Chanka

Chanka

poniedziałek, 27 października 2014

WÓDA RYJE BANIE

W tej samej chwili, Raymond wszedł do Rezerwuaru i kroczył odważnie w moją stronę, z tą samą miną. Stanął naprzeciw Jakuba, ten na to powolnie się odwrócił, impertynencko uśmiechnął.
- I’m sorry, can I take this seat? Przepraszam, czy mogę tutaj usiąść? – zapytał wyjątkowo szlachetnie i uprzejmie, ot szambelan się znalazł…
- Niestety, I can’t speak english. But I can tell you something, you know? You’re faggot. Niestety, nie umiem mówić po angielsku. Ale coś ci mogę powiedzieć, wiesz? Kutas z ciebie. - Kubi spojrzał się na niego, potem na mnie i odszedł, szukając Wenoma, pewnie po to aby ten z kolei nie zrobił dymu. Ray usiadł obok, w moim kierunku i patrzył przez jakąś minutę. Milczał. Potem wyciągnął kartkę, którą zostawiłam na biurku. Ja nie patrzyłam na niego ani przez chwilę, ale kątem oka widziałam co robi.
- Everything is written on this sheet. I have no more excuses. Wszystko jest napisane na tej kartce. Nie mam więcej wymówek.– wymamrotałam.
- Yes, everything is written, better – Doug translated it to me. Susannah, I can only… Tak, wszystko jest napisane, lepiej - Doug mi to przetłumaczył. Susannah, mogę tylko...
- Shhh… rewind your words. Ciiiii... przewiń swoje słowa.
- Susannah…
- Error. This is written. Błąd. Napisałam to.
- Okay, Major. I have to ask you… Dobrze, majorze. Muszę cię spytać...
- No asking. Everything is on sheet, and what isn’t on sheet, is in your head. Farewell. Nie ma żadnego pytania. Wszystko jest na tej kartce, a co nie jest na niej, jest w twojej głowie. Żegnam.
- I… Ja...
- FAREWELL! ŻEGNAM!
Ray wstał i chciał już wyjść, ale się wrócił.
- I wrote something, too. Też coś napisałem. – położył kartkę na barze. Sięgnęłam po nią, i nie patrząc co tam jest, zmięłam to i wrzuciłam to do kosza, jak Xanax. Wyszedł. Adieu, baj baj, etycy. Tyle, że przy wejściu, na zewnątrz natknął się na Wenoma. To był błąd. Po paru minutach w barze powstała wrzawa, a Stefan znerwicowany, wybiegł na dwór powstrzymać bijatykę. Ja natomiast, siedziałam dalej, w znowu opustoszałej salce. Po 20 minutach, Stefan ramię w ramię z Kubą, wprowadził Wenoma, któremu ściekała krew z nosa i wargi. Usiedliśmy wszyscy wokół niego, ze spirytusem i apteczką.
- Wlałem mu. Ma za swoje. – uśmiechnął się, ukazując białe zęby zbroczone krwią, i podał mi rękę.
- Ta, wlałeś… - jęknął Stefan, przypominawszy trochę syna Adasia Miauczyńskiego - Sylwka. - Jakby go Węgier nie powstrzymał, to byś dzisiejszą noc w szpitalu spędził, panie obrońco. – Co jak co, Deszczu, ale bić to się ten twój lowelas umie…
- Już żaden kurwa jego mać lowelas. A po za tym, to ja go uczyłam, heh, co za ironia, nie?
- Rzeczywiście! – roześmiał się Kuba.
- Ale miałeś tego nie robić, przecież prosiłam…
- Mów swoje, a ja będę robił co chciał.
- Eee idź ty!
- Tak samo mówisz, Deszczu, tylko trochę inaczej… - zauważył Stefan.
- Może i tak. – pociągnęłam łyka. – Ale to już nie ma żadnego znaczenia. Jestem ślimakiem. żółwiem. Jestem wolna jak stado kurew. Jehehehehehe… - zaczęłam się śmiać.
- Jakubie, odwieziesz ją do domu, nie? – zapytał Stefan.
- Jasne, tylko przywłaszczę sobie samochód na noc, dobrze Deszczu?
- A może chcesz przywłaszczyć właściciela w pakiecie? Wprawdzie plombę pierwszego użytku już ktoś zerwał, to mnie to lotto i koło fortuny.
