Chanka

Chanka

poniedziałek, 7 lipca 2014

Rape me.. rape me again...

Wszyscy nagle weszli, i myśleli, że wybiorę Baśkę. Widziałam jej minę, nie wiedziała po co weszła, ale tam stała. Dobrze wiem, że jakby miało coś mi się stać, to ja sama lepiej się obronię, a nie broniąc dwóch osób. Jeśli to miałaby być kobieta, to musiała by być taka osoba jak ja. A takich nie znam… Wybrałam wtedy Aide. Z wiadomych przyczyn – ochronił raz, to i ochroni drugi.
Chwilę potem zostałam opatulona w koc i wyprowadzona na zewnątrz. Wręczyłam mu klucze do auta i mruknęłam, aby uważał, bo o ten samochód dbam bardziej niż o samą siebie. Adres znał, bo jeździł swego czasu, kilka razy z Hewlettem, zresztą, przyznajmy szczerze… blok jest w połowie zamieszkany przez ludzi z mojej roboty, głównie biurkołazów, niezdolnych do innej roboty niż przekładanie papierów i ochrzanianie ‘fizycznej hołoty roboli’. Ostatnią rzeczą jaką chciałam tam zobaczyć, to była Pani Monitoring… jej szczęście, że nie było jej tam, zresztą było dosyć późno.
Wlazłam na chatę i cicho przedstawiłam plan mieszkania, co gdzie jest i chciałam poprzynosić jakieś rzeczy, żeby nie spał jak żulu na dworcu, na co on odparł, abym tylko pokazała, skąd ma wziąć sobie te rzeczy, sam sobie poradzi. Zapytał, choć uprzedził że to głupie, czy może chce się napić czegoś ciepłego, może porozmawiać… na co odpowiedziałam milczeniem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę jak w obrazek i się zamyśliłam. Krótko powiedziałam że idę do łazienki i że wrócę za moment. I to był chyba pierwszy i ostatni schodek do wielkiego dołu…
Kiedy tam weszłam, rozebrałam się do końca i nie mogąc na siebie patrzeć, ubrałam jakiś przyduży, charakterystyczny dla mnie t – shirt i weszłam pod prysznic. Cholernie zimny prysznic. Ryczałam jak bóbr, lecz bezszelestnie. Krzywiłam się  i szlochałam, ale uważając, aby nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Oparłam się o ścianę i osunęłam w dół, pozostając nadal w zasięgu lodowego orzeźwienia, i dokładnie wtedy cały ten mały płacz, i to utrzymywanie go w tajemnicy runęło, jak misternie układana jenga… Wtedy się posypało. Naprawdę zaczęłam płakać i to nie był ryk wściekłości, taki dla mnie normalny. Płakałam ze smutku…
I wtedy rozległo się pukanie do drzwi łazienki, i pytanie czy wszystko jest w porządku… Na początku potwierdziłam, że nic się nie dzieje, ale potem wybuchłam jeszcze większym płaczem. Zapytał czy może wejść, ja odparłam obojętnie, że w tej chwili, to mi to wszystko jedno… Wszedł i popatrzył na mnie takim troskliwym wzrokiem… Ukląkł i uciszył mój syberyjski deszcz. Patrzył mi prosto w twarz  i mówił coś, ja patrzyłam się na podłogę, w dalszym ciągu płacząc. Palcem podniósł moją głowę i kazał na siebie spojrzeć, wstać i dokończyć to co chciałam zrobić, i żebym zaraz przyszła do salonu, asap.
Weszłam do salonu wtedy w takim debilnym stroju – otóż założyłam tę mokrą koszulę na inną koszulkę, i przepasana byłam szlafrokiem, nie wspominając o jednym kapciu na nodze. Kazał mi usiąść, co też zrobiłam, ślepo wpatrując się w wielką fototapetę z Freddie’m Mercurym, Queen, Pink Floyd, Davidem Gillmour’em, Rogerem Waters’em, Bon Jovi’m no i oczywiście Johnem Taylor’em, tym basistą, plus Duran Duran.

