Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital psychiatryczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital psychiatryczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Finał (Rozdział 10 - ostatni)

Rozdział 10
„Finał”
Michael tym razem obudził się w normalnej sali, otumaniony jakimiś lekami. Stanęła nad nim Lilly, jakby zmartwiona, chociaż Collins miał wrażenie, że ona nie potrafi wyrażać żadnych emocji. Żyjąc wśród zakłamania, nie można nauczyć się prawdziwości.
- On żyje … ? – spytała, spoglądając gdzieś pod ścianę. Nikt nie odpowiedział, ale ona odparła. – Aha.
Collins już nie był skołowany. Czuł się cholernie gorzej, jakby ktoś dał mu puzzle w postaci konfetti, albo kaszy gryczanej. Nie wiedział co myśleć, co z czym skojarzyć. Nic już nie wiedział, żałował natomiast, że nie zadzwonił z Calabrese na policję, tylko chciał załatwić tę sprawę sam.
- Brenda by go zakatowała, gdyby nie ty. – mruknął cichy głosik spod tej samej ściany. – Chciała dobrać się mu do szpiku.
- Dalej bierzesz?
- Jeśli nie wezmę, ona mi to gdzieś poda. Już próbowałem. To matnia.
Chwilę potem zgasło światło i wyszli. Michael został sam, odurzony i morderczo zdenerwowany. Wiedział, że Helen powinna być bezpieczna, więc nic innego mu teraz nie przychodzi do głowy, jak niechybna ucieczka.
Łamiąc sobie kości w dłoni udało mu się oswobodzić jedną rękę, którą odpiął zabezpieczenia na sobie. Chwilę potem dostrzegł na drugim łóżku swoje ubrania, starał się je szybko włożyć, jednak ból go spowalniał (odłączył się od kroplówki). Nasilające się pulsy w głowie zmusiły go do konwencjonalnego pomysłu – zabrania kroplówki w kieszeni od kitla. Natychmiast odczul ulgę, i chwilę potem wyszedł na korytarz.
Miejsce w którym się znajdował, przeraziło go do wyżej wymienionego szpiku kości. Wokół były stare, zardzewiałe izolatki, a w nich uwięzieni starsi i mocno schorowani ludzie albo zwłoki. Wszystko dookoła było okratowane, na suficie wisiało kilka marnie świecących żarówek, a całość grozy dopełniał dziedziniec w dołku, gdzie chodzili skrępowani ludzie w kaftanach bezpieczeństwa. Michael natychmiast osunął się o ścianę, i z wrażenia nie mógł się od niej odkleić. Przez chwilę przystanął, by złapać oddech, gdy nagle ktoś z izolatki przebił przez starą szybkę w judaszu, złapał jego gardło i zaczął nim szarpać. Umęczony Collins zdołał się oswobodzić, i chciał już dobiec do winkla, gdy w ostatniej chwili spostrzegł wyrwę w podeście. Na dole szamotali się dziwni ludzie z dołka, a on sam dostrzegł na przeciwległym urwisku napis „Poziom X” i malutki gzyms prowadzący do tamtego przejścia. Z wielkim bólem udało mu się przebrnąć tę przeszkodę i dobiegł do windy. Niestety, potrzebował autoryzacji, jakiegoś kodu czy plakietki. Udał się więc do windy przemysłowej.
Chwilę potem, wysiadł na pustym oddziale B, gdzie zobaczył Gabriela stojącego w kratach. Sięgnął po gaśnicę i kilkoma uderzeniami zniwelował zamek, zwracając Francuzowi wolność. Ten udał się po Lilly, natomiast Collins zaczął szukać broni w podobnie otworzonym składziku. Znalazł coś w rodzaju broni na niedźwiedzie. „Nada się” – pomyślał krótko i wyszedł.
Wtedy zastał Brendę, jak zwykle krzątającą się po korytarzu, ale tym razem z Geoffrey’em, i Davidem. Michael bez zastanowienia wypalił strzałkę Brendzie prosto w gardło. Ta upadła, a David z Geoff’em popatrzyli na niego jak na wariata (być może i słusznie) i rzucili się na niego. Wściekły i zdeterminowany Collins wypalił dwa pociski w ich kierunku i skutecznie ich unieruchomił.
Kilka sekund później, na korytarz wbiegł Lacroix, ciągnący osłabioną Lilly, krzycząc coś, że Blackburn ich goni.
- Nie zabijaj go!! – krzyknęła Lilly, gdy wszyscy ujrzeli zziajanego Corneliusa wychodzącego z klatki schodowej i wściekłego jak stado wygłodniałych psów. – On tylko jest na narkotykach!
- Na czym!? Konkretnie!!  – warknął Michael.
- Yyy, eee… Al… alfar… jejku… - jąkała się Lilly.
- Alprazolam?! – odwarknął podobnie.
- Tak, tak! To!! – krzyknęła, a Collins w międzyczasie zaczął iść w kierunku furiatycznego Blackburna.
- Collins. ZARAZO!!!! – wył dziwacznym głosem i szczerzył zęby. Michael zmrużył brwi, stanął obok szafki, spojrzał chwilę na nią i na Corneliusa.
- Wszystko się zaprzepaści przez ciebie! – krzyczał zduszonym głosem, czerwony jak burak. Michael wzruszył ramionami i rzucił strzelbę ze słowami na ustach.
- Masz cholerną rację. – odparł, niby opierając się o szafę. – Wszystko zaprzepaszczę, nawet ciebie. – w jednej chwili wyciągnął strzykawkę z szafy, podszedł tak jak on do niego kiedyś i wstrzyknął mu karbamazepinę w brzuch. Blackburn otępiał, upadł i skulił się…
Lilly podbiegła, stanęła za zdyszanym Collinsem.
- Co… co to? Co się stało!? – krzyknęła przerażona.
- Karbamazepina. Powinna mu zmniejszyć chorą jazdę na czas działania Alpry. – mruknął i odwrócił się. – Jak ty w końcu masz na imię? – zapytał.
- Gabrielle. – odparła. – Gabrielle Watson.
- Gabrielle Lloyd. – mruknął. – Tamten ten… - wskazał na Lacroix’a – to twój siostrzeniec, i ma na imię Gabriel.
Dokładnie wtedy do bloku wkroczył oddział policji, krzycząc „ręce do góry!”.
- A ja mógłbym nie? Bo ręka mnie boli… - wysapał udręczony Collins.

KONIEC.

Gabriel szczęśliwy i z opinią „ZDROWY” powrócił do Francji. Ojciec w końcu dał mu się usamodzielnić.
Okazało się, że to Calabrese, w dobrym/niedobrym momencie zdecydował zgłosić sprawę na policję.
Helen uciekła do starego auta, mimo tego, że opiekunka próbowała ją zatrzymać. Chciała zadzwonić do Petera, ale z tego wszystkiego zapomniała numeru telefonu. Z bagażnika starego MG wyciągnął ją Calabrese, chociaż też się szamotała – przestała, gdy Calabrese nie wiedział o co chodzi z Hubertem. Peter został powiadomiony.
Collins natomiast po całej akcji wkroczenia do Mansford, siedział z Lilly na schodach.
- Czyli mówisz, że za wszystkim stała Brenda? – spytał zdumiony.
- Tak. Cornelius to taki koleś jak Ty, tylko że on doszedł do etapu zaćpania.
- Pozostaje więc jedno. Jak to się stało, że Brendę rozpoznał Peter na zdjęciu, a nie jest Twoją matką?
- Bo w to całe gówno wmieszałem się ja. – odparł stojący dalej Peter z Helen. – Spotkałeś Azarowa, prawda? – Collins krótko skinął głową. – No więc… Azarow to był mój wspólnik, opłacaliśmy pani Eisenhower badania… wyszło tak, że nie chcieliśmy już ich finansować. Wtedy zagroziła nam, że na pogrąży. Azarow zwiał do Rosji, ja natomiast zostałem…
- A Mary?