Wenom spojrzał ze śmiechem na zdumionego Jakuba, który minę miał coś jak Mother of God i Pokerface.
- Słucham? – wysapał ze śmiechem. Ja mrugnęłam do niego i podpiłam jeszcze co w kielonku zostało.
- Widzę Deszczu, rozpuszczasz się… - parsknął ze śmiechem Wenom.
- Deszcz pierdoli głupoty, nie przejmuj się. – uśmiechnął się Stefan.
- Ale czemu ma nie korzystać, Stefano, jeśli składa mu propozycję, co z tego że niemoralną? – Wenom nadal podśmiewał się z kolegi. – Ja bym brał w ciemno! Dosłownie! … no chyba, że jesteś jeszcze prawiczkiem, albo nie masz się czym chwalić, to bym tego nie robił. A tak w ogóle, to dlaczego nie ja, przecież go pobiłem!
- Bo ty jesteś Ruchacz Zawodowy, i odwalasz fuszerkę. – splunęłam do szklanki.
- Ale powiedziałaś, że ci to lotto i koło fortuny, no więc, jak chcesz się kochana spocić, to tylko ze mną. – wyszczerzył się.
- Sebek, przestań, bo wstydzę się przy was siedzieć. – mruknął Stefan.
- Do ciebie, mój drogi, to pójdę, jak będę na głodzie i bez pieniędzy. – roześmiałam się.
- Oh, to szkoda że pomagałem ci z tym Randallem, to byś była i na głodzie i bez pieniędzy… Łot a piti.
- Zamknij się.
- A dlaczego Kuba? Stefan też niczego sobie!
- Stefan, przepraszam że to powiem, nie podobasz mi się i jesteś stary.
- Dziękuję, żona nie narzeka.
- O i żona. – dodałam. – Widzisz, to jest wierne jak Hachiko!
- Jakub, i jak, idziesz w tango? – szturchnął nadal zdumionego Kubę. – No widzisz, Deszczu, byłaś kiedyś na Kubie?
- Byłam.
Wenom przybrał minę Kubiego.
- Ale w Hawanie, na Kubie.
- A to się nie liczy. Kubuś, zatkało kakao…? Oops, to znaczy, nie chcę wyprzedzać faktów, ale…
- Sebastian, cholera, skończ prowadzic lekcje wychowania do życia w rodzinie! – warknął Stefan.
- Ja miałam szóstkę z tego przysposobienia obronnego do życia w rodzinie. - burknęłam ze śmiechem. - Wenom, jesteś jebnięty gorzej niż Ed1. I co, wyrwałeś jakąś sarnę?
- Łanię. E nie, chyba już się nie podobam. 28 lat to nie 23, nie?
- Pewnie, 5 lat sprawniejszy ku… aj ja już nic nie mówię, bo Stefcia się na mnie tak patrzy. – jęknęłam.
- Wyrzucę cie zaraz za wsiarz na dwór, i wrócisz na piechotę. – roześmiał się. – Idźcie stąd, pieprzcie się gdzie chcecie i z kim chcecie, ale nie tu… Wynocha.
- Dobra, panowie mądrzy, ja jadę. – burknęłam.
- Raczej ktoś cię powiezie. – oponował Stefan. – Kuba, mógłbyś?
Zamyślony Kuba wytrącił się z natłoku zastanawiania.
- …yyy tak, tak.
- Hehe. – roześmiał się Wenom. – Nad czym tak myślałeś, co? – mrugnął do niego okiem.
- Na pewno nie nad tobą. – odparł ze śmiechem. – Deszczu, chodź już, za dużo dziś dla ciebie wrażeń, oj za dużo… - podjął mnie za ramię.
- Taaha… oj dużo.
Jakub wyprowadził mnie z tawerny w stronę samochodu, mimo śmiechu i nabijania się Wenoma. Ten został w tawernie, bo czekał na nocny tramwaj. Stanęliśmy oboje przy Chevy, i zaczęłam grzebać po kieszeniach, czując gdzieś ciężar wabika na blachary. Gdy go odnalazłam, wręczyłam Jakubowi i trzymając się samochodu, usiadłam w miejscu pasażera. Kuba usiadł za kierownicą i odpalił samochód. Kompletnie nie patrzyłam się, jak mu się udało odpalić dziadygę za pierwszym razem, a powinnam, bo mi to nie wychodzi. W końcu ruszyliśmy.
- Deszczu… - zagadnął Kuba.
- Tso… - odparłam monotonnie.
- Ty tak na serio, czy jesteś pijana?