Wtedy miałam straszną ochotę pójść posłuchać muzyki… Wtedy zamyślenie przerwał mi Aide, który zaproponował, aby się jakoś ubrać inaczej. Podał mi koszulkę do spania, portki do spania i bluzę, w której mam zwyczaj łazić po moim domu na co dzień. Z totalną obojętnością, ściągnęłam obecne, przemoczone ubrania po drodze do łazienki, której drzwi nawet nie zamykałam, bo mnie to po prostu nie obchodziło. Przebrałam się w łazience i wracając do sofy, zebrałam ubrania i rzuciłam do kosza do prania. Usiadłam, opatulając się kocem i w dalszym ciągu wpatrując się w fototapetę. Usiadł na drugim końcu sofy i również spojrzał na fototapetę. Po chwili konsternacji, zapytał czy to moi ulubieńcy muzyczni, na co pokiwałam głową, potwierdzając. Zapytał, za co lubię te zespoły. Odparłam że to są moi przyjaciele, bo wybierając odpowiednią muzykę, zawsze pomagają wyjść z trudnej sytuacji. I że dziś zawiedli, bo nie robią piosenek o gwałtach. No chyba że Nirvana, ale ich na fototapecie nie było, nie wielbię ich ale też nimi nie gardzę.
Zapikał czajnik i Aide wstał do kuchni. Przyniósł mi gorącą czekoladę. Nie wiem czy ktoś mu kiedyś powiedział, a może i sam zauważył, że lubię gorącą czekoladę. Tuląc kubek, patrzyłam gdzieś bezcelowo, po pokoju. Aide robił to samo, gdyż mimo iż wiele razy tu był, nie przyglądał się ścianom. Pytał czy gram na gitarze, skoro mam tyle gitar na ścianach, na co ja wskazałam kąt ze skrzyniami Marshalla i Voxa, co wskazywało, że są tu też wzmacniacze, czyli że gram. Zapytał na czym jeszcze gram. Wstałam i chyba myślał że mam dosyć tej głupkowatej rozmowy, ale jakoś nie zdawała mi się specjalnie głupia. Nie denerwowała mnie, i tyle dobrego, nie… Wstałam aby ściągnąć brezent ze starego fortepianu. Żaden to Bechstein (A ZA CHINY ŻADEN BECHSTEIN W MOIM DOMU NIE POSTANIE), tylko jakiś tani Kawaii. Nie gram dużo, nie mam czasu, to po co mi. Poprosił, abym coś zagrała, na co stwierdziłam, że nie mam w głowie żadnej piosenki, która by mi jakkolwiek umiliła ten felerny moment. Odparł, że on może coś zagrać, na co wyciągnęłam taborecik spod pianina i gestem ręki, zaprosiłam do gry. Usiadłam na klapie fortepianu, która była zamknięta, aby nie wkurzać sąsiadów grą.
I wtedy mnie pogięło. Dlaczego?
Przyznaję. Wtedy stało się coś, co nie powinno mieć miejsca. Coś za co mogli mnie śmiało wywalić z pracy. A dlaczego?
Aide zagrał Careless Whisper Georga Michaela… Ta piosenka wprawia mnie w coś gorszego niż mąka bądź po niej uczucie. Wyzwala we mnie dziką ochotę, jeszcze dzikszą niż tę, którą opowiadałam Hewlettowi… Patrzyłam się na tego człowieka, a w myślach latało mi wszystko, jakbym się w nim zakochała. Patrzyłam cały czas w jego oczy, jakby był zawsze mój i bez skrępowania odgarnęłam grzywkę z jego czoła. Spojrzał na mnie z takim lekkim niedowierzaniem, lecz z uśmiechem. Uśmiecha się tak pięknie i szczerze, ja nie widzę u siebie nic śmiesznego. Ma te swoje srebrzyste oczyska, łypiące na mnie z radością, ale widzę za nimi coś innego, coś co ma każdy mężczyzna w głowie. Bo jakby inaczej… to byłby pedał.
Kiedy zadzwonił telefon, ogarnęłam że tu coś się dzieje co nie powinno. Natychmiast po dzwonku zaczęłam myśleć, co ja do jasnej cholery robię. To tak nie może być, to będzie najtrudniejsza noc. Przemóc swoje pragnienia, nad rozumem.
Ale dalej nie mogę oderwać swojego wzroku. Siedzę jak idiotka na fortepianie, kompletnie nie myśląc, że to stary fortepian i może nie wytrzymać mojego ciężaru. Ja dalej patrzyłam na niego. Jak na wybawcę, anioła, mojego rycerza na białym koniu który mnie uratował przed złem, który się o mnie troszczy, dba aby nic mi się nie stało!
Ja pieprzę. To mi dalej nie wychodzi. I dostaje jakiegoś krejzola, czy to jakaś padaczka, albo schiza pogwałtowa? Że strasznie chcę się zbliżyć do kogoś, do kogo nie wolno!? Nu, nu, nu!
Odłożył telefon, mówiąc że to był Hewlett, coś tam coś tam. Nie słucham. Patrzę na jego usta jak mówi.
Jejku, po raz kolejny w jakimś szoku powypadkowym dostrzegam piękno opiekującego się mną mężczyzny, i jeszcze żeby było lepiej – tego samego. Może to nie był przypadek?
Cholera, z wrażenia aż usiadłam, a on znów, na drugim końcu kanapy. Zapytał, czy jeszcze czegoś potrzebuję. Spojrzałam na niego i twardo, władając umysłem zarządziłam czas spania. A jak…
Leżąc w łóżku, przekręcałam się na różne strony, w różne modyfikacje, od spławika, aż po jakieś rozgwiazdy, z kołdrą i bez kołdry, lub częściowo. Nic z tego. Na dodatek poprzednią sytuację przysłoniła mnie ta zła. Ta negatywna myśl… bo… nie sądziłam że przebywam w otoczeniu takich zwierząt, które kompletnie instynktownie wybierają sobie osobę, tylko dla jednej rzeczy. Co za świństwo i zezwierzęcenie.
Godzinę później miałam kompletnie do dziurki w nosie tego co się stało. Tak bardzo chciałam, aby zamiast Aide, była tu Baśka, która by mnie pocieszyła, porozmawiała, przytuliła i powiedziała coś ciepłego. Wybór między leczeniem psychiki a bezpieczeństwem, wygrała potrzeba ochrony. To co potem zrobiłam, zahaczało o paragraf, i pamiętam ile myślałam, czy iść tam czy może nie…
Weszłam do salonu, gdzie spał Aide. Stanęłam w wejściu i spojrzałam na niego. Również nie spał. Zapytał ostentacyjnie, czy coś się stało, na co ja pokręciłam głową, że nie i zaczęłam z nerwów obgryzać paznokcie. Stwierdził wtedy, że chyba się czegoś boję, na co ja odmówiłam, po czym kręcenie głową na boki zmieniło się na przytaknięcie… wyszeptałam że nie mogę spać bo mnie dręczą różne myśli i boję się sama tam siedzieć, znaczy leżeć. Wstał i podszedł do mnie, by zrobić to czego oczekiwałam. Objął mnie, głaskając po głowie, ja zaczęłam płakać, a on przytulił mnie mocniej i uciszał mnie spokojnie… Szeptał mi do ucha słowa otuchy a ja powoli się uspokajałam. Zadziałało, ale tylko na płacz. Bałam się dalej, bo upadałam w ten wcześniej wymieniony dół coraz głębiej i głębiej. Wtedy spytał o coś, przez co naprawdę zrobiło mi się głupio i niezręcznie. Zapytał, czego od niego oczekuję… brzmiało to trochę jak jakaś sugestia, a może tylko dla mojego wypaczonego umysłu brzmiało to dwuznacznie, nie wiedziałam co wtedy powiedzieć. Po chwili zastanowienia się, wzięłam go za rękę i zaprowadziłam do sypialni. Chcielibyście abym to zrobiła, nie? Heh, nie… To nie w tym celu, trzymałam się na krótkiej wodzy. Powiedziałam mu, że chcę, aby był tutaj i mnie pilnował. Że potrzebuję wsparcia w zasięgu pola widzenia, i że może usiąść na łóżku, bądź na nim się położyć, ale żeby sobie nic nie wyobrażał, bo zupełnie nie mam ochoty myśleć o tych sprawach.
Jedno powiedziałam, a tak naprawdę co innego myślałam. Strasznie chciałam wtedy zrzucić z siebie ubranie i stracić dziewictwo z tym człowiekiem, chciałam mu jakby odwdzięczyć się za to co zrobił, ale to byłoby niewiarygodnie głupie i niemoralne, a do tego – zupełnie nie w moim stylu… Szczerze pragnęłam, aby ktoś pokazał mi miłości chociaż przez tę jedną, najtrudniejszą noc, zaopiekował się mną i uświadomił mi, że nadal jestem pełnowartościową kobietą, która zasługuje na troskę i delikatność.
Mimo tego, nadal nie mogłam spać. Siedział obok, potem leżał i jak tylko obrócił się na bok w moją stronę, aby mnie przykryć kołdrą, zatrzymałam jego dłoń blisko siebie i przytuliłam. Chyba trochę się nie spodziewał takiego obrotu sytuacji, ale nie przeczył mojemu zachowaniu, lecz się do niego dostosował. Dzięki jego męskiemu ramieniu, po kilku chwilach, zasnęłam.
Obudziłam się w jego objęciach, był bardzo blisko mnie, a ja czułam się trochę dziwnie, może dlatego że nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Trzymał dłoń na moim brzuchu, gdzieś na żebrach, pod mostkiem i to było takie właśnie emocjonujące, on czuł bicie mojego serca, a ja na plecach czułam jego serce. Gdy tylko się poruszyłam, jego serce zaczęło walić jak szalone.
Chyba coś mi się popieprzyło.

