre, ale syte chyba tylko dla weganów, którym absolutnie nie jestem. Nigdy nie popierałam wegetarian, z tego względu, że skoro świnia ma uczucia to dlaczego tak jak świni i króliczka, nie broni się konia, a już o tym, że rośliny może też czują ból, to nie wspomnę. Dlatego nienawidzę, jak ktoś robi ból, ale dupy z tego właśnie powodu. Może zabijmy siebie, drodzy ekolodzy, bo niszczymy Ziemię? Ki idiota takie głupoty wymyśla? Z przemyśleń wyrwał mnie dotyk Raymonda. Spojrzałam się znów na niego, z taką miną, jakbym miała rentgen w oczach. Podjął moją lewą dłoń i głaskając ją dosyć osobliwie wydusił z siebie kilka słów, choć chciał to zrobić stanowczo, jak na mężczyznę przystało, jedynie wydźwięk niepewności, wymieszany z melodyjnie barytonowym głosem, wydobył się z jego ust.
- I want us to be honest. You can tell me everything, and we would try to solve your problems. Chcę żebyśmy byli ze sobą szczerzy. Możesz powiedzieć mi wszystko I wtedy spróbujemy rozwiązać twoje problemy.
Moja dotychczas obojętna mina, zamieniła się w spazmatyczny burak z nutą niedorzeczności, chcący zamaskować strach przed niewygodną prawdą.
- Ja nie mam nic do powiedzenia. – burknęłam niefrasobliwie. Ray spojrzał na mnie tym razem wątpiąco i spojrzał w stół, po czym podniósł głowę i popatrzył gdzieś za mnie, ja się obróciłam, nie wiedząc o co chodzi. Zwróciłam głowę z powrotem ku niemu i arogancko zaczęłam rozstrzeliwywać go wzrokiem. SZAJSE!
- I… I know that you… you have something up your sleeve... Ja... Ja wiem że ty... że masz coś w zanadrzu... – wydukał niepewnie.
- …but what do you mean this time? … ale o co ci tym razem chodzi? - krzyknęłam dosyc opryskliwie. – Everytime when something is wrong, not going with your thoughts. Could you tell me, with bold and capital letters, without fucking hesistance, what’s going on? Za każdym razem, kiedy coś idzie nie tak, nie tak jak sobie umyśliłeś. Mógłbyś mi powiedzieć, pogrubionymi I drukowanymi literami, bez żadnych jebanych przerywników, o co ci chodzi? – zaczęłam opluwac się jadem. Raymond puścił moją dłoń, I wstał.
- You know… only somebody, who keeps something in secret, react aggressively… when somebody is accusing him or her. I know that in this flat is still cocaine, acid and other surprises, just waiting in hiding… I want us to be honest. You were thinking, that when you give me everything from behind of picture, without fuss, it’ll be nice? Alas, I’m very cagy and experienced with addict, well, I know that good-bye with drugs, it occur to you too easily. Wake up, you are really adult, to tell drugs last good-bye! Wiesz... tylko ktoś, kto ma jakiś sekret, reaguje agresywnie... kiedy ktoś oskarża go bądź ją. Wiem że w tym mieszkaniu nadal jest kokaina, kwas i inne niespodzianki, tylko czekające w ukryciu... Chcę żebyśmy byli ze sobą szczerzy. Myślałaś, że kiedy dasz mi wszystko zza obrazka, bez zbędnych ceregieli, to będzie fajnie? Niestety, jestem bardzo nieufny i doświadczony z uzależnionymi, i wreszcie wiem, że to pożegnanie z narkotykami przyszło ci za łatwo. Obudź się, jesteś naprawdę dorosła, żeby powiedzieć narkotykom ostatnie „do widzenia”! – wygłosił swoje kazanie, na co ja z miną Jokera, zaczęłam bić brawo. Moja mina oznaczała dla Raymonda wygraną za rozpracowanie mojej inteligencji, ale też zniesmaczenie, bo to rzeczywiście była tajemnica, o której nawet w najśmielszych snach bym nie powiedziała. Choćby mnie przypalali i grozili śmiercią - na tyle ten nałóg był nieustępliwy.
- I don’t wanna do mess, so tell me where it is, and I won’t do you excuses. Nie chcę robić bałaganu, więc powiedz gdzie to jest, to nie będę ci robił wymówek.