1Z Ed, Edd i Eddy

niedziela, 26 października 2014

Drink, drank, drunk

Wyszłam do Stefana, wieczorową porą. Postanowiłam dać czas, na pozbieranie swoich pierdoletów, a i przy okazji ulżyć sobie. Nawet nie chcę widzieć jego twarzy.
Usiadłam więc za barem, nie w Rezerwuarze – bo przyszłam sama. Stefan trochę dziwnie się na mnie popatrzył, wycierając kieliszki. Sala była pusta, a ja z otwartą gębą, spuszczoną głową i myślami gdzieś indziej, siedziałam niczym kołek.
- Witaj, Deszczu. – chrząknął.
Podniosłam głowę i oparłam się na ręce.
- Cześć Stefan… otwierasz?
- Jeszcze nie. Dla ciebie mam otworzyć?
- Jakbyś mógł… - zaczęłam grzebać po kieszeniach. Wyciągnęłam opakowanie Xanax'u i przeczytałam uważnie ulotkę. Stefan patrzył się na mnie uważnie, wyciągając Finkę i soki potrzebne do zrobienia Ambrozji.
- Dzisiaj sama Finka. – mruknęłam, kątem oka spoglądając na jego ręce. Stefcia zdziwił się i spojrzał na mnie od dołu.
- Co się stało? – zapytał, zaniepokojony.
Obejrzałam się na pustą salę i znów na Xanax.
- Chyba nie masz zamiaru tego mieszać, co?
Odpowiedziałam milczeniem.
- Słuchaj, to nie jest rozwiązanie. Ty wiesz w ogóle, czym ci to grozi?
Odpowiedź podobna. Stefan wyraźnie węszy samobójstwo, bo dopiero teraz mnie olśniło...
- Kojarzysz Whitney Houston? Zmarła od valium, tego gówna co masz w ręce i alkoholu. Nie baw się w to. Daj. – wyciągnął rękę. Ja natomiast nie podałam mu tego, tylko wzrokiem wyszukałam kosz i wrzuciłam za trzy.
- Dobra, więc poproszę setkę. – mruknęłam. Stefano zaczął nalewać, ale coś się ocknął i zmierzył mnie wzrokiem.
- Nie brałaś tego rano?
- Nie, wiem przecież co to za syf. Powiedzmy że lekarz mi przypisał, a ja nie mam zamiaru tego brać. – wyrecytowałam monotonnie…
- I dobrze. – nalał. – Moja siostra się w to wkopała, i siedzi teraz w psychiatryku… ach, tak w ogóle, to z jakiej przyczyny ci to przypisali?
- Hmm, na zespół odstawienny. Ale ja go nie mam, nigdy nie miałam… Czuję się świetnie, miałam to brać, jakby mnie jakieś schizy wzięły. – skłamałam, po czym wzięłam kieliszek i wypiłam duszkiem.
- Zapoję?
- Nie. – skrzywiłam się. – …nie trzeba, dzięki.
- To, co się stało?
- Ekhem… pewnie wiesz, co się działo w moim życiu w ostatnim tygodniu, nie?
- A kto nie wie?
- Właśnie. A dziś zakończyłam związek, rozpoczęty oficjalnie kilka dni temu.
- Tsaaa?
- Tsa. Wierz, lub nie, to dobra decyzja. Jeśli dla was facetów, fellatio jest taką wielką umiejętnością, to już wolę być głupia i nic nie umieć.
- Facet dał ci kosza, bo nie chciałaś zrobić mu loda?
- Steeefaaan… ja mu nawet kurde wcześniej dałam dupy! I nie chodzi o debilną laskę, bynajmniej nie w moim wykonaniu.
- Wiesz, bo jeśli by tak zrobił, to biorąc pod uwagę, że wcześniej wpuściłaś go do łóżka, to straszny moron musiałby być…
- Moron, powiadasz? Może i moron, słuchaj, wyobraź sobie – poznajesz piękną kobietę, ona kocha ciebie, ty ją. Dajesz jej wszystko, uchylasz jej nieba, aby jej dogodzić. Robisz to, na co ma ochotę, nawet gdyby ci kazała zamknąć bar, co jest twoim hobby, to byś zamknął… I wyobraź sobie, że pewnego dnia okazuje się być zwykłą dziwką. Ale to jeszcze nie wszystko! Dziwką, i to nie tanią, a za darmo. Ty o tym się dowiadujesz, powiedzmy – akceptujesz – i żyjecie sobie dalej, bo ci obiecała, że zaprzestanie tego. I wtedy ty chorujesz… ona się tobą opiekuje, sraty w łaty, i pewnego dnia, chcesz zaskoczyć ją w jej pracy z kwiatami, a tu wchodzisz – patrzysz – pod stołem siedzi jakiś facet i … i wiesz… tego, no.
- Rozumiem, że w twojej wersji, po prostu przyłapałaś faceta z jakąś babką na lodziku? Ta?
- Jakbyś tam był. Nalej…
- Ale nie rozumiem, co z tą dziwką…
- No przecież w naszym rozumowaniu, dziwka = ogier… tylko każde jest inaczej postrzegane, ka pe wu?
- Ahaaa, to rozumiem… chociaż… czekaj. Poznałaś faceta, mega przystojnego…
- Ta.
- Oboje się kochaliście, on był romantyczny, jakby wymarzony, tsa?
- Tsa.
- Ale okazał się być ogierem, i dalszą część opowiadania znamy.
- Ta. No i muszę przyznać, że złapałam się na tym, jak zwykła wieśniara.
- To znaczy że?
- To znaczy, że dałam mu dupy, mało tego – nieśmiganej…
Stefan spłonął rumieńcem, mnie natomiast pijacki rumieniec od dawna już powoli brał.
- No to naprawdę, gościu cię po prostu…
- Wyruchał. I dosłownie, i w przenośni. O przepraszam, mam telefon…! … ooo, od tego pana, od dzisiaj już nie odbieram telefonów! – i spektakularnie odrzuciłam połączenie. I to, i dwadzieścia następnych… W końcu telefon ucichł, a ja już byłam na połowie Finlandii…