Kolejną noc spędziłam już sama, już zapominałam o tym, co się stało i tej więzi między mną i Aide. Jakakolwiek by nie była – nie ma prawa istnieć… ech.

niedziela, 6 lipca 2014

"Rape me, my friend..."

Było to w czasie między aniversarami numer dwa, czyli tymi ostatnimi a przyjazdem, powinnam napisać odwrotnie. Jak zwykle, nocny dyżur, około dwudziestej szajba na prysznicach, i potem spokój. Gazetka, fajeczka, spojrzenie, gazetka, fajeczka, spojrzenie. Ewentualnie tylko gazetka i fajeczka. Dokładnie podczas tego ‘ewentualnie’ naszło mnie na potrzebę wstąpienia do Świątyni Dumania, czyli toalety. Poszłam do zwykłego szaletu, tego dla każdej klasy pracowniczej, i wracając ciemnawym łącznikiem, ktoś mnie złapał od tyłu i zakrył usta. Po krótkim fajcie, próbowałam uciekać, ale świeżo umyta podłoga i szmata na podłodze, uniemożliwiły mi ucieczkę. Wyrżnęłam jak Mateja na buli i zostałam zaciągnięta we wnękę. Gościu, naprawdę jakiś zdesperowany, z dzikością zrywał ze mnie pas a ja, szamotałam się we wszystkie strony, nie mogąc się ruszyć, gdyż wcześniej zadbał o to, aby moje ręce były poza zasięgiem jego głowy, z której miałam ochotę wydrapać oczy. W pewnej chwili ktoś wszedł, i … skończyło się. Wy wiecie kto to był.
Aide.
Można by się nawet teraz zastanawiać, w kontekście że Aide to Ray, być może ten „raper” był najęty przez niego aby zyskał w moich oczach. Takie przypuszczenie, ale tego nie wiedziałam. Kiedyś się spytam.
Kontynuując, zapłakana  uklękłam w kącie wnęki, ukrywając twarz. To był rzadki widok, aby zobaczyć mnie jak płaczę. Pamiętam że Adieu podszedł i podniósł mnie, i przytulił, głaskał po głowie, ja za to wypłakałam mu i zawilgociłam mundur, a raczej piżamę. Gdyby tamtędy nie przechodził, prawdopodobnie ja już bym nie żyła. Sama bym się zabiła po takim zhańbieniu, jeśli nikt by za mnie tego nie zrobił. Skoro nie liczę się z życiem innych, to i ze swoim się nie liczę. Taka reguła.
Zamulona, siedziałam potem w zabiegowym, u Hewletta. Jaką minę miał wtedy, zapamiętam do końca mojego życia. Hewlett nigdy, ale to nigdy nie pokazuje swoich czułych stron, w sensie że nie płacze, nie wzrusza się… Zawsze jak to robi, to dla żartu, na pokaz, lub na podstawioną sytuację. I zawsze widać że to fałszywe, bo kiepski z niego aktor. Tym razem, widać było co czuje. Był taki jakby trochę zmartwiony, nuta współczucia i tak jakby ktoś mu zabił kicię, w wieku pięciu lat. Tak było w pierwszej chwili, bo potem widziałam, jak i on trochę współodczuwał to, co mnie spotkało. To jest właśnie rola przyjaciela.
Podobnie zresztą było z Wenomem, bo o Kubim nie ma co mówić. On zawsze pokazuje to, co czuje. Wenom natomiast był taki sam jak Hewlett, tyle że miał ochotę przyrżnąć temu, kto próbował to zrobić. Pamiętam to dokładnie, gdy siedzę jak debil, jak niepełnosprawna istota na leżance, z worami pod oczami od płaczu i potarganymi ubraniami… Oni dookoła, siedzą na innych krzesłach, nie podchodzą, bo nie wiedzą jak się zachować. Wiedzą kim są i co mają w spodniach. Nie chcą podchodzić, bo ja mogę odczuć zagrożenie, które zawsze bagatelizowałam i powinnam bagatelizować. Co gdybym myślała u siebie w pracy tak o każdym, kto przychodzi do mojego gabinetu? Broniła się przed jakimkolwiek kontaktem i zostawaniem sam na sam, a choćby z Frankiem? A wiadomo czy to nie stary zboczeniec? A Wenom? To już w ogóle. To jest zboczeniec. Tak właśnie… wtedy dookoła siedzieli oni, w pewnym momencie wleciała Baśka, i aż mi głupio było, że ktoś ją ściągnął tu po nocy. Kazała im wszystkim wyjść, a no i przyszła z … kobietą od spraw kobiecych. Wyobraźcie sobie moją dziką negację położenia się na samolocie, w celu sprawdzenia, czy nic mi rzeczywiście nie zrobił, jak mówiłam. Powiedziałam. Tylko raz powiedziałam co się stało i nigdy więcej nie zeznałam, bo nie chciałam  wracać, chciałam zapomnieć i mieć to daleko w głowie, zakryte czarną płachtą i najlepiej to to w ogóle spalić, wymazać, zapić, zaćpać, zapomnieć… Nie położyłam się tam. Za Chiny Ludowe i Sułtanat Brunei, nie rozkładam nóg nigdy w czyjejś obecności. Myślałam że ta stara to wybuchnie zaraz na mnie, ale dobrze wiedziała że jej nie wolno. Byłam nie wściekła. Byłam po prostu smutna i tak jakby poczułam się jak szmata. Że tak prosto dałam sobą obrócić i mogło się stać coś, co miałoby wpływ na moje dalsze życie. Gdyby nie Aide, naprawdę, popełniłabym samobójstwo. Zżarło by mnie to uczucie zeszmacenia i kolejnego dnia, nie byłoby mnie na tym świecie…
Baśka próbowała coś do mnie przemówić, dać do zrozumienia, że nikt nie chce źle, przecież to kobieta jak i ty – tu se pomyślałam, że ciekawe, bo to może jakaś Grodzka, czy inny pedał – i daj spokój, nie rób scen, nie zachowuj się jak dziecko, weź się w garść, każda kiedyś musi w końcu tam usiąść, prędzej czy później.
Spojrzałam na nią wtedy, jak na kogoś kto kompletnie nie ma pojęcia o czym mówi i do kogo. Spojrzałam na nią jak na plebejskiego współpracownika, jak na kogoś niskiej rangi, dlaczego ja ludzi oceniam po tym, jaki mają pagon lub jego brak?!
Uświadomiła mi za chwilę przyczyny, dlaczego mam to zrobić, na co pokazałam jej zapięty pasek w moich spodniach i pokazałam ręką, że tu nic nie było.
Potem przyszła jakaś kobita i przedstawiła się, że jest psychologiem, że tu pracuje i wie kim ja jestem. Ja natomiast nie miałam zielonego pojęcia, gdyż z psychiką nigdy nie miałam problemu. Inni je z nią mieli. Zaczęła ze mną rozmowę, a raczej monolog, który prowadził do nikąd, typu – wiele kobiet było w twojej sytuacji, radzą z tym sobie, zawsze na początku jest uczucie przygnębienia. We mnie zbierały się siły, nie mentalne, a fizyczne, bo chciałam jej pokazać, co to jest uczucie przyzębienia albo lepiej – przygębienia. Ale się powstrzymałam. Nie robi nic złego, swoją robotę. Niech się wygada, tym prędzej wyjdzie. Jak randka w ciemno, nie wiadomo kto następny. Na koniec kazania, gdy zapytała, czy mam jakieś pytania, odparłam – czy mogę iść do domu?  Spojrzała na mnie tak głupkowato, jakby myślała, czy zapytam ją za chwilę jak się wiąże pętlę samozaciskową. W pewnej chwili powiedziała, że omówi to z kilkoma osobami i zobaczy co da się zrobić. I wyszła.
Ja natomiast siedziałam dalej, machając nogami, trochę się niecierpliwiąc. Zaczęłam nawet z nudów czytać jakieś pierdoły na tablicach instruktorskich, gdy wszedł Hewlett. Niepewnie podszedł do mnie, spoglądając mi w oczy i na ręce, naprzemiennie. Jakby mnie się bał. Zapytał czy może usiąść obok mnie, ja odparłam, że po co się głupio pyta, jakby to co się stało, zamieniło mnie w jakiegoś potwora, który odgryza wszystkim głowy w promieniu dwóch metrów. Rozmowę zaczął jąkając się, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. Ja wiedziałam o co chodzi. O to, że jestem jaka jestem i nie puszczą mnie na chatę, bo zrobię sobie krzywdę, tere fere kuku. Może i bym strzeliła sobie działkę, albo dwie… Jakąś wódę, i tak dalej, ale nic więcej. Mimo wszystko Hewlett mówił że albo zostanę wywieziona do szpitala publicznego, albo pójdę do domu, lecz nie sama. I że mam wybrać tę zaufaną osobę…