Na ostatnie słowa parsknęłam gromkim śmiechem, I rypnęłam kilkakrotnie widelcem w stół, aby zaznaczyć mój ubaw I zlekceważenie…

poniedziałek, 15 września 2014

Bad boyz (navy) blue

Zaczęłam się powoli cofać, i zakończyłam tę sekwencję na ścianie.
- I should sit there, sir. Ja tu powinnam siedzieć, sir. – wskazałam palcem na fotel.
- Dean, babe. Dean, kotku. – przekręcił głowę w drugą stronę.
- Major… Majorze... - opuściłam dłoń.
- What: major? Co: majorze? – nachylił się w moją stronę, nad biurkiem…
- Major, not babe. Majorze, nie kotku. – nabrałam w końcu pewności siebie.
- Please, have a sit. Proszę, usiądź. – wstał i wskazał na mój fotel, stanął za nim.
- I should tell it, not sir. Ja to powinnam mówić, nie sir.– poprawiłam frak munduru i usiadłam. Oparł się na fotelu, odsłonił moje ucho i szepnął.
- Dean, sweet girl. Dean, słodka laleczko. – dmuchnął mi dymem w ucho. Skrzywiłam się na to i nie bardzo wiedziałam co robić. Bez papieru, nie mam co cwaniakować, może wytrzymam te zaloty a la Trynkiewicz.
- With respect, but I think si… Z całym szacunkiem, ale uważam że si...
- Dean, dammit, Dean. Dean, do cholery, Dean. – zwrócił mi uwagę, ze stoickim spokojem, podnosząc krzesło z naprzeciwka i omijając biurko, siadł jakby tak obok a jednocześnie naprzeciwko. Trochę mnie przerażała ta sytuacja. Przestraszona, spoglądałam we wszystkie strony, myśląc, jak tu wybrnąć.
- Don’t resist me… Nie opieraj się mi... - mruknął, oglądając mnie z góry na dół. - … we both know, that you want me, as much as I want you. And it’s impolite, lie to superior, isn’t it? ...oboje wiemy, że ty chcesz mnie tak jak ja ciebie. I to nieuprzejme kłamać przełożonemu, no nie? – dotknął mojego uda zaczął je głaskać. W podświadomości już układałam plan, jak rozwalić mu łeb o granitowy parapet za nim, ale rozum krzyczał, ze wtedy, to się pogrążę, tyle z tego będzie.
- … not good girl… ...niedobra dziewczynka...
Ale za chwilę przesadził, bo jego dłoń podążyła za daleko. Strzeliłam mu z liścia. Obrócił głowę, westchnął, zamruczał i obrócił się z powrotem…
- … mrrrr … - wstał, podążając ręką po moim tułowiu i piersiach. Zaciskałam zęby ze złości. - …you are rough chick… ...ostra laska z ciebie... - znów zaszeptał mi do ucha. - … I like it… … Lubię to... - ugryzł moje ucho i zakręcił fotelem. Mało że niedobrze mi się robiło na te jego zaloty, to jeszcze to kręcenie. W końcu zatrzymał fotel nogą, o moje nogi, szybko ją przełożył pomiędzy moje łydki i pociągnął za rękę do pionu.
- You will fill my orders? Or no? Będziesz wypełniać moje rozkazy? Czy nie?
- That, what you do now, is called mobbing. That what you want to do is called sexual molestation. To co robisz teraz, nazywa się mobbing. To co masz zamiar zrobić, nazywa się molestowanie seksualne.
- And you want to call police? I co, chcesz dzwonić na policję?
- Germandery. One button, and they’re here. Someone tried to rape me, a few years ago. Just try, and you’ve lost your position and work. Żandarmerię. Jeden przycisk i tu będą. Ktoś mnie już kiedyś próbował zgwałcić. Tylko spróbuj, a stracisz swoją pozycję i pracę.
- You are threaten me, or I misunderstood it? Grozisz mi, czy źle to odebrałem?
- Yes, you understood it good. Tak, dobrze to zrozumiałeś.
- Listen to me, little dolly. Słuchaj no, laluniu. - złapał mnie za tyłek I przyparł do biurka - I’ve connections everywhere. You will collaborate, I won’t tell anything your boss. And if you won’t collaborate, you will be fired. I think it was simple to understand. Mam znajomości wszędzie. Będziesz współpracować, nic nie powiem twojemu szefowi. Nie będziesz współpracować – wylatujesz. Myślę że to łatwe do zrozumienia.