Lloyd krzywo się uśmiechnął.
- Mary to jej koleżanka ze studiów. To na niej testowała te swoje głupoty, i chyba przesadziła…
W międzyczasie policja wyprowadzała Brendę w kajdankach.
Postawiono jej kilkanaście zarzutów, w tym obwiniono o śmierć Richarda Christensena, Huberta Christensena i wielu uszczerbków na zdrowiu, w tym ciężkiego w przypadku Lilly… a raczej Gabrielle Watson.
Nawet nie wiecie, jak ciepło Watson przyjął ją w Cray’s Pond…
DEFINITYWNY KONIEC J

Michael Collins
Został oczyszczony z oszczerstw zarzuconych przez M. Christensen, pracował krótko w Oxfordzie, gdzie po ukończeniu doktoratu został wykładowcą. Ojciec, a w szczególności matka, przeprosili go za swoje działania, pod wpływem namów Melanie.
Audrey okazała się wpaść z pewnym mężczyzną który obiecał jej szybkie schody do kariery. Został on odnaleziony, ze względu na żonę i trójkę dzieci, pozostawił Audrey samotną matką z córką.
Obiekt/Lilly/Gabrielle Watson
Gabrielle mieszkała krótko u Watsonów, ale z powodu powikłań i głębokiej aspołeczności, została poddana resocjalizacji. Ponieważ obawiała się wszelkiej maści lekarzy, zadanie to powierzono Collinsowi. Udało się ją psychicznie uspołecznić, jednak ślady pozostawione na twarzy wyraźnie kreowały ją na odludka. Rozszerzone naczynia zostały zamknięte, ale blizn nie dało się zatuszować – sama nie chciała, wiedziała że nigdy nie zapomni o przeszłości.
Cornelius Blackburn 
Osądzony początkowo o współpracę z Eisenhower, Blackburn został ostatecznie uniewinniony i odesłany na odwyk, gdyż Alprazolam, którym faszerowała go Brenda, jest silnie uzależniający. Cornelius nie kłamał że ma dzieci, jego żona umarła po urodzeniu drugiego syna, oboje byli wychowywani przez jego teściową. Pracę od Eisenhower wziął pod pretekstem dobrego zarobku, gdyż chciał się uwolnić od pomocy materialnej teściów. Kiedy zarobił tyle, ile potrzebował, Brenda zaczęła go podtruwać, a w końcu podawała mu Alprę, od której się uzależnił.
Brenda Graham/Brenda Eisenhower 
Została skazana na dożywocie m.in. za usiłowanie spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (Lacroix, Collins i uwięzieni lekarze w bloku B), spowodowanie śmierci i ciężkich uszczerbków na zdrowiu (Poziom X). Ekspertyzm został uznany za rodzaj tortur, zakazany początkowo w Wielkiej Brytanii, potem na całym świecie. Świta Brendy zajmowała się ekspertyzmem od kilkudziesięciu lat, i jednym z jej założycieli była jej matka, w ciągu 40 lat działalności spowodowali śmierć 21 osób i uszczerbek 34.
Najsmutniejsze było to, że rodziny poszkodowanych byli święcie przekonani, że ich bliscy są schorowani i bredzą głupoty, kiedy błagali o pomoc.
Gabriel Lacroix – Rousseau
Po nagłośnieniu sprawy w Mansford, Gabriel stał się swojego rodzaju celebrytą w Paryżu. Namalował cykl obrazów opisujących jego przeżycia, które zostały wystawione okresowo na Luwrze i Wersalu. Pieniądze z dochodów przeznaczył na pomoc poszkodowanym z Mansford. Nigdy jednak nie powrócił do Wielkiej Brytanii.
Lord Peter Lloyd 
Oskarżył Mary Christensen o spowodowanie śmierci Richarda i Huberta, oraz o porzucenie Helen Christensen. Po udowodnieniu je winy, sąd odebrał jej opiekę nad Helen i Henriettą, Peter opiekował się nimi do czasu gdy zachorował na raka. Opieka przypadła na Gabrielle i Gabriela, Henriettę zabrał Gabryś, a Helen – Gabrielle (w późniejszym czasie Collins).
Helen/Henrietta Christensen

Henrietta wyjechała pod opiekę do Francji, a Helen pozostała w Wielkiej Brytanii. Henri’ mogła w dalszym ciągu rozwijać swoje (nie matki) zainteresowania. Kilkanaście lat później zaczęła karierę modelki. Helen pozostała z Gabrielle, potem zaopiekował się nią Collins, gdy Gabrielle potrzebowała resocjalizacji. Chcąc naśladować ojca i Collinsa, została psychoterapeutą.

Rozdział 9 - Sherlock Collins

Rozdział 9
„Sherlock Collins”

Collins siedział z opatuloną bańką w swoim gabinecie. W ręku dzierżył tabletkowany ketoprofen w słoiczku, i ze zmanierowaną miną przechodził zdjęcie szwów z tyłu głowy. Robotę tę odwalał David, współpracownik Deana, o którym słuch zaginął - Aiken próbował się dodzwonić do niego, jeździł do jego mieszkania. Wszystko wyglądało, że Azarow, czyli powszechniej znany jako Whitcombe, zwiał z pomyślnym skutkiem. Michael żałował, że nie poszedł razem z nim, ale tak bał się, że Azarow spierdoli robotę, iż wolał ratować się na własną rękę. Cóż, życie.
Michael nauczył się też bardzo ważnej rzeczy – że nie wolno rozmawiać z byle kim o Lilly. Azarow ukrywał się pod nazwiskiem Whitcombe, po teoretycznym i durnym sposobie zdemaskowania przedstawił się jako Huxley, by w końcu zostać kompletnie zdemaskowanym przez Blackburna. Dlaczego podał się za Huxley’a? A dlatego, że szybko podebrał sobie zaufanie Collinsa w ten sposób. Dlatego Michael stwierdził, że nie tak prędko będzie rozgłaszał wiadomości o Lilly.
Drugą sprawą, która nie dawała mu spać, była dwoistość Corneliusa. Forrest mówił jak jest. Brenda jest ofiarą. Sam Collins widział co wyprawia z Lilly, ale mimo wszystko, wyczuł że wersje się nie pokrywają. Dlaczego Cornelius wspomniał coś o swoich dzieciach, chociaż Forrest gadał, że ten wyrzutek nie ma rodziny? Michael dałby sobie rękę uciąć, aby wierzyć Forrestowi, jednak czuł, że coś się nie zgadza. I to grubo się nie zgadza.
Oprócz sprawy Blackburna, miał jeszcze w pamięci knypa Calabrese. Nie wiadomo po co wpadł, nie wiadomo co chciał, Michael wiedział już jedno – Calabrese to nazwisko matki Katherine Watson, matki Lilly. Obiecał sobie, że znajdzie ich, gdy dostanie urlop na dzień po zdjęciu szwów, czyli na jutro, a dziś przygotuje sobie pytania i materiały.
Nazajutrz Collins mimo silnego bólu głowy, jadąc na prochach, pojechał do South Oxfordshire, szukać wsi o nazwie Cray’s Pond. Po niespełna dwóch godzinach jeżdżenia, zawracania i zastanawiania się pośród zielonych pustkowi, dotarł do niewielkiej miejscowości, przejechał pomiędzy starymi, budżetowymi domami i stanął pod niewielkim, murowanym domkiem z dachem z papy. Na podwórku siedział facet koło sześćdziesiątki, na wózku inwalidzkim. Collins niepewnie podszedł do niego, ten zauważył go dopiero po chwili, i pociągając nosem zapytał:
- Pan lekarz? Po coś pan tu? Nikt panie chory nie jest. – mruknął, wcale na niego nie spoglądając.
- Pan James Watson? – odpowiedział pytaniem.