sobota, 5 lipca 2014

I feel so unsure, as I take your hand and lead you to the dance floor.

Kiedy zniknęli mi z pola widzenia, zdałam sobie sprawę, że nie wiem co mam robic. Iść od razu na lotnisko, ni be ni me, ni dzień dobry, ni spierdalaj… głupio tak. Wyszłam na ulicę i odetchnęłam świeżym powietrzem, odwróciłam się do szyb komisariatu i popatrzyłam na swoje odbicie. „Jak żulietta[1], jak żulietta…” – mruknęłam. I zero kapusty przy sobie, żeby się doprowadzić do porządku. Zero pomysłu, co robić, ani jak… Westchnęłam, i w tym samym momencie zagadał do mnie jakiś policjant, chyba jeden z tych co mnie zabierali spod pomnika Kopernika. Powiedział że tych dwóch pozostałych czeka w parku pod Hiltonem. Natychmiast ruszyłam w stronę Hiltona, a właściwie wybrzeża, bo za cholerę nie znam Chicago.
Idąc wybrzeżem, pomyślałam, kurde, na grzyb tam idę. Przecież sprawa jest skończona. Nagle podbiegł ktoś do mnie z tyłu, chciałam się obrócić i przylać, ale…
- Walk calmly, if not, I’ll put this knife between your ribs. Idź spokojnie, jak nie, to wsadzę ci ten nóż między żebra. – syknął. Przestraszyłam się, jakby mi ktoś groził. Bo w sumie grozi i to realna groźba. Uzmysłowiłam sobie że ten policjant to mógł być podstawnik, i pewnie tak było, kurna. W tej chwili zobaczyłam Ray’a idącego w moją stronę, też z jakimś gościem na karku. Po prostu super. Stanęli i zaczekali na mnie i moją karkówkę. Chwilę potem wpakowali nas do jakiegoś starego budynku, z wielkimi szybami, w jakiejś starej dzielnicy. Założyli worki na głowę i gdzieś zaprowadzili.
Siedziałam kilka godzin przywiązana do krzesła, nieruchomo i nie odzywałam się ani słowem. W pewnym momencie usłyszałam dźwięk przecierania czegoś. Obejrzałam się w każdą stronę, nasłuchując, skąd dźwięk pochodzi. Nagle wszystko ucichło i ktoś postawił krok, coś rzucił lekkiego na podłogę i podszedł do mnie. Nawet nie wiem z której strony i nie chcę nic mówić. Ten ktoś zabrał się za mój sznurek u rąk i zdjął worek. Złapałam tę osobę za dłoń, gdy uwolniła moje ręce, przywiązane do przednich nóg krzesła. Dotknęłam ramienia, szyi, twarzy i ust. I tu się zatrzymałam.
- What are you waiting for, Ray? Na co czekasz, Ray? – wyszeptałam.
-… recognized me by my lips. I didn’t know that. Rozpoznała mnie po ustach. No tego to bym się nie spodziewał. – szepnął mi do ucha, zdejmując worek.
Wstałam i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Oboje myśleliśmy, jak się stąd wydostać, ja stwierdziłam że standardowo, przez okno, na co Ray skwitował mnie głupkowatym wzrokiem, mówiąc że okno to nie jedyne wyjście w budynkach. No ale jeśli nie ma klucza? Trzeba szukać czegoś podobnego. Po za tym łaskawie poinformowałam, że muszę się stąd wydostać jak najszybciej i opuścić ten niewdzięczny kraj, bo mnie wyeksmitują na zawsze i jeszcze ukarzą.
Po kilku godzinach uznałam, że nie ma co się srać z tym kluczem, bo mimo rozbrojenia zamka, drzwi ani drgnęły. Są zablokowane z zewnątrz.
Ray nadal męczył się z drzwiami, ja natomiast zaczęłam przygotowania do ewakuacji przez okno. Akurat było dosyć nisko, bo tylko drugie piętro, co to dla mnie. Pozwiązywałam sznury, które wcześniej pozbawiały mnie wolności i utworzyłam linę o długości co najmniej trzech metrów. Otworzyłam okno, spojrzałam w dół, przywiązałam linę do słupa na środku pokoju i odciągnęłam zamkowicza do okna.
- It’s not high like you see from there. Nie jest tak wysoko jak się stąd patrzy. – wskazałam ręką. – Don’t be jessie. Nie bądź baba.
- I’m not. Nie jestem.
- Sure, I know, you don’t must prove it now, you can anytime you want, but take this rope and go. Jasne, wiem, nie musisz mi tego teraz udowaniać, możesz kiedykolwiek kiedy chcesz, ale bierz tę linę i idź.
- And what about you? A co z tobą?
- I’ll be second. Pójdę druga.
Ray zszedł po linie  wolno i ostrożnie. Zeskoczył na dół i spojrzał na mnie. Ja tylko wzięłam worki, każdy na rękę i zjeżdżając jak tarzan, w kilka sekund znalazłam się na ziemi.
- Commando are doing it this way. A tak to robią komandosi. – uśmiechnęłam się.
Ray tylko się roześmiał i kazał iść za sobą. Za chwilę wyszliśmy na główną drogę i złapaliśmy taksówkę. Wsiedliśmy oboje na raz i na raz powiedzieliśmy też cel. Ja – lotnisko O’Hary, Ray, jakiś konkretny adres. Spojrzał na mnie, ja na niego a taksówkarz zgłupiał. Zapytałam jaki mamy dziś dzień. Okazało się że ten sam co poprzednio, czyli mam co najmniej 12 godzin na wyjazd, więc potwierdziłam ten jakiś tam adres, którego ja nie powiedziałam.