Spojrzałam się na niego z obrzydzeniem. Stałam między dwoma ogniami – albo zaryzykuję wylot na bruk, albo to z nim zrobię… Lekko się skrzywiłam i czułam jak żółta piłeczka odbija mi się od głowy jak w Pomysłowym Dobromirze.
Tahaa! Już wiem. Zrobię to samo co Charlesowi, w Connecticut. Lecz nie do końca.
Spojrzałam z pokerową miną na Randalla i przejechałam po jego piersi aż do twarzy i pogładziłam go. Uśmiechnął się szeroko.
- I see that we get along. Widzę, że się rozumiemy.
- Zobaczysz jeszcze, jak cię załatwię skurwielu. – wycedziłam przez zęby ze sztucznym uśmiechem na twarzy, kontynuując poprzednią czynność. – I meant, let’s met there at night, it could be 4 a.m., huh? Miałam na myśli – spotkajmy się tutaj w nocy, może być 4 rano?
- With pleasure… Z przyjemnością... - dotknął mojej ręki, pocałował i przejechał językiem pomiędzy palcami. Co za gbur – pomyślałam. Za chwilę wyszedł, a ja spompowałam powietrze i klapnęłam, głęboko oddychając. Do gabinetu wszedł Wenom.
- Minąłem się z Randallem, coś się stało? – zapytał, lekko zaniepokojony.
Ja złożyłam twarz w ręce i podniosłam głowę. Oparłam się i zaczęłam ostro myśleć, jak to dalej pociągnąć. I żeby aktualnie się nie poryczeć.
Wenom wziął krzesło, które przestawił Randall i usiadł tam, gdzie powinien. Spojrzał na mnie chwilę i przekręcił głowę.
- Czy ta suka o nazwisku Randall coś ci zrobiła? – zapytał raz jeszcze.
Oparłam się na fotelu i zaczęłam nerwowo szukać papierosów. Gdy je znalazłam, trzęsącymi rękoma odpaliłam go i się w końcu uspokoiłam, odprężyłam się i dmuchnęłam dymem w górę.
- Randall … właśnie przed chwilą tu był i mnie mobbingował. – odparłam, spoglądając Wenomowi prosto w oczy.
- Groził że coś powie?
- Nie tylko. Szantażował. – westchnęłam, patrząc gdzieś w przestrzeń.
Wenom popatrzył w miejsce gdzie patrzę, a potem przetarł się po twarzy.
- I? – spytał, dosyć niepewnie.
Wyciągnęłam popielniczkę.
- Chciał mnie molestować. – odparłam bezemocjonalnie, strzepując popiół.
- Seksualnie? – zapytał, tym razem z nutą przerażenia.
- Tiaa. Ale mu się w tej chwili nie udało. – mruknęłam.
- Jak go zniechęciłaś?
- Problem leży właśnie w tym, że aby uwolnić się z jego uścisku, musiałam coś obiecać. I mam już plan.
- Co ci kazał? Co on w ogóle chce?
- Żąda mojego ciała. Powiedziałam mu, że ma przyjść tutaj o 4 w nocy, jeśli tak bardzo chce. Zagroził mi wcześniej, że jeśli się nie zgodzę na to, to postara się, abym już nigdy nie pracowała w tej dziedzinie, wiesz o co chodzi, nie? I obiecał że nic nie zrobi, jeśli dobrowolnie się oddam.
- Skurwiel.
- To samo pomyślałam, a nawet powiedziałam. Mam nadzieję, że Hewlett przebada tę krew do 4, bo jak nie, to albo nie przyjdę, albo przełożę, albo zwieję, albo będę zmuszona to zrobić. Właśnie miałam do niego dzwonić, aby to trochę przyspieszył, bo jak nie… nawet nie chcę o tym myśleć. – spuściłam wzrok w dół.
- Nieźle się wkopałaś.
- No kurwa. Jak stary ziemniak w kartoflisko. Ten Randall, to obok Błaszczyka, największy barbarzyńca, jakiego znam. Tylko Błaszczyk traktuje wszystkich równo, i bez jakiegoś seksizmu, a Randall – odwrotnie. Nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale wolałabym być w anclu u Błaszczyka po raz kolejny niż dać dupy Randallowi.
- To dlaczego sama nie zgłosisz przestępstwa?