Zadzwonił telefon. Miałam odrzucić, ale to Hewlett. Może być coś ważnego, i nie związanego ze sprawą…
- Słu-cham… - krzyknęłam.
- Deszczu, co ty odwalasz?
End call. Stefan uśmiechnął się pod nosem.
- Telefon zaufania?
- Tiaa… Hewlett to jego kumpel od gówniarza. Będzie trzymał jego stronę, ale już niedługo, mój plan…
- Wiedziałem! WIEDZIAŁEM!
- Co …
- Wiedziałem, no po prostu wiedziałem, że ty tak łatwo nie odpuścisz!
- Ależ odpuszczę, tylko pozostawię po sobie ślad… - uśmiechnęłam się szyderczo. Było już koło 21, czyli po otwarciu bramy, ludzi zaczęło przybywać.
- To co takiego przygotowałaś… ?
- E, nic takiego. Po prostu zafundowałam mu wyjazd z mojego życia za państwowe pieniądze. – parsknęłam. – Stefan, kończy mi się…
- Całej już ci nie dam. Co najwyżej pół, bo mi tu zejdziesz na tamten świat.
Do baru wszedł Hewlett. Sam. Szybko wyszukał mnie wzrokiem i przysiadł się, obracając mnie ku sobie. Popatrzyłam na niego zapijaczonym wzrokiem.
- Co - ty – wyrabiasz. – wyrecytował.
- A może jakieś, cześć, hejka, na początek, a nie mi tu z taką spycharą wyjeżdżasz przed orkiestrę… - parsknęłam.
- O co ci chodzi? Co on zrobił źle? – zaczął mi perswadować.
- On? On nic nie zrobił źle! Ktoś za to, zrobił dobrze… - roześmiałam się.
- On nie rozumie, za cholerę nie rozumie! Wini się, że to może przez to odstawianie, że może był za ostry i zbyt oschły, ale chciał cię w ten sposób utemperować… on chciał dobrze!
- Nie chodzi o to. – wysapałam, ze zdenerwowaną miną. – To nie chodzi o to.
- To o co, do jasnej cholery, bo moja cierpliwość, jako mediatora, powoli się kończy!
- Niech sobie przypomni, co robił dziś w gabinecie u siebie, z jakimś kompotem, i że ja miałam tam przyjść… nie ważne… Problem rozwiązał się sam! – wybuchnęłam ponownie śmiechem, machając kieliszkiem…
- Nie rozumiem cię…
- Nie musisz.
- No ja nie, ale on...
- Ale on wie, tylko ci nic nie mówi! – zaczęłam machać palcem. – Dobrze wie, co zrobił, ale mu wstyd!
Hewlett, znerwowany, wstał do wyjścia, spojrzał na butelkę i na Stefana.
- Ile już wypiła?
- Tę jedną pije od 17…
- Więcej jej nie dawaj.
- Ej, ty! – krzyknęłam do Hewletta, który już się obrócił do wyjścia. – Nie będziesz kurde rządził w moim życiu! Robię co chcę, i…
- Żyję swoim życiem. Tak, tak, znam to. – odwrócił się. – Tylko pamiętaj, że ja twoich zwłok nie mam zamiaru identyfikować jutro w kostnicy. Widzimy się jutro, na razie. – odparł oschle, i wyszedł, mijając w wejściu Wenoma i Kubę, którym nawet nie odpowiedział należycie – cześć. Potem popatrzyli na mnie, i podeszli.
- Nie idziesz do Rezerwuaru? – zapytał Wenom.
- Nie… - mruknęłam popijając. – Dzisiaj nie.
- Wenom mówił, że idzie dzisiaj na dziwki, także jest nieosiągalny… - parsknął Kuba.
- Tak. Znaczy, przyszedłem w poszukiwaniu łatwych łani, a ty Kuba, pilnuj Deszczowi dupy, co by mi się nie nawinęła pod…
- Dobra, dobra, ja mogę być pijana, ale nie aż tak!!
- Widzę parę kompocików na trzeciej. Bywajcie!
Kuba usiadł przy barze i ze śmiechem patrzył na emeryta-podrywacza. Ja w tym czasie odpieczętowywałam nową butelkę.
- Pijesz? – spytałam Kuby.
- A niee, nie mam dziś ochoty.
Przerwałam odkręcanie na chwilę, popatrzyłam się, i kontynuowałam.
- Ty już wiesz?
- Wiem, Wenom opowiadał mi o tym świństwie… Szkoda, że go nie stłukł.
- Po pierwsze, to Deszczu tłucze, a nie za Deszcza, tak dla reguły. A dwa, że nie mam ochoty się pogrążać. Trzy, że nie chcę tego roztrwaniać na kawałki, żebym się sama posypała…
- … ty go naprawdę kochałaś…
- Nie, ku*wa, na niby. Pewnie, że naprawdę. Nigdy w życiu się tak nie czułam, i daję sobie rękę uciąć, że nigdy w życiu podobne uczucie mi się nie zdarzy… - zaczęłam powoli się łamać.
- Nie powiem ci, że cię rozumiem… znaczy w pewnym sensie. Ale może, warto było dać mu szansę?
- Dałam mu szansę, chyba nawet kilka… Nie jestem Szansa na Sukces, że będę oczekiwać, aż po którejś się wybije, bo się nie wybije, a jak się wybije, to kurde po pięćdziesiątce. Nie chcę czekać, ale… Ale to już koniec…
- Tylko, że…
- Nie obstawaj po jego stronie, bo ci nagadam jak Hewlettowi… - krzyknęłam, popijając.
- Widziałem.
- No właśnie, Kubusiu, grunt to widzieć i słyszeć… Nie wiem jak się po tym pozbieram, nie wiem co będzie jutro, ale wiem jedno. Dziś rano ostatni raz go widziałam w życiu. I nigdy więcej nie chcę widzieć, rozumiesz? Nigdy…
- Chyba go nie zabiłaś…?