Ów adres okazał się apartamentowcem CIA, takim jak i ten, w którym mieszkałam w San Francisco. Weszliśmy do mieszkania, strasznie niewielkiego i nie tak nowomiejskiego, jak ten, o którym wspomniałam wcześniej. Było to w miarę skromne mieszkanko, przy czym na tyle nowoczesne, że wszystko, za wyjątkiem łazienki, mieściło się w jednym, wielkim pokoju, poprzedzielanym tylko takimi mini ściankami. Zapalił światło, bo była już całkiem późna godzina, a to nie jakaś ciemna Afryka, że prądu nie ma. Położył kurtkę na komodzie i popatrzył na mnie. Odwróciłam się z uśmiechem i oglądałam dalej mieszkanie, stojąc w miejscu. Ray stanął za mną i odgarnął włosy z mojej szyi. Poczułam się trochę skrępowana, i się podenerwowałam.
- You’re wabbling. I’m scaring you? Trzęsiesz się. Przerażam cię? – zapytał, szepcząc mi do ucha.
- No, but… you are doing this in that way, like you want go to the bed. Nie, ale robisz to w taki sposób, jakbyś chciał do łóżka.
- I’m sorry, I’m trying to care of you. Przepraszam, staram się zadbać o ciebie. – dotknął mojego ramienia. - Wanna go TO bed? Chcesz iść spać?
- I’ve just said… Właśnie powiedziałam że…
- So, who’s thinking about it everytime? Więc, kto o tym myśli cały czas? – odparł ze śmiechem. – I meant, that you want get into bed. Miałem na myśli, że chcesz iść spać SPAĆ.
- Ough… umm, yes, yes… I’m very tired… A, mmm, tak, tak… jestem bardzo zmęczona. - zarumieniłam się. – You have any needless t-shirts, or something? I don’t have any, and I don’t wanna sleep naked. Nie masz jakichś niepotrzebnych koszulek, czy coś? Nie mam nic ze sobą, a nie chcę spać nago.
Ray roześmiał się i stwierdził że w ostatniej wersji mi najładniej, ale zrobi jak uważam. Przyniósł mi jakąś koszulkę której się utopiłam, strasznie długą, bo na szerokość to w miarę normalna. No ale musi pomieścić te pół dwumetrowej sylwetki. Pokazał mi sypialnię, zgasił światło gdy się położyłam i wyszedł…
Boję się tych idiotów z federałki.
Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. W perspektywie miałam cały pokój, z tymi durnymi ściankami, dzięki którym miałam jakąś manię prześladowczą, że ktoś za nimi stoi. Jedyne co mnie uspokajało, to noga Raya na kanapie, więc mam pewność, że nic się nie dzieje, bo by się obudził.
Chyba że odcięli mu nogę i zostawili.
Wkurzona wstałam  i usiadłam na łóżku. Czasami to pomaga, ale chyba nie tym razem, nie uda się. Weszłam do głównego pokoju i popatrzyłam na śpiącego, opierając się o róg ścianki. Poszłam dalej, do łazienki i obmyłam sobie twarz wodą. Spojrzałam na siebie, zgasiłam światło i wróciłam do pokoju, gdzie Ray siedział na kanapie. Spytałam czy go obudziłam, on odpowiedział pytaniem czy nie mogę zasnąć. Usiadłam obok i się do niego przytuliłam, ten natomiast osunął się na kanapie i w ten sposób, niejako leżąc na nim, w pełnym bezpieczeństwie – zasnęłam.
Przebudziłam się już w sypialni, gdzie leżałam pod ciepłą kołdrą a obok, jak stróż który zawiódł – tak jakby zasnął, pilnując. Szkoda mi się go zrobiło, przykryłam go kołdrą i położyłam głowę na ramieniu, po raz kolejny zasypiając.
Następny raz już obudził mnie budzik, Ray obudził się nieco zdziwiony i dobitnie stwierdził, że ktoś „poprzedni” nie wyłączył budzika. Ja natomiast przeciągnęłam się, chcąc wstać, ale zawładnęła mną siła ‘jeszcze-pięć-minut’, padłam więc na materac z powrotem. Ray usiadł i oparł głowę na ręce, przecierając dłonią swoją brodę. Ziewnął i stwierdził że zarósł jak las w rezerwacie. A ja dalej leżałam na brzuchu, z rozkopaną kołdrą i w poprzek. Nie chce mi się wstać, nie chce mi się wyjeżdżać, nie chcę znowu być sama na chacie, wracać do pustego mieszkania, no bo psa już nie mam, robić sobie jakieś ohydne żarcie i udawać że jest smaczne - bo zdrowe, sprzątać w pokoju, mimo tego że jest porządek, grac na playstation w samych gaciach i koszulce od piżamy, popijając piwo, oglądać mecze, nawet trzecioligowce, które mnie kompletnie nie interesują, albo co gorsza oglądać jakieś kuriozalne sporty, o których pierwsze słyszę, na przykład kurczę wrestling, no co, może jeszcze walki w kiślu? Co dzień chodzić to wystrzałowej pracy i spotykać tam człowieka, który coś znaczy, ale nie możesz tego okazać i wzajemnie odwrotnie. Nie chce mi się. No jak jasna cholera, no.
Obróciłam się na plecy.
- Ray…? – rzuciłam w eter.
- I’m shaving, I can’t speak. Golę się, nie mogę rozmawiać. – odpowiedział.
Wstałam i poczłapałam do łazienki. Nigdy aż tak mnie nie zafascynowało oglądanie golącego się faceta. Oparłam się o ramę drzwi. Nagle gdzieś w połowie przestał.
- Don’t look at me, you’re distracting me. Nie patrz na mnie, rozpraszasz mnie. – roześmiał się. – I’ll cut myself, you will see. Potnę się, zobaczysz.
Podeszłam do moich ubrań, które zostały wyprane wczoraj, zanim położyłam się spać. Perfekcyjny Deszczu Domu, jaha, tylko założyć.