- Limit żyć u Błaszczyka się wyczerpał. Teraz, to nie byłyby wakacje w areszcie, tylko kara więzienia. Jeśli choć trochę się orientujesz, jaka jest różnica między tymi dwoma słowami, to wiesz o co chodzi. – powiedziałam, biorąc telefon do ręki.

Zadzwoniłam do Hewletta. Na początku się opierał, ale jak powiedziałam o co dokładnie chodzi, to obiecał, że zrobi wszystko co w jego mocy.

środa, 6 sierpnia 2014

Holy fucking shit, it's Dean Randall

Weszliśmy do składziku i wsuwką otworzyłam drzwi do kolejnego składziku, który należy do ekipy Hewletta. Po cichu, zakradliśmy się do pomieszczenia gospodarczego, gdzie siedział jego skład i popijał herbatę. Popatrzyli się na nas, jak na jakichś debili, Aceton-Ceron-Cwelon aż parsknął śmiechem i chciał coś powiedzieć, ale położyłam mu palec na ustach i podeszłam do drzwi, które były uchylone. Prowadziły do gabinetu Węgierka. Przyłożyłam ucho do drzwi i nasłuchiwałam, lecz zdążyłam usłyszeć tylko dźwięk zamknięcia drzwi. W tej samej chwili wszedł Hewlett i jak mnie zobaczył, to zaczął się śmiać. Głównie dlatego że potężnie jebnął mnie w łeb drzwiami.
- I co, wypieprzy cię z roboty? – zapytał Kuba.
- Nie, on tylko po ten mundur przyszedł. Nic do mnie nie miał, ale za to ty Deszczu, masz z lekka mówiąc – przesrane.
- Co ten lichuj ci powiedział? – zapytałam.
- Pytał mnie gdzie masz gabinet, kogo uczysz, i gdzie jest twój rozkład zajęć. I pytał o twojego mężczyznę, bo nie bardzo chce mu się wierzyć, że masz. Myśli że go tym zbyłaś.
- Uff, no to nie jest źle, przecież chyba potwierdziłeś.
Hewlett zastygł w uśmiechu.
- Przecież ci obiecałem, że nikomu nie powiem.
- A, o kurwa. – jęknęłam. – To teraz faktycznie, jestem w czarnej dupie w Gwadelupie.
- Randall jest strasznie cięty na ciebie. A tak w ogóle, to po kiego kija tu przyszliście?
- My w sprawie Randalla. – powiedział Kuba.
- A co wy do niego macie? – parsknął.
- No bo, gdyby on mnie jakoś szantażował, to chcemy mieć kartę przetargową.
- No jaką, że ja mam ci ją dać?
- Zrób jej badania krwi. Może rufilina się nie rozłożyła tak szybko. Jeśli tam będzie, to my plus wyniki, mamy oskarżenie o próbę gwałtu.
- … no patrz, w sumie racja. To była próba gwałtu. No to Deszczu, zapraszam do gabinetu! – Hewlett z uśmiechem wskazał mi leżankę i zwrócił się do swoich. – Which of you want collect blood of this woman? Który z was chce pobrać krew od tej panny? – parsknął z uśmiechem. Wszyscy jego uczniowie z chęcią i uśmiechami wstali, a ja tylko poszłam w jeszcze większą brechę.
- You don’t know, what this is a mistake. Nawet nie wiecie jaki to błąd. – uśmiechnęłam się szyderczo.
- Okay, olders are staying, young meat comes with me. Dobra, starsi zostają, młode mięsko idzie ze mną. – rozkazał, ze śmiechem…
Usiadłam na leżance i podciągnęłam rękaw.
- Deszczu, masz dreszczyk troszkę? – zaśmiał się.
- No nie, z taką przystojną ekipą, to inny dreszczyk. – parsknęłam, mrugając okiem.
Hewlett z uśmiechem pokręcił głową i się roześmiał.
- Tylko delikatnie, Elvis. – powiedziałam poważnie.