- Tak, a co chodzi? – mówił podniesionym głosem. – Nic nie potrzebuję!
Wtedy zza drzwi ganku wyłoniła się staruszka.
- James, przestań się drzeć! – warknęła. – A pan kto?
- Moje nazwisko jest nieistotne, nie znacie mnie państwo. – zgryźliwie mruknął. – Pani Ingrid Calabrese? – zapytał, pewien odpowiedzi.
- Tak, a co chodzi? – spytała, oglądając Michaela od góry do dołu. Collins rozejrzał się po otoczeniu, zatarł ręce z zimna.
- Mogę wejść?
- Oczywiście, proszę… - odparła, otwierając drzwi. Collins wszedł, oglądając całe mieszkanie. Było ono zaniedbane, w rogach ścian czaiły się grzyby, a sufit wyraźnie przeciekał. Na ścianach widniały ślady po obrazach, które wisiały tu pewnie dość długi czas. Michael usiadł na skrzypiącym krześle naprzeciw Ingrid.
- Chciałbym … chciałbym panią spytać o Katherine Watson. – bąknął cicho, wiedząc, że podnosi temat niezręczny i smutny. Ku zdziwieniu Michaela, Ingrid odchyliła się do tyłu.
- James, chodź na moment! – krzyknęła. Chwilę potem do stołu doczłapał o kulach tamten mężczyzna siedzący pod domem. Nie popatrzył nawet Collinsowi w oczy.
- Ja… ja chciałem porozmawiać o… o pana żonie… - wyzionął. Watson spojrzał na niego smutno i zgryźliwie, Ingrid wyraźnie nie rozumiała o co chodzi.
- Co, pan też jest jej synem? – warknął złowrogo, na co Michael przełknął ślinę, i spróbował tłumaczyć:
- Nie. Ja chciałbym… chciałbym wiedzieć, co się stało z panią Katherine i z jej dzieckiem… - złożył ufnie ręce na stole. Watson obrócił głowę w jego stronę, lecz nie spojrzał mu w oczy.
- Dobrze powiedziane, JEJ. – zaznaczył. – Zmarła, jakieś piętnaście lat temu… - mruknął. Collins się trochę zdziwił, bo Lilly nie ma 15-tu lat. – Pan w ogóle w jakiej sprawie…?
- W sprawie pana Andre Calabrese. Był u mnie w gabinecie, pozostawił portfel… z dokumentów wynika, że tu mieszka… Mieszka? - burknął, wykładając portfel na stół, jednocześnie już wiedząc, że niewiele wyciągnie z Watsona.
- Mieszka. – odezwał się włoski pogłosik ze schodów. Był to on sam. – Pan pozwoli tu na ganek. – wskazał drzwi wyjściowe. Collins wstał i podążył za nim, ten zamknął drzwi spojrzał gdzieś w bok i na Michaela.
- Panie, nie zajmuj ich tym. Oni już są na to za starzy lub zbyt chorzy. Pan mi lepiej powiedz o dziewczynce mojej siostry, Kate Watson. Ja wiem, że pan bez powodu mnie nie goniłeś. Pan coś wiesz, i ja wiem coś, czego pan nie wie. Wymieńmy się informacjami.
Michael sceptycznie spojrzał na ufnego Włocha i westchnął.
- Skąd pan o niej wie? – odparł.
- Wiem. Kate mi mówiła, i była pewna że żyje, ale ta lekarka jej wmówiła, że nie… Po jej śmierci zabrałem się za odnalezienie, bo powiedziała mi o tym dopiero gdy umierała…
- Na co umarła?
- Powiesiła się. – szepnął. – Nie mogła znieść, że zdradziła Jamesa i że odpuściła tej lekarce… tak napisała w liście pożegnalnym. Teraz James wini siebie…
- A co mu jest?
- Pobili go strasznie w więzieniu po protestach. Jest praktycznie ślepy, głuchawy i nie bardzo może się ruszać, przez tych klawiszy. Panie, gadaj pan mi lepiej o małej, a nie wyciągasz pan ze mnie nieistotne informacje…
- Nie jest mała. – mruknął.
- No tak, ma z 25 lat teraz… Jest w Mansford, prawda?
- Prawda. Ale nie bardzo jest jak ją stamtąd wyciągnąć… tam się dzieje coś, czego nie mogę panu opowiedzieć, bo po prostu brak mi słów. – westchnął. – Ma pan może komputer?
Chwilę potem Calabrese oglądał to, co udało się nakręcić Collinsowi. Z niedowierzaniem oglądał to, co się działo.
- Panie, ona… jak… jak Kate, maleńka Kate…! – rozpłakał się. – Co za ludzie! Jak oni tak… - szlochał. – Panie, to na policję z tym! Panie, gdzie mój telefon… - wstał rozjuszony, na co Michael złapał go za rękaw.
- Panie Calabrese. To nie są zwykli durni pseudonaukowcy. To są wyspecjalizowane cwaniaki, szybciej pana zneutralizują niż pan zdąży uwierzytelnić policję. Sam uciekałem jak głupi stamtąd. Pan nie wie chyba co to zagrożenie życia.
Włoch stanął na środku pokoju, spojrzał na Collinsa.
- Panie, skopiuj mi pan to. Ja sam się tym zajmę, pana nie wciągnę. Idź pan, żeby nie było że pan tu był.
Zgodnie z poleceniem, Michael skopiował filmik i natychmiastowo uciekł, udając się do swojej kwatery, jednak gdy zobaczył, że stąd do Reading niespełna pół godziny drogi, postanowił odwiedzić Lloyd’ów.
Gdy zajechał na kiedyś posępne podwórze, nie mógł Wierzyc własnym oczom. Na placu była istna balanga w kolorze róż…
Michael wysiadł z auta, i zanim zdążył zwęszyć co tu się dzieje, postanowił poszukać Lorda Petera w stajniach. Tam tez znalazł go, siedzącego w siodlarni przy stole, z butelka whiskey.
- Lord Peter? – mruknął z niedowierzaniem. Starszy pan odwrócił się, objechał wzrokiem Collinsa i lekko się uśmiechnął.
- Jak widać. – odparł chrypliwym głosikiem. – Proszę usiąść… - westchnął. Michael podszedł energicznie i usiadł obok. - … panie Collins… ja … - zbierało mu się na płacz - … ja pana proszę, niech pan weźmie ze sobą Helen… - po twarzy spłynęła mu łza. - … niech pan ją zabierze od tej … - zamilkł i rozpłakał się na dobre, otwierając drzwi obok. Siedziała tam Helen, blada jak papier i rzężąca podobnie jak Lilly. – Ona już w ogóle nie wie że ma inną córkę niż Henri’. Nic panu na to nie zrobi, ja jestem za stary, nie chcę by trafiła do domu dziecka potem, albo do niej… zabierz ją pan stąd…
Collins wszedł do pokoju i usiadł przy bawiącej się, jednak niezbyt zabawionej Helen. Popatrzyła na niego trochę z wyrzutem, trochę z żalem.
- Pana długo coś nie było. – burknęła, nie przerywając zabawy.
- Helen, idź z panem! – rozkazał Peter. – Weź swoją torebkę i idź! – mówił wstając, choć z trudem to robił. – Panie Collins, ja z panem będę utrzymywał kontakt, mam pana wizytówkę, proszę, pieniądze… - wcisnął mu do kieszeni plik banknotów, mimo oporu Michaela. – Ona jest dobra, grzeczna, niech pan ją wychowa na porządnego człowieka. – rozczulił się, i spojrzał na okno. – Bo tutaj nie czeka ją inny koniec, niż podzielenie losu brata i ojca… - westchnął, oglądając imprezę. – Jedźcie. – podszedł i uścisnął małą.
- Dziadku, śmierdzisz łiską. – jęknęła.