Zjedliśmy razem śniadanie, przygotowane przez Ray’a, który uważał że musi się pochwalić swoimi umiejętnościami z kuchni kubańskiej, które są całkiem niezłe, a może i nawet lepsze ode mnie. I tak nic nie przebije polskiej kuchni. Burak, ziemniaki i schabowy forever. Za chwilę wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na lotnisko.
Kiedy już stałam na odprawie, nie mogłam oderwać wzroku od Raya. To jego spojrzenie się nie zmieniło, mimo tej niezbyt wygodnej prawdy, której się dowiedziałam podczas tego wyjazdu. Dlaczego niewygodnej? Bo nie wiadomo czego się spodziewać, jaką osobowość ma osoba, która wcześniej udawała kogo innego, ukrywając swoje prawdziwe ja. Wiem, zaraz będą hejty, że to taka romantyczno - gejowska ta sylwetka numer jeden, jasne, sooo gaaay, ale to było wygodniejsze niż to, kiedy pokazał właściwie swoją naturę. Właśnie dlatego na początku trudno mi było uwierzyć w romantyczną duszę, znając takich jak Wenom i Hewlett, oprócz Kubiego, ale on jest taki chyba po prostu nieśmiały i nie mówi wszystkiego co by chciał. Widzę to po nim, kiedy coś przeholuje z alkoholem, staje się taki jak oni… Każdy po alkoholu i innych używkach odkrywa swoje prawdziwe wnętrze, jak i ja, ile razy mówiłam coś, czego nie chciałam, chociażby przykład: dlaczego powiedziałam Hewlettowi, że chciałabym się przespać z Aide, a dlatego że po mące byłam. Sad but true. Tak samo, Baśka, ja nigdy nie wspominałam o tym, jak wygrałam skrzynkę wódki od Baśki. Jak?
Zakład z nastoletnich lat, kiedy jest się ciekawym dosłownie wszystkiego. Któregoś lata założyłyśmy się, która dłużej pozostanie cnotką-niewydymką. Wygrałam, ale szczerze mówiąc, nie wiele by brakowało, a alkohol powędrowałby do niej. Jej to się zdarzyło na aniversarach i ja byłam głosowym świadkiem, tego że owa wódka mi się należy. Podzieliło nas zaledwie trzy miesiące… Z początku nie wiedziałam czy to ona, ale dowiedziałam się od naszych przekupek, to znaczy się od koków.
Tak to było.
Wracając do lotniska O’Hary, zaraz wyruszam na odprawę. Dziko, tak się czuję. Ray ma minę typu ‘distinguish’, nie bardzo mu pasuje to że jadę, a mi się nie widzi ekstradycja. Tyle razy tłumaczyłam że nie mogę rzucić roboty. Jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie, jeżeli ja mam jakiekolwiek znaczenie dla niego, to on musi coś zrobić. Ja nie zrobię wbrew swojej naturze, a może chyba charakterkowi, bo jeśli patrząc na naturę, to już dawno powinniśmy być zaobrączkowani i spodziewać się drugiego potomka…
Pierdolenie, ot co.
Pytał mnie czy mi pasuje to, jaki jest. Czy to nie jest jakaś przeszkoda. Ja czuję, że Butch ma rację – robi tak, i tak jest nauczony, bo nikt go nie kochał, nikt nie dbał. I vice versa, ja pochodzę z zarąbistego domku, rodzice już wmawiali mi jak byłam mała kim mam być, a ja okazałam się być chodzącym osiołkiem – może i głupim, łażącym bez celu, ale upartym i dążącym do swego. Który w dupie ma to, że ma być szanowaną panią prawnik, która zaraz po ukończeniu tego no, co oni tam kończą, hajta się z bogatym i przystojnym biznesmenem i zaraz … ten teges śmeges. Wiadomo, nie… osioł.
Ale jaki ładny.
W sumie, nie wiem jak traktować Ray’a. Z jednej strony, zanim dowiedziałam się, że jest to taka chemia jak w 50 twarzach Greya, których na szczęście nie czytałam, to było fajnie, z kolei jak w komedii reumatycznej - taka radość, kiedy delta jest dodatnia. Z drugiej strony, facet nie może być taką no… cipą. Musi mieć trochę takiej władzy, siły, zdecydowania. To jest trochę jak z niesforną małpką, do której sama się przyrównam. Małpka mieszka w zoo, i ma opiekuna, czyli Raya. To niesforna, głupia małpka ćpunka, i do tego opryskliwa. Opiekun ma dwie opcje złagodzenia zachowania małpki. Albo będzie ją przekupywał słodyczami i jakimiś frykasami, i głaskał i tulił i takie tam rzyganie tęczą i włażenie w dupę wazeliną, albo wparuje na klatkę i pokaże kto tu rządzi. All in all, żadna z opcji nie jest dobra – z jednej strony, małpka będzie zawsze łasa na smakołyki i wyjdzie jej to na złe, mało tego. Będzie traktować opiekuna jak robota do jedzenia. A w sytuacji numer dwa, pokaże małpce kto rządzi, okej, tylko że małpka może zacząć się momentami bać. Albo opiekun przesadzi. Jestem na przełomie tych dwóch sytuacji. Skuszona zakazanym owocem, łaszę się do Ray’a jak ostatnia kurwa na długach i pustym żołądkiem. To sprawia przyjemność, organizm chce to, co przyjemne. Pytanie, kiedy ten nieziemski popęd się skończy. Nie wypada, nie wypada, nie wypada. Jak z królikami. Pytanie jest inne – kiedy będzie tak, że przez taką dziką nimfomanię, zacznę zamykać drzwi na siedem spustów, aby nie zostać zgwałcona. Tego się boję, bo… bo kiedyś już ktoś próbował…