- Okay, fellas, look at me, and learn it. Dobra ziomki, patrzcie się i uczcie. – zwrócił się do nich. – Renard, gimmie disinfectant, Nate prepare vaccine, Hugh, gimme this belt lying on table… Thanks. Okay, first what we do is wearing this belt above vein which we want prick, you see? Very strong oppression is needed. Next, we disinfect place there, on flexion. Next is just pricking. Who wants to do it? Renard daj mi płyn dezynfekujący, Nate przygotuj strzykawkę, Hugh - daj mi ten pasek leżący na stoliku... Dzięki. Dobra, pierwsze co, to zakładamy ten pasek powyżej żyły którą chcemy nakłuć, widzicie? Potrzebujemy mocnego zacisku. Następnie odkażamy tutaj, miejsce na zgięciu. Dalej jest tylko nakłuwanie. Kto chce to zrobić?
- Doug, ale ty to jesteś… - parsknęłam. – Uprzedzam, nie ręczę za siebie. – roześmiałam się.
Pojawił się las rąk, w pobrzmiewającym śmiechu moim, Douga i Kubiego, który siedział obok i przyglądał się, jak to się potoczy.
- Deszczu, wybierz sobie amanta. – odparł Hewlett.
- Okay… Nate, because he have pretty name, it means ‘given by God’ , well I hope that you have hands given by God. Is that Nathaniel or Nathan? Dobra, Nate, bo masz ładne imię, to znaczy "dany od Boda", no to mam nadzieję że masz ręce dane od Boga. Nataniel czy Nathan? – uśmiechnęłam się.
- Nathan, sir.
- Be careful. Bądź ostrożny. – parsknął Hew.
- Go on. No dawaj. – roześmiałam się. I tak zrobił. Hewlett powiedział że podchodzi z tą igłą pod niezbyt ostrym kątem i radziłby go zmniejszyć. Mnie to mnie zabolało, na tyle, że aż mi odskoczyła ręka, przez co żyła się wyślizgnęła. Musiał trochę tam pogrzebać, a ja się śmiałam, żeby nie płakać i patrzyłam na równie rozbawionych przyjaciół. W końcu znalazł jakąś pełną krwi żyłę i pobrał krew. Hewlett zdezynfekował mi nakłucie i przykleił plaster z watą.
- … finished. Skończone. No, Deszczu, chcesz naklejkę z napisem Dzielny Pacjent? – parsknął Doug, uśmiechając się.
- Dawaj, na czole ci przykleję. – parsknęłam. – Biorę dzidę i idę. Mam nadzieję że nie spotkam tej starej kurwy, Randalla. – odparłam, z powagą.
- Nie jest taki stary, Deszczu. – jęknął Hewlet. – Na raz, w sam raz. – roześmiał się.
- A w łeb byś nie chciał? – wycedziłam z uśmiechem, targając czuprynę Douga.
Wyszłam z gabinetu i z rękami w kieszeniach, przemierzałam suchego przestwór oceanu, czyli Aleję Gwiazd. Z radością i uśmiechem na twarzy weszłam do swojego gabinetu, który powinien być pusty o tej porze, chyba że ja tam jestem. Nucąc pod nosem – we will fuck you, weszłam za drzwi i jak baletnica, bardzo w typie Jima Carreya, z wymachem ręki zamknęłam drzwi i obróciłam się i stanęłam jak słup soli jak zobaczyłam Randalla siedzącego na MOIM FOTELU.

- Welcome back. – wyszeptał, przekręcając głowę na bok, wpatrując się we mnie i strzepując papierosa.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Dalej dalej... ekhem ... Gadżeta!

W przerwie obiadowej, odnalazłam Kubę i siedliśmy sobie razem przy stole, trochę jak stare dobre małżeństwo.
- Kuba, powiedz, co tam się tak naprawdę stało, bo miałam dziś spotkanie z Randallem i dowiedziałam się nieprzyjemnej prawdy ze wczoraj… Co tam się działo? - wyrecytowałam błyskawicznie, szybciej niż Scatman John.
- Nie chcesz wiedzieć. – odparł Kuba, popijając kolę.
- Chcę wiedzieć, bo nie chce mieć żadnych tajemnic przed…
- … przed Panem Tajemniczym, którego wszyscy czworo imię znamy.
Spaliłam buraka. Na patelni. Na kurewsko rozgrzanej patelni z sosem tabasco.
- Wiecie kto to?
- Wiemy. Sama grzecznie powiedziałaś. Ale nie bój się, tylko nam, a nam powiedzieć, to tak jakby nie powiedzieć nikomu.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - podejrzliwie spojrzałam mu w oczy, które akurat miał skierowane w żarcie, a nie w rozmówcę. - Dobra mów, co się tam działo?