- Do zobaczenia Helen. – pomachał na odchodne,  uśmiechając się. Teraz Michael zdał sobie sprawę, że Peter wie co się kręci, jednak Collins będzie musiał uważać dwukrotnie bardziej, aby nie pozostawić dziewczynki samej.
Usadził ją na tylnym siedzeniu i odjechał w stronę Szkocji. Myślał, że mała zaśnie po drodze, jednak nie miała widocznie takiego zamiaru. Korzystając z okazji, Michael postanowił ją ostrzec przed Blackburnem, jakby coś mu się stało.
- Helen, widzisz ten telefon co leży w schowku? – mruknął. – Znasz się na zegarku, prawda?
- Tak. – burknęła.
- Dobrze. Każdego dnia, będę Ci mówił kiedy wrócę, i jeśli nie będzie mnie o tej godzinie, masz pójść do takiego starego auta które stoi na podwórku, schować się w nim i szybko zadzwonić do dziadka, rozumiesz?
- Tak.
- I masz stamtąd nie wychodzić, dopóki nie przyjdą panowie policjanci, dobrze?
- Dobrze. – odparła. – A po co to wszystko?
Collins zamilkł na chwilę.
- Bo jeśli nie wrócę któregoś dnia… to … - zaciął się.
- To przyjdą po mnie tacy panowie w białych ubraniach jak po Huberta? – niemalże stwierdziła, co zamurowało Michaela.
- … tak … - odpowiedział cichutko. – Widzisz tę płytę obok telefonu? Musisz ją wtedy dać dziadkowi. Koniecznie.
Jeszcze kilka ostrzeżeń wydał Michael, zanim dał Helenie spokój. Szczęśliwie dojechali do Szkocji i do ponurego domostwa, które było mieszkaniem Collinsa. Helen krótko stwierdziła że żyje w biedzie, na co ten odparł, że lepszy rydz niż nic, po czym pokazał jej pokój, następnie przygotował kolację i położył spać. Czuł się jakby był jej ojcem, chociaż wcale nie miał takiego zamiaru. Sam nawet nie wie, czemu nie odmówił Peterowi, być może po prostu szkoda mu było Helen.
Jeszcze tego samego dnia, zadzwonił po jakąś opiekunkę, aby zajmowała się Helen, a raczej pilnowała, by nic się nie stało. Czuł już, że sam popada w paranoję, bo wszędzie widzi spiski i nie wie już komu ufać. Zaczyna być co raz mniej pewien siebie, swoich myśli i przekonań, a stąd już tylko krok do choroby psychicznej. Skołowany i kompletnie bezradny, apatyczny i zmęczony położył się spać. I mimo tego, że chciał usnąć, to w ostatniej chwili przysypiania, wybudzał się. Wziął na siebie odpowiedzialność za Helen, Lilly i Gabriela. Stracił kontrolę nad Hubertem, i umarł. Tym razem nie może dać dupy.
Rano poinformował Helen o której wraca i pełen obaw poszedł do pracy. Postanowił nie ingerować w sprawę Lilly, zaangażował się jednak bardziej w Gabriela. Zaangażował się aż tak, że zezwolono przypisywać mu leki, i zgodnie z poleceniem Blackburna, przypisywał mu to gówno, nawet gorsze, ale w dalszym ciągu przeciągał proceder podmieniania leków. Gdy rozmawiał z Gabrielem, nie miał wątpliwości iż biedak ten wcale nie jest chory na umyśle, a jego stan zdrowotny był co raz gorszy – wada serca, kołatanie, tachykardia i notoryczne ataki astmy. Kiedy opowiedział mu, że Helen jest u niego, Gabriel rozpromienił się i dał mu znać, że uratował ją, tak czy inaczej. Mimo wszystko Collins czuł na barkach cały ciężar sytuacji. Na to Gabryś skwitował króciutko:
- Widziałem się z ojcem. Michael, gdybyś go widział, jego minę. On nigdy chyba się o mnie tak nie martwił, chociaż nie uważam żeby był złym ojcem. Wiem, że nie możesz wydać tego oświadczenia, bo Blackburn go nie podbije, a jeśli nawet jakoś załatwisz pieczątkę, to on załatwi ciebie. Jednego, konkretnego dnia, musimy przygotować Wielki Dzień, którego przygotujesz Helen do ucieczki, wykradniesz pieczątkę Corneliusa i zwiejemy stąd wszyscy…
- A Lilly? – spytał niepewnie. Lacroix zamilkł.
Jeśli dostanę kluczę, wyciągnę ją stamtąd. Trzeba to dobrze rozplanować tak…
Plan był taki: Helen ma być spakowana i o każdej porze Wielkiego Dnia gotowa do wyjazdu. Na telefon ma się skitrać w starym samochodzie. Michael ma zrobić wypis, i pod nieobecność Blackburna podbić go kilka dni wcześniej. Dzień ten musi być dniem w którym nie będzie większości personelu – będzie to Dzień Pamięci.
Michael dokładnie przygotował Helen na generalną ewakuację, mówiąc jej, że będzie to zabawa w agentów, ale na poważnie. Collins zadbał o wszystko – aby w razie niemożności dotarcia do niej, mogła uciec i mieć co zjeść, zanim dojedzie Lloyd. Powiedział, że jeśli nie wróci, ma powiedzieć Peterowi, że Collins nie żyje.
W Dniu Pamięci, pod koniec dyżuru Michael ma przekazać wypis i w ten sposób Geoffrey wypuści Gabriela. Gabriel ma zadać mu dawkę etorfiny w postaci chlorowodorku, co jest szerzej znane jako środek usypiający dla słoni, odnaleźć klucz i wyciągnąć Lilly, obojętnie czy przytomną, czy po podaniu wyżej wymienionego preparatu. Michael w tym czasie ma uśpić strażników chlorometanem z laboratorium.
Wszystko układało się po kolei dobrze, Collins nie ingerował w badania Blackburna, więc nie czuł większej presji na swojej osobie, bo wykonywał „tylko” podmienianie leków. Ten brak parcia otoczenia spowodował, że Collins bał się iśc po pieczątkę Corneliusa, ale przecież musiał. Postanowił to zrobic w przerwie obiadowej, i w sumie dobrze pomyślał, bo tylko jak wyłapał Blackburna na stołówce, udał się czym prędzej do jego gabinetu, który pozostawił otwarty, natychmiast znalazł pieczątkę, przybił, odwrócił się i … zastał Blackburna z tym swoim uśmiechem w drzwiach.
Nie, tym razem to nie wymysł Michaela. Cornelius z krwi i kości stał w futrynie, z nieufną, może zawiedzioną miną, ale wyraźnie groźną. Collinsa ukłuło coś w klatce piersiowej, złapały go jakieś napady dychawicy, aż w końcu podkulił się. Blackburn bez słowa odłożył herbatę, podszedł do wijącego się Michaela, i ścisnął go ramionami w stronę klatki piersiowej, co zaowocowało jeszcze większym bólem.
- Nigdy nie wygracie. – mruknął z jakimś dziwnym akcentem zawodu, i wbił mu strzykawkę w szyję.
Michael pamiętał tylko niemiłosierny ból, pasy, jęki i mijające jarzeniówki na suficie. Jego przytomność była niemal wyzerowana, ale nie do końca. Jął myśleć, co zrobić, gdy przypomniał sobie, co ma w kitlu.
Gaz usypiający.
Jego spowolniony umysł próbował ogarnąć, kiedy i w którym momencie go użyć – musiało być to i szybko i skutecznie. Doszedł do wniosku, kiedy leżał już w innej sali typu pokój 31, lecz w lepszym stanie, że musi go użyć najdalej w Dniu Pamięci, że będzie szukał okazji, ale nie może jej widzieć, skoro nie wie, co z nim właściwie zrobią.