[1] Kobieca wersja „żula” – czyli stereotypowego pijaczyny na zasiłku.

piątek, 4 lipca 2014

Casting na gwiazdę więzienia, czyli PRZESŁUCHANIE.

Siedząc na korytarzu, oprzytomniałam i zdałam sobie sprawę, że mam przy sobie kokainę. Kurde, jestem na psiarni, jak mnie przetrzepią, to na mur beton wsadzą mnie do paki. Ja pieprzę, trzeba to gdzieś wywalić. Obejrzałam się na policjanta, który mnie pilnował. Popatrzył się na mnie równie dziwnie, a ja z poplątaniem i dozą nieufności, zapytałam gdzie tu jest łazienka. Podkurczyły mu się powieki i wskazał drzwi na końcu korytarza. Wstałam i ze sztucznym uśmiechem na twarzy ulotniłam się do Świątyni Dumania.
Na szczęście pustej. Wychodząca, ważna pani sprzedała mi taki look, jakbym była facetem i weszła nie do tej łazienki. Spojrzałam się na siebie w lustrze, oparłam na umywalce. Obejrzałam się, czy nikogo nie ma i wyciągnęłam z kurtki mąkę, wchodząc do szaletu. Usiadłam i otworzyłam maleńki blister, wstając, obróciłam się i rozsypałam na kawałku papieru toaletowego proszek i właśnie chciałam zsypać go dokładnie do muszli, lecz w  tym samym momencie ktoś wszedł do łazienki i mnie tak śmiertelnie przestraszył, że ów kawałek papieru wypadł mi z ręki, wprost na podłogę. Wkurzyłam się niesamowicie i zasłoniłam twarz ręką, co by nie przeklnąć. Spojrzałam w górę – dlaczego mi to robisz? – i wzięłam głęboki oddech, który spowodował u mnie napad kaszlu. Pieprzę po raz kolejny – ręka jest a właściwie była umazana w mące. Niechcący wciągłam trochę, może nic się nie stanie.
Nachyliłam się nad rozsypanym kopcem kreta. Ni to wodą ściągnąć (a co, wodę z kibla mam brać?), ni zetrzeć. Wciągać nie mam zamiaru. Nie ma tego dużo – pomyślałam, i rozdmuchałam do sąsiednich ubikacji. Co mogła sobie pomyśleć osoba która weszła – nie chcę wiedzieć. W końcu, zadowolona z siebie, otworzyłam drzwi i moim oczom ukazał się jakiś fella[1] z tamtym policjantem. Miny mieli nietęgie, a ów ziomek kilkakrotnie strzepywał coś z marynarki, mrugając do mnie okiem. Nie mam pojęcia co to znaczy. Słońce w mojej głowie oświetliło mój umysł i zdałam sobie sprawę, że mam kokainę na rękawie. Z miejsca zlał mnie zimny pot i poczułam grubą nutę zażenowania. Strzepałam rękaw i poproszono mnie o wyjście z łazienki. Facet bąknął coś, że mam szczęście, że to akurat on miał mnie odszukać na komisariacie, a nie jakiś tam Dilling, bo bym miała DEA na karku. Weszliśmy do sali przesłuchań, w której siedziała jakaś rudowłosa i piegowata, na moje oko 30-letnia baba. Wymalowana jak na Galę Rozdania Oskarów, a nie do pracy. U nas opieprz miałaby nawet zanim by weszła do jednostki za takiego Picasso na ryju. Skuła mnie z tyłu i usiadła naprzeciw z tym wcześniejszym. Wyraz twarzy jak u Stevena Seagala. Aż się boję, że się zacznę śmiać, jak będzie miała jakiś gruby głos.
- Ms. Deszcz… Pani Deszcz… - zaczął gościu.
- Miss. Panno. – mruknęła cienkim głosikiem. Nie mogłam się powstrzymać i parsknęłam, zachowując zburczały wyraz twarzy. Mało co mi łzy nie poleciały, bo tak mi się śmiać chciało.
- I ain’t right? Nie mam racji? – zapytała poirytowana. Dobrze że nie wie że śmieję się z niej.
- … you’re very right. Oj masz rację, masz… – wybełkotałam, zachowując powagę, ze średnim powodzeniem.
- I’m sorry, something is distracting you? Przepraszam, ale czy coś cię rozprasza? – zapytała, z takim akcentem, jak nauczycielka w szkole ‘A czy ty jesteś jego adwokatem?’.
- No. Nie. – zaprzeczyłam po węgiersku, kiwając głową w przód. – … I meant – yes! Znaczy, tak! – krzyknęłam.
- What? Co? – zapytała tak prostacko, że banan zagościł na mojej twarzy na dobre. Chciałabym powiedzieć że mają to dobry falsyfikat „Płaczącej Kobiety”, ale wypaliłam po prostu:
- Handcuffies. Kajdaneczki. – odpowiedziałam, szczerząc się. Podniosłam rączki w górę, pokazując, jakby nie kojarzyła, o co chodzi.
- It’s normal procedure, don’t feel like criminalist, naive blondie. To zwykła procedura, nie czuj się jak kryminalistka, naiwna blondyneczko. – mruknęła, spoglądając w karty. Banan chyba się zmiksował na kuźwa milkszejka, bo czuję już że piana mi idzie do pyska. Pyskuje mi tu, ruda maupa. Piegowata wywłoka. Z milczeniem zaczęłam normalną procedurę zdejmowania kajdanek, za swoim krzesłem. Przyjęłam tę obelgę na klatę, jak prawdziwy mężczyzna, którym nie jestem.
- … so, Miss Deszcz, you’re polish commando, degree …więc, panno Deszcz, jest pani polskim komandosem, o stopniu… – i tu się zatrzymała na chwilę, spojrzała na mnie - … major… …majora…
- Wannabe major, don’t ya’? Chciałoby się być majorem, co nie? – odparłam, sztucznie się uśmiechając. Popatrzyła się dezaprobująco na mnie i spojrzała w kartę.
-- … major, honored major, two Medals of Honor, three purple hearts… major, zasłużony major, dwa medale honoru, trzy purpurowe serca.
- Yada-yada-yada… I know, could you get down to the nitty-gritty? Bla-bla-bla… Wiem, a możesz przejść do rzeczy? – odparłam.
- Yes… Tak… - zamknęła kartę, wyraźną nutą olewatorstwa. Oparła się na krześle i dumnie spoglądała na mnie, jak jakiś król na biednego poddanego, który prosi o… nie wiem, pół kilo ziemniaków. Po prostu patrzyła tak lekceważąco na mnie. Tak denerwująco na mnie.
- What you can say about Roger Taylor? Co możesz powiedzieć o Rogerze Taylorze? – zapytała.