Kuba spojrzał na mnie z przymrużeniem oka.
- To nie będzie ani przyjemna ani wygodna prawda.
- Czy ja kupuję wibrator domajtkowy że musi być jak w raju?! - ryknęłam na cały głos, aż ludzie ze stołówki popatrzyli się na mnie takim wzrokiem, jakbym serio potrzebowała tego wibratora. - czy chcę usłyszeć prawdę? - wycedziłam spłoszona ciszej.
- To było mniej więcej tak: ten gość od Durana, co się strasznie wkurzył, to wtedy przed nim obronił cię ten cały Randall, a z kolei no ten od Durana go nie tknął, bo był w mundurze i widział co to za ranga. Zaczął cię podrywać, Hewlett coś gadał, że wcześniej widział, jak on się na ciebie gapił, no i spędziliście na jakimś gadaniu z godzinę w Rezerwuarze, coś tam się przytulaliście i on cię po prostu no uwiódł, a wiesz sama jaka jesteś po koce...
- Jestem kurwą po koce, wiem, mów dalej. - wtrąciłam podsycona swoim zachowaniem.
- Nie pierdol. - jęknął przeciągliwie Jakub, jakby chciał mi uświadomić, że jednak nie.
- Nie gadaj. - burknęłam.
- Dobra. - przymknął się, i zabrał po raz drugi do zupy, a ja westchnęłam głęboko coś o tym, że powinnam zastanawiać się co mówię. Ten na to skinął głową, i wrócił do opowiadania:
- No i poszliście razem do łazienki, a Wenom powiedział, że on tego nie zdzierży, bo widział, że to nie ty go prowadziłaś, tylko on ciebie. I w ogóle jeszcze coś Wenom powiedział, że tamten coś ci dosypał do ambrozji. Kiedy odnaleźliśmy was w łazience, byłaś jeszcze lekko przytomna, ale kompletnie nie wiedziałaś, co się dzieje. Jakby trochę przyzwalałaś na to. Zabraliśmy cię od niego, nie tłucząc mu mordy, chociaż Wenom miał wyraźną ochotę, ale Hewlett go przytrzymał. Stąd ten siniak na nodze Hewletta, bo Wenom cisnął nim o umywalkę… Ale się udało, no i cie stamtąd wyciągnęliśmy.
- … Jakubie … - zaczęłam.
- Tylko nie ten tekst z Tabalugi, proszę. – roześmiał się.
- Nie. Ja bardzo ci dziękuję za to że mi to powiedziałeś i za to że tam byłeś. Że do niczego nie doszło, matko, jak ja się cieszę. – odetchnęłam z ulgą i poklepałam się po wątrobie.
- Nie ma za co, będę wdzięczny jak mnie obronisz przed gwałcicielami kiedyś tam, nie wiem kiedy. – roześmiał się.
- A co ze Stefanem? – zapytałam, trochę podenerwowana.
- Trochę był wkurzony, ale za całą burdę odpowiada ten ludzik od Durana. Był wyczytany na liście Schindlera, na apelu rano. Ponoć dostał od Franka ostro po dupie, bo wszyscy mają wiedzieć, że Czerwonych i Czarnych Beretów się nie zaczepia, co by kurde nie robili. A on jest od zmecholi. – odparł.
- Głupi baniol. – warknęłam.
- A co z tym mundurem Randalla? – zapytał Jakub.
- Randall wyśle tam jakiegoś swojego ordynansa osobiście. Ty nie uważasz że to jakiś playboy? – zapytałam z ciekawością.
-… szczerze? Randall taki jest, z tego co słyszałem od tych co z nim przyjechali. Bierze sobie w delegację jak najwięcej młodych dziewczyn. – odpowiedział rezolutnie.
- Coś jak Kaddafi.
- Dokładnie.
- Znalazł się Hugh Hefner, amator jeden. I?
- No i że one strasznie lecą na niego ze względu na pozycję, ech i chyba sama dobrze widzisz że nie jest pokrzywdzony przez naturę, jeśli chodzi o urodę, nie sądzisz? – zapytał z uśmiechem.
- No nie jest brzydki. Ale to takie dziwne, że te laski chętnie z nim jadą. – stwierdziłam.
- Jadą, bo liczą na awanse, a Amerykanki są trochę wiesz… co po niektóre to puszczalskie. – dodał.