Do sali weszła Brenda niosąca tacę ze zdezynfekowanymi narzędziami. Kiedy Michael ją tylko ujrzał, szepnął:
- Brenda, pomóż mi … Zabiorę Cię stąd, damy radę temu skurwielowi…
Spojrzała na niego wątpiącym wzrokiem, parsknęła, roześmiała się i założyła lateksowe rękawiczki.
- Chyba nie wiesz kto tu jest kim. – odparł znudzony głos Corneliusa gdzieś z kąta, po czym pojawił się nad głową Collinsa. – Słynna pani doktor Eisenhower, z berlińskiej palestry Ex-Per, kojarzysz?
Michaelowi w głowie zaczęły krążyć wykłady Christensena na temat ekspertystów, którzy stosują dziwne i niebezpieczne metody leczenia, poprzez uciskanie nerwów, bądź zadawanie wyższej dawki leku, aż do uzyskania skutków (był to efekt placebo, nie preparatu).
- Och, Blackburn, nie musiałeś… - żachnęła się żartobliwie. – Widzisz, bo zgrywanie biednej panienki nie jest trudniejsze niż zgrywanie szalonego doktora. Czy Michaelu kiedykolwiek posądziłeś mnie o konszachty z Corneliusem? … Właśnie! – gromko się roześmiała. – Pozwól, że zaprezentuję Ci moją nową metodę leczenia, która zrobi furorę – jeśli nie w medycynie, to w metodach walki z przestępczością… Blackburn, przygotuj powierzchnię operacyjną na … a niech będzie, na ramię! – Cornelius jak smutny pański piesek poleciał po to pomarańczowe coś.
- To co, Michael, jedziemy bez znieczulenia? Pewnie że dasz radę! Czemu masz nie dać rady! I tak zaszedłeś dalej niż myśleliśmy!
Życie Collinsa stanęło mu przed oczami. To, że nie przebaczył oficjalnie matce. To, że wziął pod opiekę Helen. To, że Gabriel pozostanie tutaj póki ktoś nie dokona tego co on, a przecież skąd ktoś ma go znać…? Rozrywający ból w lewym ramieniu zdawał się być kwintesencją i orginalnym zakończeniem jego działalności. Ale to jeszcze nie było najgorsze, póki Eisenhower nie wzięła się za grzebanie w nim.
- Hak. – mruknęła, wyciągając dłoń. Dotąd krwawice rozcięcie zostało poszerzone, co wywołało przeraźliwy krzyk Collinsa. Zeszkliły mu się oczy, a wzrok osłabił.
- Brenda, może jednak dać mu … - zagaił, trochę zaniepokojony.
- NIE! – krzyknęła. – Nożyczki chirurgiczne! – Blackburn pokręcił głową, i podał je. Wiadomo, co zrobiła z nimi Brenda. Przecięła mięsień wzdłuż.
- Pęseta chirurgiczna. – mruknęła, z zawziętą miną.
- Nie lepiej anatomiczna? – znów Blackburn próbował umniejszyć ból Collinsowi, ponieważ szczypczyki które chciała Brenda, są mniej delikatnie.
- Będziesz dyskutował?! – warknęła, na co Cornelius posłusznie wręczył jej pęsetę, jednak już z pewnym wyrzutem. Michael załzawiony oglądał swoje otwarte ramię i raz po raz wył z bólu. Już bardziej ludzki od Brendy zdawał mu się Blackburn, stojący z zażenowaną i współodczuwającą miną. Kilka sekund później, Eisenhower krzyknęła:
- Mam cię! … - zaśmiała się złowieszczo. – A widzisz, panie Collins, mówią, że ekspertyści do bzdury. Bzdura! – krzyczała, jakby nie docierało do niej, ile bólu zadaje innym. – Nerw obwodowy naramienny lewy! Ucisk! – w tym momencie, ręka Michaela samowolnie uderzyła w szafkę, ten z płaczem nawet nie odczuł, że uderzył w szklaną gablotę i że ma pokaleczoną całą rękę. Już nic nie czuł, powoli odpływał. Ciągle jeszcze wyraźnie widział twarz Blackburna, i widział w nim tym razem przyjaciela. Ostatnimi słowy jakie zdołał zarejestrować były:

- Brałeś leki? – mruknęła, zadowolona z siebie Brenda. Cornelius bez słowa pokręcił głową, negując. – Idź weź. Zamulasz.

sobota, 17 maja 2014

Rozdział 8 - W piwnicy pięknego umysłu

Rozdział 8
„W piwnicy pięknego umysłu”

Michael przyszedł do pracy niby jak zwykle. Tym razem jednak uzbroił się w kilka kanapek, termos z mocną kawą, notatnik i … nie do końca normalny długopis, bowiem długopis z kamerą. Przydawał mu się na studiach do niezbyt chlubnych czynów, ale teraz posłuży w słusznej sprawie.
„Dzisiaj nie będzie ani Blackburna, ani Percy’ego. Nikt nie może mi przeszkodzić…” – myślał, przechodząc przez blok po południu. Coś go jednak natknęło, by zajrzeć do izolatki Gabriela.
Collins zastał pusty pokój, z wyrwanymi kablami z monitora pracy serca. Cały ten bałagan wyglądał, jakby ktoś tu dosłownie przed chwilą walczył o swoją godność, a być może i życie. Wyrwany zagłówek od leżanki dopełniał cierpienie wiszące w powietrzu. Miał już wyjść, gdy usłyszał ciche chlipnięcie.
Spod łóżka wyczołgał się Lacroix, potargany, niemal nagi. Na skroniach miał czerwono-sine plamy, policzek odarty jakimś bliżej nieznanym przedmiotem o fakturze zbliżonej do asfaltu. Jego wyraz bólu dopełniała opuchnięta twarz, zapadnięte doły pod oczami. Próbował coś powiedzieć, lecz nie mógł wyartykułować ani słowa, więc się rozpłakał. Michael ukląkł przy nim i z żalem spoglądał w zapłakane oczy chłopaka. On nie był niczemu winien. Nawet Collins nie wiedział co takiego Lacroix uczynił, że Blackburn go gnębi.
- Staram się. Twój ojciec chce Cię stąd wyciągnąć. Czekaj cierpliwie. – odparł, gdy Francuz złapał go za rękę kiedy odchodził.
Michael pełen zgryzoty wyszedł z izolatki smutku i przygnębienia Lacroix’a i pewnie poszedł do szafki we wnęce, wyjął klucz oraz ruszył w kierunku krat. Włożył zadrzewiałe kluczysko, poszarpał się trochę z nim, a następnie położył rękę na starej, przemysłowej klamce. Głęboko w duchu pomyślał, czy to co robi jest właściwe, po czym stwierdził, że robi to dla tych cierpiących i nacisnął klamkę.
Zamknąwszy za sobą wrota, Collins zaczął schodzić w dół drobnymi i cierpliwymi kroczkami po surowych, betonowych schodach, charakterystycznie szurających, gdy choćby postawiło się na nich nogę. Im bardziej schodził w dół, tym bardziej czuł, że wyłącza mu się zmysł wzroku, a nasila słuch. Powietrze było wilgotne i przeniknięte chemicznym zapachem, nie lizolu jak w szpitalu a raczej spirytusem i jakimiś środkami odkażającymi. Ściany były chyba surowe (chyba, bo Michael nie do końca widział to, co jest dookoła niego). Zagłębiał się i wsłuchiwał w szelesty rur, kapanie kropli wody gdzieś na korytarzu wyżej, aż w końcu dotarł na ostatni poziom. Wyglądał on jak szpital lat pięćdziesiątych – wszystko o zarysie bulwy i Garbusa, łóżka z grubych rur bez materacy, uchwyty wyglądające niczym wisząca nad nimi dłoń szkieletu, zasłonki z fizeliny zamoknięte i popleśniałe od spodu, a wreszcie duża, słabo podświetlana tablica z „drogowskazami”, która raz się świeciła, raz nie. Michael stał kilka kroków od schodów w całkowitym cieniu, bojąc się wyjść dalej. Bał się, że napotka Blackburna.