- Roger Taylor is drummer of Queen band, and other Roger Taylor is drummer of Duran Duran, quite handsome, by the way. Roger Taylor to perkusista Queenu, a inny Roger Taylor to perkusista Duran Duran, nawet niezły, tak przy okazji. – odparłam, z papierosem z gębie i szukając zapalniczki po kieszeniach.
- … I didn’t mean any singers of some bands, I meant… hey, where are handcuffs? Nie miałam na myśli jakichś piosenkarzy z jakichś zespołów, chciałam… hej, gdzie są kajdanki? – krzyknęła.
Zapaliłam kiepa i położyłam je na stole.
- Not to say I’m thief. Not singers, and not SOME bands, I said Queen and Duran Duran. Żeby nie było że jestem złodziejem. Nie piosenkarze, i nie JAKIEŚ zespoły, powiedziałam – Queen i Duran Duran. – wycedziłam i odetchnęłam. Spojrzałam w górę – jak można nie znać Queen i Duran Duran? – mruknęłam.
- I don’t wanna be rude, but smoking is forbidden there. Nie chcę być niegrzczna, ale palenie jest tutaj zabronione.
- You ARE, since I got here. JESTEŚ, od kiedy tutaj trafiłam. – parsknęłam, spoglądając na ścianę.
Agent spojrzał się na mnie i na tę rudą.
- What you know about Roger Taylor, not silly drummers? Co wiesz o Rogerze Taylorze, nie o jakichś nędznych perkusistach?
- Ye are silly. Wy jesteście nędzni.
- Nevermind. I… Nieważne. Ja…
- Not never mind! It’s fucking big difference like between bass guitar, and guitar guitar! It’s like you would say that shit is chocolate, because it looks similar, without insulting any guitar with this ‘shit’ word. Nie, nieważne! To jest zajebiście wielka różnica, jak pomiędzy basówką i elektrykiem! To jakbyś powiedział że gówno to czekolada, bo wygląda podobnie, oczywiście nie obrażając żadnej gitary słowem „gówno”. – odparłam. – Tell me, who the fuck is Taylor, okay, I’ll said what I know! Taylor may be my surname, or your name, fella, and her… No. Her name must be Seagal, because of that face. Powiedz, kim do kurwy nędzy jest Roger Taylor, okej, powiem wszystko co wiem! Roger Taylor to może być moje nazwisko, Twoje kolego, albo jej! Ale nie. Jej nazwisko to na pewno Seagal, przez ten ryj.
- Hey! Hej! – krzyknęła zdenerwowana.
- So, tell me, which fucking Roger Taylor have any meaning for my case, because, without these musicians, I don’t fucking know, any other Roger Taylor! No to powiedzcie mi który do kurwy nędzy Roger Taylor ma jakiekolwiek znaczenie w mojej sprawie, bo tak się składa, że wykluczając tych muzyków, nie znam kurwa żadnego innego Rogera Taylora! – nerwowo wyrecytowałam.
- You have look of… of… eyy… umm… Wyglądasz jak… jak… eee… - zaczęła jąkać się Ruda.
- If you imagine someday your riposte, tell me, or better – send me by mail, I will be in foreign country. Jeśli kiedyś wymyślisz swoją ripostę, powiedz mi, albo lepiej – wyślij pocztą, bo będę zagranicą.
- Bullshit, shut up! Gówno tam, zamknij się! – zdenerwowała się.
- Ladies… Drogie panie… - mruknął agent. Ruda zaczęła lać epitetami typu kuźwa, kutwa, szmata, debilka et cetera et cetera.
- He’s right. Stop it, because your flow of “strong” language, I can trade up this by one word. Cunt. On ma rację. Skończ, bo potok twojego „ostrego” słownictwa mogę zastąpić innym słowkkiem. Pizda. – roześmiałam się. Och, jak fajnie czasami komuś dociąć. Z bardzo rozbawioną miną patrzyłam na miotającą się agentkę, która zaczyna wymyślać jakieś dziwaczne określenia, widocznie nie znając żadnych mocnych przekleństw.
- Ladies! Kobiety! – krzyknął agent, wyraźnie zdenerwowany. – You, check yourself and continue. Ty, ogarnij się i kontynuuj. – zwrócił się do rudej maupy. – You, dry up, and listen. You’re famous because of your phrasing, and you mustn’t prove it. Ty, ochłoń i słuchaj. Jesteś słynna ze swojego wyrażania się, i nie musisz nam tego udowadniać. – popatrzył na mnie, potem znów na maupę. – Kelly, could you start again? Kelly, możesz zacząć jeszcze raz? – zapytał. Spojrzała na mnie z jakimś obrzydzeniem, na co ja jej odpowiedziałam głupkowatą miną, co się gapisz. Usiedli oboje i znowu wzięła te karty do ręki.
- You really don’t know, who’s Roger Taylor? Naprawdę nie wiesz kim jest Roger Taylor?
- I have no fucking idea. Nie mam zielonego kurwa pojęcia. – mruknęłam, z założonymi rękami, zaznaczając słownie, że odpowiadam na to pytanie, po raz kolejny.
- Roger Taylor was murdered voter from… Roger Taylor był zamordowanym elektorem…
- Killed in Hilton Hotel, the same where I was held-down? Zabitym w Hiltonie, tym samym gdzie mnie przymknęli?
- So, you know who was Roger Taylor. Więc, wiesz kim był Roger Taylor.
- I didn’t know his name, that’s all. I know beans. Nie wiedziałam jak się nazywa. Wiem niewiele.
- Please, tell. Proszę, mów.
- That was killed by Beretta Lim A series, by 9mm shot, in 100x100 meters area, that’s all if is going about this weapon. And that somebody want drive me out this world are … Zabili go Berettą Lim A, 9 milimetrową kulką, w odległości 100 metrów, to wszystko jeśli chodzi o broń. A ci którzy mnie chcieli wykopać z tego świata to…
- Federals. Federalni.
- Yeeah. You have brothel in this forces. Can I go back my country? Taaak. Macie burdel w tych siłach. Mogę wrócić do kraju?
- Sure, you’re extraditable. Jasne, jesteś do wydania.
Wstałam na te słowa, agent mnie wyprowadził i przekazał granicznikom, stojącym na korytarzu. Zapytali czy dobrowolnie wyjadę z kraju w ciągu 24 godzin, co bez wątpienia potwierdziłam, bo po co zawracać im tyłek z ekstradycją. Dostałam od nich świstek, który mam pokazać na odprawie zamiast paszportu i odeszli.



[1] Z ang. gościu