- A skąd ty Kubuś wiesz? – roześmiałam się.
- Wenom ma w tych sprawach szeroką wiedzę i znajomości. Wiesz że uwielbia się chwalić takimi, powiedzmy, osiągnięciami. No i ten Randall miał wyraźnie na ciebie ochotę, uważaj żeby cię nie szantażował, bo na na ciebie haczyk. – pogroził mi palcem.
- Tehee, niby jaki? – roześmiałam się po raz kolejny, olewatorsko.

- O burdzie u Stefana mówią wszyscy, ale nikt oprócz tych co ją wszczęli, nie jest karany, bo był tam Randall. On zeznawał, i Gienia mu uwierzyła. Franek trochę był zdziwiony, że to nie ty, ale Randall cię krył. Myślę, że nie odpuści ci tak łatwo, jak ci się zdaje. – poważnie wyrecytował.
- Nie no, jak z nim rozmawiałam, to zdawało się, że rozumie o co chodzi i odpuścił. – odparłam.
- Słuchaj, Randall to kawał skurwiela. Nie licz na to, że tylko dlatego że mu odmówiłaś, to sobie da siana. Jeśli naprawdę głęboko mu wpadłaś w oko, to póki nie wyjedzie, nie da ci spokoju.
- Kurwa mac. No to co robić? – zdenerwowałam się. Mogą być problemy.
- Unikaj go.
- Niby jak? Przecież ja z nimi jestem jednym z głównych łączników z tą gimbazą. Wkopałam się w niezłe bagno, szambo po uszy, teraz będę mieć wyrzuty do samej siebie.
- Wiesz, jakby ci naprawdę groził, to ja mam pomysł na polisę ubezpieczeniową dla ciebie. – uśmiechnął się. - Zjedzmy i chodźmy do Hewletta, bo będzie nam potrzebny.
- Niby po co nam jeszcze ten pajac? – zapytałam, zamyślona…
- Zrobisz badania krwi, jeśli dał ci jakiś proch, to może jego resztki są we krwi. Poszukamy rufiliny i jak ci coś zacznie gadać, że jak się z nim nie prześpisz, to coś tam, to ty wtedy mu pokażesz to i masz nas dwóch świadków, a nawet trzech, że on próbował cię zgwałcić. Jedną próbę, już miałaś, i jest wiarygodne, że ktoś próbował znowu. – odparł inteligentnie, składając talerze.
- Kubuś… - jęknęłam z uśmiechem.
- Co?
- Jesteś genialny! – krzyknęłam, dając mu buziaka w policzek.
- No nie tak ostro, bo twój żigolo mnie zabije. – uśmiechnął się i wstał.
- Zapomnij. To tak z wdzięczności. Jak całujesz matkę w policzek, to ojciec chce ci zajebać? – roześmiałam się, również wstając.
- Nie, hehe. – uśmiechnął się. – Chodź, idziemy do Elvisa.
Zdaliśmy talerze i wleźliśmy bez pytania do gabinetu Douga. Ku naszemu zdumieniu, na krześle siedział Randall i rozmawiał z Hewlettem. I chyba nie przyszedł tylko po swoją zgubę. Dean jak mnie zobaczył, uśmiechnął się, ja natomiast przeprosiłam i całym swoim cielskiem wypchnęłam Kubę na korytarz, po czym zamknęłam drzwi.
- No, to teraz widzę, jakie na niego masz działanie. – parsknął Kuba, opierając się o ścianę.
- Weź, kurde. Ma wzrok jakiegoś psychopaty, coś jak Hannibal Lecter. – oparłam się o ścianę, przerażona.
- No, ale on cię raczej nie przerobi na kotlety. – odparł, śmiejąc się.
- Te, to nie Gordon Ramsay. On wolałby na dmuchaną lalkę. Albo trupa, o ile jest nekrofilem. A może on jest nekrofilem. – wypowiedziałam się w głupkowato-mędrkowym tonie Arniego z 13 Posterunku. – Chodź, wejdziemy od zaplecza.
- A skąd ty znasz takie tajne przejścia? – zapytał.
- Nie pytaj. - roześmiałam się, bo miałam na myśli głównie zabawy z sanitariuszami w chowanego, jak próbowali mi robić zastrzyki, czy coś. Takie kurwa Xanadu*.

*klub wrotkowy z musicalu pt. Xanadu