- PERCY?! – krzyknął ktoś w głębi, a echo poniosło głos po korytarzu z prawej strony którego Collins w ogóle nie dostrzegł. Michael z przerażeniem obrócił się w jego stronę, po czym wiedział już, że nie chce tutaj być. „Nie, nie, nie…” – powtarzał w myślach, idąc ku światłu, gdzie chciał się poczuć przez chwilę bezpiecznie. Nagle migotająca jeszcze szybciej jarzeniówka spaliła się, tuż przed tym, jak miał pod nią przejść. Stanął jak słup soli i obłędnie oglądał się dookoła. Słyszał TEN ŚWISZCZĄCY ODDECH, ten sam, kiedy słyszał Lilly odgrażającą się Blackburnowi. Zaczął obracać się wokół, próbując cokolwiek dostrzec w słabym świetle tablicy informacyjnej. Gdy obrócił się dokładnie plecami do niej, spostrzegł, że nie tylko on robi cień na podłodze. Wzdrygnął się, spoglądając w kałużę – widział tam smukłą i wysoką postać, którą na pewno, NA PEWNO nie był Blackburn, ale to, że musiałby się w tej chwili obrócić, nie wchodziło w ogóle w rachubę. Przez myśl przemknęły mu słowa Brendy i Forresta – „dobrze żeś Ty jej nie widział…”. Patrzył nadal w kałużę i przymknął oczy, chcąc na szybko wykombinować cokolwiek. Kiedy już zdecydował, tak, zdecydował – zobaczę, obrócę się i zobaczę…! – jej już tam nie było. Z lekkim zrezygnowaniem a i może zawodem opuścił głowę w bladej poświacie tablicy.
Wtedy jego ramię uścisnęła drgająca i chłodna dłoń, może nawet lekko wilgotna. Collins dygnął, zacisnął zęby…
- Miło że wpadłeś. – mruknął rzężący głosik, dokładnie ten sam, którym zawsze przemawiała Brenda w transie. – Blackburn nadchodzi. Ukryj się w pokoju 31.
- Li… - zaczął niepewnie Collins, jednakże przypomniawszy sobie sytuację przy scrabble, urwał swoja wypowiedź. - … czego ty właściwie ode mnie chcesz? – jęknął cicho, ukazując niezrozumienie i zagubienie w sytuacji.
- Pokój 31, pod biurko, szybko. – mruknęła sapliwie, a sam Michael usłyszał już miarowe kroki Corneliusa, zatem uciekł w popłochu. Zatrzymując się chwilę na rogu, zauważył, że stoi ona w półcieniu. Widok który zapamiętał przez tę sekundę był niesamowicie smutny. Wiedział już, jak wygląda i dlaczego Brenda z Forrestem życzyli mu, aby nigdy jej nie zobaczył.
Lilly tak naprawdę nie była brzydką kobietą, ba – Collins uważał nawet, że po części była piękna. Po części: prawą stronę twarzy miała całkiem normalną, łagodne kości policzkowe, czerwone usta, blada cera i niebieskie oczy o ciekawym wzorze tęczówki, dookoła przyozdobione gęstymi rzęsami. Lewa zaś strona, mniej więcej od kącika ust była już nie blada, a szarawa i pokryta czarnosinymi naczynkami. Nad łukiem brwiowym widniała niedawno szyta, długa i widocznie niegojąca się blizna a pod okiem, dosłownie od powieki w dół ciągnęła się kilkucentymetrowa stara blizna. Oko po tej samej stronie było również wykończone wachlarzem rzęs, jednak tęczówka w tym oku była niewiarygodnie jasna, jakby ktoś pozbawił ją niemal całego niebieskiego pigmentu. Źrenica w tymże oku nie reagowała kompletnie na zmiany światła, toteż Collins posądził, że to po prostu sztuczne, ale bardzo przerażające oko. Cały jej wyraz twarzy i postury był jak skrzywdzona sarna. Na twarzy widać było wyżłobione od łez zmarszczki, zmrużone brwi i skruszony wzrok. Wyglądała, jakby nie zmywała makijażu na noc, lecz Michael był pewien, że to tylko cienie pod oczami, które w połączeniu z kruczoczarnymi włosami dawały pełen wizerunek niewinnego obiektu laboratoryjnego.
Michael zaszył się w ciemnym pokoju, nadal nie widząc gdzie siedzi, i wokół czego. Skruszony i bardzo przestraszony siedział w jakiejś rozległej sali, pod wymacanym biurkiem i nasłuchiwał…
- … nie, nie widziałem go. Nawet lepiej, wiesz, nie będzie się wpierdalał. – syknął Blackburn złowieszczo.
- Pewnie siedzi w tym pojebanym gabinecie i rozmyśla jak wielkie jest jego ego. – parsknął Percy. – Straszny łom z niego, taki sztywny i skurwielały, nie sądzisz?
- Łomem to jesteś ty, bo jeśli masz coś, co można spierdolić, spierdolisz. A on jest łomem ALBO szczwanym spryciarzem, bo na takiego wygląda. Gdyby był debilem, nie byłby tak tytułowany w West Midlands. – mruknął Cornelius, i przystanął. – Kurwa, coś jest nie tak. Lilly jak zwykle spierdoliła, ale zawsze darła ryja, a teraz milczy. – burknął krótko. – Lilly! – krzyknął, przywołując ją jak psa.
Percy i Blackburn stali gdzieś w półmroku świateł, pierwszy mędził coś o wiecznie spalających się jarzeniówkach w tej wilgoci, a Cornelius był wyjątkowo przejęty, że obiekt się nie odzywa.
- Albo ten cwaniaczek ją nie wiem jak, ale jakoś stąd wyciągnął, albo wczorajsza mieszanka barbitalu i koki była mocna bądź zabójcza. – insynuował ckliwie Blackburn.
- Szkoda by było… - mruknął knutowato Percy. – Dupę ma fajną, jakby ją zjarać, to i … - burknął, na co Cornelius strzelił go w twarz.
- Niech ci nigdy do głowy nie przychodzi dupczenie obiektu. – syknął ostrzegawczo.
- Ta, a Brenda? – jęknął lekceważąco, na co zarobił drugiego plaskacza.
- A Brenda to Brenda, i wara od niej. Znajdź sobie jakąś tępą laskę na dyskotece, przeleć i się uspokój. A jak nie to zaraz dostaniesz Androcur dożylnie… - wyrecytował szybko, na co Percy zamknął pysk i się już więcej nie odzywał. – Lilly, cholera jasna!
Ktoś zaszurał butami i chlipnął.
- No jesteś… - mruknął cicho i jakby z nutą troski. Percy parsknął śmiechem.
- Idę włączyć generator. – stwierdził krótko i coś zgrzytnęło. Wtedy światła zapaliły się dosłownie wszędzie. Collins spostrzegł wokół siebie dziwne sprzęty – nieco podobne do tego czegoś, co targał Percy przez korytarz, ale jednak inne… z rurkami do przetaczania krwi, sprzętem do dializy… Wszystko było widocznie pozostawione po rychłym użytku, bowiem wszędzie zalegały stare, czarno bordowe plamy krwi. Sam siedział pod biurkiem, zasłonięty deską frontową, wyglądał przez niewielką szparę z większej odległości. Czuł się jak w czołgu, mając bardzo małe pole widzenia, a bał się, że któryś z pseudo doktorów przejdzie w niezauważony sposób i dorwie nieproszonego gościa.
- Martwiłem się o ciebie. – przekonująco stwierdził Blackburn. Czuć było wyraźną nutę czułości i sztuczności zarazem. – Pójdziesz grzecznie z nami, czy zrobisz tak jak zwykle?