- Nie, no coś ty, wpakowałabym się do paki, tylko dla zemsty? Zemsta ma być na nim, nie na mnie… - w tej chwili spojrzałam w drzwi… Za szybą stał Hewlett, i coś tłumaczył… Ray’owi. Strasznie usilnie, a on spoglądał na mnie, z takim płaczliwym zrezygnowaniem, jakby jego serce ktoś w tej chwili kroił na kawałki, po to, aby można było te kawałki upiec, i nakarmić biednych. Chciał wejść, ale Hewlett chyba najwyraźniej bał się rzeźni. Wiedział, że głupią butelką potrafię zabić, a bez niej - także. Wiedział, że ta furia, która siedziała w moim sercu, uwolni się, jak wrócę do domu, i porozwalam wszystkie meble, potłukę obrazy, talerze, szklanki, lampy, żarówki. Nie chciał, aby coś stało się jego przyjacielowi. Nie chciał, aby też na to patrzył. Tak myślę, że tak myślał…

sobota, 25 października 2014

Hammer to fall

Kolejnego dnia poszłam do pracy. Wiem, że Ray jeszcze miał dziś coś tam załatwiac, więc poszłam do gabinetu z lekarzami, w którym dyżur pełnił dziś on. Chciałam mu dać kluczyki do samochodu (a uwierzcie, że to jest szczyt mojego zaufania!), bo emką, to nie da rady biletu chociażby kupić. Janusze kierownicy nawet jak znają angielski, to powiedzą że nie rozumieją.

Miałam już tam wejść, ale usłyszałam jakieś dwuznaczne głosy i odgłosy. Śmiech przeplatany krótkimi, ale jakże wymownymi dialogami, i takim głębokim oddychaniem. Można by powiedzieć śmiało, że na moje oko, ktoś tam komuś robi dobrze, i to bardzo dobrze. Stanęłam jak wryta pod drzwiami, i z lekka wściekła. Brew mi ustawicznie dygotała. Usiadłam obok i słuchałam dalej.
- …hmm… honey, you are doing it the best… arghhh… humph… ohhh yeahh… - było słychać męski głos. Tylko męski. Ale ja już wiedziałam, co tam się dzieje. Z wbitym wzrokiem w podłogę, zaciskałam pięści i myślałam co zrobić. Pójść i rozkurwić pierdolnik? O nie... pójdę do pierdla.
Wtedy napatoczył się Wenom, spojrzał na mnie, milcząc, potem spojrzał z zaciekawieniem na drzwi, i powrotem na mnie, popijając kawę.
- No, niezła klientka musi tam dobrze komuś…
- Nie kończ, wiem. – podniosłam rękę.
- Po co tu siedzisz?
Spojrzałam jeszcze na niego, z kluczami w ręku. Wenomowa mina, taka typowa, narkotycznie wesoła, zamieniła się w powściągliwą i baaaardzo wkurzoną, delikatnie mówiąc.
- Ależ ja zajebie chuja. – stwierdził, odkładając kubek na parapet i podwijając rękawy. Chciał już wejść, ale ja go powstrzymałam.
- Nie.
- Ty na takie kwiatki zezwalasz? – syknął piskliwie.
- Nie.
- Więc?
- Nie.
Całą ta idiotyczną rozmowę przerwał jęk rozkoszy tego kogoś kto tam był. Wenom jeszcze bardziej podsycony, niczym ogień benzyną, zapłonął niczym Arsenał i już był gotów wybuchnąć na pół dzielnicy, gdy stwierdziłam, że to nie ma sensu, i że chodźmy stąd.
- Ja pieprzę, Deszcz, ty to tak zostawisz?
- Nie.
- Czy w twoim dzisiejszym słowniku, jest inne słowo niż nie?
- Nie. Nie i nie. Na następne pytanie też odpowiem nie. Zrobię to tak, żeby jak najszybciej zapomnieć i dać sobie szanse nieprzeżywania tego, w jakiś ceremonialny sposób. – powiedziałam, wyciągając telefon. W dalszym ciągu siedzieliśmy pod salą. Zadzwonił telefon, co ten skwitował zwykłym – oh, fuck. Wymownie zerknęłam na Wenoma, którego mina przypominała mi Tytusa Bombę, z paroma zębami na wierzchu. Mi się zeszkliły oczy, bo znów mnie oszukano. Wzięłam wstałam i wyszłam z tamtej części budynku.
Wenom podążał za mną, ciumkając słomkę od kubka, weszliśmy razem do gabinetu i usiadłam do biurka.
- Świństwo. – podsumował krótko.
- … mówisz? Chodzi ci o sam fakt, czy sam sposób? – parsknęłam z ironią.
Popatrzył z litością i z uśmiechem.
- Oczywiście że sam fakt. Sposób jest jak najbardziej w porządku.
- Zawsze potrafisz pocieszyć. A więc tak – skoro mam tu papier, o rezygnacji, to ja zrobię inaczej. Jeszcze go Frankowi nie oddałam.
- Czyli?
Rozdarłam podanie o zwolnienie.
- Aha. Mów dalej.
Wzięłam się za komputer.
- … z racji oszustwa na Sztabie Armii Stanów Zjednoczonych Ameryki… uzurpuje się o zwolnienie dyscyplinarne z kursu, w trybie na-tych-mias-towym. Podaje się również polecenie, aby rozpatrzeć tę sprawę w ojczystym kraju… ecie pecie… podpisano… major Deszcz…
- Geniusz zła. - orzekł Wenom.
- Otóż właśnie. – znów wzięłam wstałam i poszłam do Franka.
Pod gabinetem pustki, więc od razu sobie weszłam, bez pukania. Widok tam zastany, przeraził mnie jeszcze bardziej, niż to, co słyszałam przed chwilą.
Błaszczyk.
Klimczuk śmiał się z nim do rozpuku, a kiedy zobaczył mnie w drzwiach (a kiedy zobaczył mnie jeszcze Błaszczyk), uśmiechnął się krótko, na moją zdziwioną minę. Błaszczyk z lekka się uśmiechnął i westchnął.
- Proszę, proszę. Mój ulubiony pupil i gwiazda więzienia. Dalej nie salutujesz, mój ty psotniku?
Pomachałam trochę kartką, cedząc – pierdol się, pierdol się. Podałam ją Klimczukowi (który moim cedzeniem był wyraźnie nieusatysfakcjonowany) i chciałam już wyjść, gdy Franek ozwał się demonicznym śmiechem.
- Mścisz się za coś, Deszczu?
Odwróciłam się z szelmowskim uśmiechem.
- Nie-e. – i wyszłam. Wchodząc do gabinetu, zamknęłam drzwi i usiadłam za papierem. Pierdolnę takie kazanie, takie forever gudbaj że nawet wizy nie dostanie.