Dokładnie wtedy szurnięcie o beton i głos biegnięcia przeplatany z płaczem dotarł do Collinsa. Cornelius natomiast krótko westchnął sobie i zaczął gdzieś iść. Głos taktowych kroków przeplatał się z dreptaniem w tle jak metrum ¼ z 4/4, i ten stukot na RAZ zbliżał się nieomylnie w stronę Michaela, Collins zaczął się trząśc, jakby wisiał w lustrze wody na środku oceany i prosto w jego stronę płynął rekin. Blackburn wszedł do pokoju, stanął na chwilę, pociągnął nosem i mruknął:
- No zajebię tego co tu palił przy sprzątaniu. O ile ten jebany burdel można nazwać kiedykolwiek sprzątanym. – wycedził nosowo i skierował się w stronę metalowej szafy, skąd wyciągnął jakąś metalową walizkę i podszedł do biurka pod którym siedział Collins; skulony jak trusia, powstrzymujący się od głębszego oddechu i próbujący nie wydać z siebie ani jednego dźwięku. Cornelius upuścił walizkę z grzechotem na ziemię, schylił się, nie szczędząc trafnych rzutów mięsem. Michael wtedy dobrze widział jego zmanierowaną twarz i… podniósł ją frontem do biurka. Twarz, nie walizkę.
Jego maniera przekształciła się w ironiczny uśmiech i tak zastygła. Świdrował Collinsa wzrokiem, oboje wiedzieli, że siebie widzą, Michael był nieruchomy jak Statua Wolności a Blackburn prychnął, popatrzył raz jeszcze w jego oczy i krzyknął:
- Percy! Mamy dodatkowy obiekt badawczy!
Tak widział to Michael w swojej głowie. W rzeczywistości Blackburn naprawdę upuścił tę walizkę, ale nie spojrzał w ogóle na biurko od tej strony – podniósł ją szybko, niezbyt delikatnie rzucił na blat i rozpakował. Collins za cholerę nie mógł wiedzieć co to jest, jedynie po syczących odgłosach mógł się domyślać ładowania jakiejś strzykawki pneumatycznej, albo jej pochodnej. Jak na razie, to przez swój wizjer miał jedynie dobry widok na krocze i kieszenie Corneliusa. W pewnym momencie upadło pudełko z lekami, które się rozsypały, więc Collins mógł się przyjrzeć czym chce faszerować Smoke – był to Loritab, czyli nic nadzwyczajnego jak na szpital, ale jednak bardzo uzależniającego. Mimo wszystko, Blackburn schował to do kieszeni, a zajął się czymś innym na stole, prawdopodobnie nabijaniem już „naboju” do pneumatyka. Tabletkę, która upadła pod nogi Michaela, Collins wziął do swojej kieszeni.
- Percy, gdzie się podziała morfina? – zapytał, wkurzony. – Matka wie, że ćpiesz? – roześmiał się szyderczo. – Laboratorium to nie wystawa dla bezdomnych. To kosztuje.
W tym samym czasie rozległ się niewyobrażalny, i nigdy dotąd nie słyszany krzyk – modulowany i przeciągle przeraźliwy. To krzyk Lilly. Chwilę potem kurdupel Percy wykopał drzwi gabinetu i wszedł z szamotającym się obiektem badawczym, spętanym drucikami z jednej strony wychodzące z ciała Lilly a drugie końce miał początek na biegunach akumulatora samochodowego. Blackburn podszedł do niej spokojnie, jak weterynarz do zwijającego się z bólu zwierzęcia, złapał mocno za prawe przedramię i wstrzelił … ale co? Michael nie miał pojęcia. Podejrzewał jakiś środek uspokajający wysokiego kalibru, bowiem Obiekt za chwilę przestał się szarpać i stał na wacianych nogach, podtrzymywany przez Percy’ego. Cornelius znów podszedł do biurka, coś pogrzebał i jednocześnie nakazał przypiąć obiekt do „tronu”. Percy skierował się z Lilly w stronę fotela, który jakoś w ogóle nie przypominał fotela medycznego, miał on w sobie namiastkę i fotela dentystycznego (ze względu na wiszące ruchome lampy na wysięgnikach oraz przesuwną półeczkę z jakimiś bliżej nieznanymi mu sprzętami, wyglądającymi jednak jak wiertła dentystyczne), i urologiczno-ginekologicznego (klapa i podnóżki) oraz zwykłego stołu zabiegowego, gdyż zaraz po usadzeniu Obiektu i odsunięciu niepotrzebnej zastawy (podnóżków i wierteł), Percy upiął kończyny, tułów i szyję Lilly do fotela i za pomocą małego pilocika fotel podwyższył się i odchylił oparciem do tyłu, zagłówek pozostawiając w takiej pozycji, że Obiekt miał szyję wygiętą maksymalnie w tył, toteż siłą rzeczy nie mógł ani zbyt wiele widzieć, ani się za bardzo ruszyć. W jej usta została włożona zwijka bandażu nasączona przez Percy’ego rozcieńczonym spirytusem, co miało pewnie spełnić zadanie upojenia, uspokojenia i stworzenia pełnej ciszy.
Blackburn podszedł z jakąś małą strzykawką, poklepał w żyły i wstrzyknął to „coś”.
- To co dzisiaj mamy? – mruknął znudzony Percy.
- Xyrem. Widzę że jak zwykle się wycwaniłeś i dałeś knebla z alkoholem. Przygotuj maskę tlenową jak coś, bo jak spłynęło jej w układ to się zacharcha na śmierć. – burknął, włączając monitor. – Zsyntetyzowałeś wczoraj bloker gamma?
- Tak, wyszło niezłe świństwo, ale trzeba zobaczyć efekty. Jak Lilly się zaraz ocknie umysłowo to podam, na razie pójdę wydzielić dawkę. Ile?
- Na początek daj 0,25 ml, damy domięśniowo, zobaczymy reakcję, to rzucimy na żylną.
W chwili, gdy Percy poszedł po to gamma coś tam, Blackburn usiadł na taborecie przy wybudzającej się Lilly, a raczej może lepiej ogarniającej rzeczywistość, bo cały czas była przytomna. Wyjął knebel z jej ust.
- Wiesz że dzisiaj jest ważny dzień? – mruknął, nachylając się nad nią.
- Wczoraj też był. – odparła cichutko.
- Ale wczoraj dostałaś bez przygotowania. Dzisiaj wszystko będzie dobrze, nie będzie kokainy ani barbituranu.
- A jeśli ucieknę? – chlipnęła.
- A wtedy zajmiemy się twoim siostrzeńcem – bękartem i będziesz go miała na sumieniu… - roześmiał się złowieszczo. – Właściwie, to co byś nie zrobiła, prędzej czy później…
- 0,25 blokera gamma, proszę. – przerwał Percy, wchodząc z małą, podłużną strzykawką, w której była jakaś zielono-żółtawa ciecz.
- Widzę, że musiałeś też drugie 0,25 upierdolić w kitlu. – sceptycznie burknął Cornelius gdy zobaczył plamę na fartuchu, przejmując narzędzie pracy. Zdjąwszy czapeczkę z błyszczącej, grubej igły, przyjrzał się kolorowi preparatu po czym bez słowa wbił ją w ramię Obiektu, który chyba był jeszcze oszołomiony wcześniejszym medykamentem.