Nie wiem jak zacząć ten list, a raczej wytłumaczenie tego wszystkiego co ma się stać w nadchodzących dniach. W zasadzie to ty powieneś się tłumaczyć, nie ja, ale już nie o to tutaj chodzi. Znam swoje wady i nikt nie musi mi ich wypominać. Zwłaszcza osoba która ponoć mnie kocha. To tak pro forma, bo nie chodzi tutaj o mnie.
Byłam pod twoim gabinetem aby dać ci klucze do auta. Wiesz ile to dla mnie znaczy, a chciałam tylko, byś nie musiał mieć nieprzyjemności związanych z jazdą komunikacją miejską. Ale może i dobrze że poszłam i się dowiedziałam czegoś, co utwierdziło mnie w przekonaniu, iż nie powinniśmy być razem. Jeśli dla ciebie "kochaniem" może być byle jaka inna szmata, byle chętna do loda, to ja stanowczo dziękuję
Nie rób scen, to ani z mojej strony, ani z niczyjej ręki nie dostaniesz za nadobne. Zbieraj graty, pakuj się i wyjeżdżaj czym prędzej. Dla mnie nie istniejesz.
Od dzisiaj, dla ciebie
Major 
 
 

Taką oto karteczkę położyłam u siebie na biurku, nie myśląc nawet o tym, że napisałam ją po polsku, czego adresat nie zrozumie.

I'm not in love, so don't forget it.
It's just a silly phase I'm going through.
And just because I call you up,

Don't get me wrong, don't think you've got it made.

środa, 22 października 2014

wokół mnie gorąco... bezpiecznie. słońce topi serce... bajecznie

Ray przystanął, i nie obróciwszy się, mruknął tylko:
- Because Xanax, that’s why. Bo tak. – odparł ozięble.
Zacisnęłam wargi i wciągnęłam ciężko powietrze. Popatrzyłam znowu w okno.
- I won’t take it. Nie wezmę tego. – ryknęłam bardziej stanowczo, lecz nie tak, jak zwykle.
Ray idąc ku kuchni obrócił się i powiedział:
- You mustn’t. You mustn’t do anything, it’s your life. But don’t break life other people, by the way. Nie musisz. Nic nie musisz robić, to twoje życie. Ale nie łam życia innym ludziom, ot tak przy okazji.
Odwróciłam się i padłam w poduszkę. Chciało mi się płakać. Chciało mi się tak ryczeć, ale nie mogłam. Schowałam głowę pod poduszką i myślałam zawzięcie, jak jest mi cholernie wstyd, jak mogę robić takie świństwa, bez kiwnięcia palcem czy mrugnięcia okiem. To całe zło, które wyrządzam w pracy, przenosi się na moje własne podwórko, czy tego chcę, czy nie. Zaczynam zabijać wokół siebie i samą siebie, a prawem jest, aby nie palić własnego domu…
Podniosłam się po raz kolejny, z chęcią zmiany i werwą, aby przejść ostateczne katharsis, ale nie aż tak głębokie, żeby wytrzeć z siebie cechy unikalne, za które lubię siebie samą. Wstałam i ubrałam się w dres, podeszłam do drzwi, co wyraźnie zauważył Ray, i ze zdziwieniem patrzył na to, co chcę zrobić. Dumnie założyłam adidasy, zarzuciłam kaptur na głowę. Tak jest! Zmienię się! To dziś dzień, będzie przełomem, będzie zburzeniem pieprzonego muru berlińskiego, i wynalezieniem prądu, o! Jehaha! Na przekór skurwysyńskiemu życiu, ot co! Yippie-ka-yay, motherfucker!
I wyszłam na korytarz, stanęłam przy windzie, drzwi od mieszkania otworzyły się, i spoglądał z nich Ray. Ja natomiast z szerokim uśmiechem zamachnęłam się, aby przycisnąć uroczyście przycisk do przywołania windy, i patrząc na Raya, uderzyłam z całym impetem w ścianę, na co się skrzywiłam i jęknęłam, chuchając na palec. Coś w rodzaju uśmiechu przemknęło po jego twarzy. Jeszcze raz, tym razem, uważając, co bym trafiła w guzik, zamachnęłam się o jakieś 70 cm mniej i pół centymetra przed przyciskiem zatrzymałam palec. Przypomniałam sobie, że właściwie, gdzie ja idę konkretnie? I po co?
Ściągnęłam kaptur i prześlizgnęłam się w drzwiach, obok wyraźnie już rozbawionego Raymonda. Ten tylko zamknął drzwi za mną, i wrócił tam, gdzie stał – do kuchni. Ja natomiast usiadłam jak psychol na kanapie, stercząc na wznak i patrząc się na program telewizyjny.
Mecz piłki ręcznej Polska – Niemcy! Ło kurna, jak można było by zapomnieć! (można by było, jak się dwa dni przespało)
Natychmiast wpadłam w euforię i z zacięta miną uruchomiłam telewizor, z rykiem – trza lampy grzać, będzie Grunwald!
Momentalnie znalazłam się obok lodówki i z szyderczym uśmiechem otworzyłam ją. Przeszukując półki natknęłam się na wyraźny deficyt pifka. Grzebałam dalej, dalej i głębiej (dalej dalej, ręko Gadżeta!), aż w końcu wytargałam jakiegoś podstarzałego Leszka, i tuląc znalezisko w dłoniach, oświadczyłam, że ‘należy iśc po pifko’. Ray, słysząc moje postanowienie, szybko spojrzał się na mnie i momentalnie wyrwał mi Lesia z rąk, spoglądając bardzo surowo. Moja ujarana dusza, była wręcz spłakana utratą nowego przyjaciela.
- No way. Nie ma mowy. – mruknął, kręcąc głową.
- But meczyk …!? Ale meczyk!? – zająknęłam.
- But Xanax … ? Ale Xanax?
Zrobiłam ‘szmutnom minem’ i poczłapałam do pokoju, z wyraźnym niezadowoleniem. W połowie drogi przystanęłam i odwróciłam się, podeszłam do szafki i wyciągnęłam chipsy. Potem sięgnęłam do górnej szafki i wyciągnęłam tonik. Ray w tej samej chwili kazał dać ten tonik do kontroli, czy coś jest może nie w porządku z zawartością, jak z tabaką. Nalał sobie połowę szklanki i patrząc na mnie trochę upił, po czym skrzywił się i wypluł do zlewu.
- What the … it is? Co … to jest?
- Soda plus quinine, all together – tonic. Soda plus chinina – razem: tonik.
- Disgusting. Obrzydliwe.
- But good replacement of alcohol… Ale dobry zamiennik alkoholu. - odparłam smutno.
Jak to polska reprezentacja, przegrywała ostro w pierwszej połowie, i tak mnie to zdenerwowało, że cisnęłam pilotem o podłogę, wyraźnie strasząc Ray’a. Klęknęłam przy szafce pod ekranem i wyciągnęłam jedno pudełko z szuflady, dosyć grube i takie, jakby z ‘jedynką z Championa’1, z dumnym napisem ‘GDY CI SMUTNO, GDY CI ŹLE…’.
W rzeczy samej – Kapitan Bomba!
Znalazłam odcinek, na którym zakończyłam ostatnie oglądanie, i odpaliłam. Usiadłam wygodnie na kanapie, a Ray, stojąc przy stoliku barowym, z uśmiechem zaczął patrzeć się w ekran.
- I don’t understand anything, but it must have instructive translation, am I right? Niczego nie rozumiem, ale to musi mieć jakieś pouczające tłumaczenie, nie?
Odwróciłam się z miną Mckayli Maroney, i przycisnęłam opcję napisów po angielsku. Nawet nie wie jak się myli.
W tej chwili, Ray jakoś rozpromieniał, usiadł obok i śmiał się z tekstów, które mi są doskonale znane, dlatego teraz to mi coś w rodzaju uśmiechu czasami pojawiało się na twarzy. Poszłam raz się umyć i znów wróciłam na maraton. Około 23 coś mnie tknęło i odwróciłam głowę do niego.
- You are gonna leave me? Zostawisz mnie?
Ray popatrzył na mnie, z lekkim uśmiechem, przysunął się bliżej – bo siedział na drugim końcu kanapy – i wyszeptał ‘strasznie mnie do tego prowokujesz, ale tego nie zrobię, chyba że bardzo będziesz nalegać’. Pod wpływem tego dwuznacznego tekstu, spaliłam buraka i spojrzałam się powrotem na Bombę. To jest takie dwulicowe. Ray tymczasem nie powrócił na swoje miejsce, tylko odgarnął moje włosy i położył swoją głowę na moim ramieniu. Wydawało mi się to dosyć dziwne, a na pewno bardzo pedalskie, i takie e. I chyba to wyczuł, bo za chwilę wstał i powiedział coś, że nie chciałby być niegrzeczny, ale chce iść już spać (a śpi na sofie, na której ja siedzę)… Podniosłam się, wyłączając telewizor i bez słowa powędrowałam do siebie, przymykając drzwi, w sumie nie wiem po co.

1Najtańszy, ekonomiczny