Collins natomiast siedział pod stołem nie mniej zdruzgotany i oglądał całe to przedstawienie. Przedstawienie, które się dopiero zaczynało…
Chwilę potem zgodnie z przewidywaniami Blackburna Lilly zaczęła się dusić, ale szybko temu zaradził podając maskę tlenową. Oddech się na chwilę wyrównał, po czym Lilly zaczęły trząść drgawki, następnie z nosa popłynęła krew, a cały dramatyczny widok dopełniła zbierająca się piana w jamie ustnej. Cornelius dokładnie wtedy polecił Percy’emu przynieść całą próbówkę tego blokera gamma, sam chwilę popatrzył na cofające się i bielejące gałki oczne, dopiero wtedy podbiegł do metalowej szafy, wyjął zafoliowany skalpel, zapakowaną rurkę tracheotomijną, butelkę tego brązowo-pomarańczowego płynu do dezynfekcji, wraz z rękawiczkami i gąbką. Czym prędzej naniósł go na szyję Lily pod chrząstką, wyjął skalpel, naciął szyję, rozchylił ścianki i włożył rurkę, dokonując w ten sposób szybkiej tracheotomii. Obiekt zaczął oddychać normalnie, lecz nie zaprzestał drgać, toteż Cornelius popędził Percy’ego, który niósł w grubych rękawicach szklany słój z tą samą cieczą. Blackburn w międzyczasie zdjął ubabrane krwią i dezynfekatorem rękawiczki, wyciągnął z otwartej metalowej szafy pistolet strzykawkowy, wyciągnął pojemnik, załadował i wstrzelił kolejną, niemałą porcję tego „czegoś” w brzuch Lilly. Dosłownie dwie sekundy potem drgawki ustały, praca serca się unormatywniła, a Blackburn, bardzo wesół, przybił piątkę Percy’emu wzrokowo.
- Trzeba posprzątać na zapleczu. – mruknął knut, na co Blackburn poszedł w to samo miejsce, gdzie Percy łaził po „leki”.
- Możesz iść do domu. – odparł na odchodne. – Poradzę sobie dalej, jak coś, zawiadomię cię. – po czym zamknął drzwi z napisem „LABORATORIUM”, a chwilę potem wyszedł też Percy, wcześniej pozbierawszy swoje manele.
Michael z przerażeniem oglądał scenę próby laboratoryjnej na Lilly. Nie śmiał nawet pomyśleć, co takiego wcześniej testowali z Corneliusem, skoro ma ona pół twarzy jak zombie, sam był jednak zdziwiony jakich silnych leków przeciwbólowych używają na niej, by nawet nie drgnęła w przypadku nagłej potrzeby wykonania tracheotomii. Nie miał też pojęcia jak, i w której chwili się wydostać, aby nie spotkać przypadkiem Percy’ego czy Blackburna. Siedział jak idiota w biurku i nie miał absolutnie żadnego planu, aby stąd wyjść.
Wtedy tez wszedł Percy w kurtce z powrotem.
- Panie Blackburn, wie pan, tego nowego nie ma na oddziale … - mruknął, a Michael przełknął ślinę. – To nie dziwne?
- Może zapomniał, nowy jest… - burknął krótko w skupieniu.
- No tak, ale jego płaszcz jest w gabinecie, i w ogóle wskazuje na to, że powinien być, a go nie ma… - odparł podejrzliwie. Blackburn wypadł przez drzwi laboratorium.
- Czyli jest takim samym szczwanym liskiem jak jego poprzednicy. – obwieścił. – Znajdź go. – wskazał mu akumulator z drutami do łapania Lilly. Collinsowi drgnęło serce, i już czuł, jak te strzałki wbijają mu się w ciało, gdy z metalowej szafy stojącej za Michaelem wyszedł… Huxley. Blackburn i Percy stali jak wryci.
- Whitcombe? – jęknął kurdupel.
- Azarow. Benedict Azarow. – odparł z rozbrajającym uśmiechem, na co Blackburn się roześmiał.
- Proszę, proszę, tatuś wysłał synka na zwiady, i nie sądził że synuś umoczy? – śmiał się szelmowsko. – Percy… zajmij się Synkiem Tatusia. – Percy pewnie zaczął marsz ku Whitcombe/Huxley/Azarow’owi, na co ten wyciągnął broń, strzelił kilkakrotnie. Percy skrzywił się, podniósł brew, parsknął śmiechem i kontynuował krok, ku zdziwieniu Benedicta. Miał on na sobie kamizelkę kuloodporną. Gdy dotarł do niego, rozpoczęła się szamotanina, której przyglądał się biernie Michael, a w końcu Percy penem insulinowym zadał cios i zapewne dawkę insuliny Azarowowi, który chwilę ustał, spojrzał na swoje ramię i zemdlał. Percy splunął metr od Collinsa i mruknął:
- A jednak ta cukrzyca czasami jest użytecznym ciulstwem.
- Zdejmij Lilly, daj ją na leżankę, nie ruszy się. Wsadź tam Azarowa. – westchnął, podchodząc do biurka. Collins w tej chwili był jeszcze bliżej zawału niż wtedy, gdy oglądał Lilly, bowiem Blackburn stał od niego w odległości nie większej niż pół metra. Mimowolnie cofnął się w głąb biurka i zwinął się jeszcze bardziej, aby nie było go widac przez luft z przodu.
- Musimy pogadać, Ken. – mruknął do Percy’ego. – Zostawmy pana Azarowa, niech popatrzy na swój dzisiejszy niezłapany cel. – roześmiał się krótko.
Pominąwszy śmiech w głowie z imienia Percy’ego, Michael wiedział, że ma teraz jedyną szansę wyjść niespostrzeżonym przez Blackburna i Percy’ego, jednak na 100% zostanie zauważony przez Azarowa, i podejrzewał, że ten da mu wyjść bez słowa. Mimo wszystko Collins padał jak mucha od palpitacji serca, i miał wyraźnie dość całej tej szopki, chciał już się znaleźć na górze. „Mogłem tu nie schodzić…” powtarzał w myślach.
Czubek głowy Michaela wynurzył się zza biurka jak głośniki obwieszczające „CZAS NA TELETUBISIE”. Uważnie spojrzał na uwięzionego Azarowa, który kombinował coś przy pasach – Collins natomiast szybko wstał, przemknął między biurkiem i metalową szafą. Azarow się tylko uśmiechnął, i dalej szperał w szlufce, gdy nagle śrubokręcik którym próbował się uwolnić, spadł na ziemię. Azarow chrząknął krótko, i szepnął:
- Podasz?
Michael wiedział, wiedział że nie powinien tego robić, ale jeśli uwolni Azarowa, wydusi z niego więcej, niż może się zdawać. Może też wpaść w łapy Blackburna – czyli albo wszystko, albo nic. Podkradł się szybko, podrzucił śrubokręt i podszedł do drzwi. Klamka była od drugiej strony, a do tego drzwi otwierały się do wewnątrz, i miał już wychodzic, gdy do drzwi ktoś podszedł i je otworzył – Collins schowany został za skrzydłem drzwi.
Nietrudno było się domyślić, że była to Brenda. Stanęła jak wryta, wypuściła jakieś papiery z rąk, po czym je pozbierała na szybko.
- Dean?! Co się… - jęknęła z niedowierzaniem. Wtedy do pokoju zajrzał przez laboratoryjne drzwi Cornelius.
- Nie Dean, tylko Benedict Azarow. – na jego twarzy rozbłysł szelmowski uśmiech numer dwa. – Pozwól na chwilę. – zaprosił ją gestem ręki do środka, i spojrzał na otwarte na oścież drzwi, za którymi siedział Michael. Zmarszczył brwi, i bezbłędnie podszedł do nich, po czym je zamknął.
Michael to dziecko szczęścia. Gdyby nie parawanik i umywalka za nim, Blackburn zapewne by go odkrył. Mina Collinsa była bliska płaczu, , bowiem widać było jego buty, ale Cornelius wyraźnie nie zwrócił na to uwagi i wrócił do laboratorium. Stojąc tam, mało co nie zwymiotował – w umywalce leżały jakieś odpadki z operacji, krew, ogółem – syf, kiła i mogiła. Gniło to w starej, zakamienionej umywalce, o zardzewiałej armaturze. Czym prędzej wybiegł blady, chciał już przymknąć za sobą drzwi, gdy ktoś je złapał i pociągnął do siebie. Azarow. Bez słowa zrozumiał, że należy spierdalać stąd jak najszybciej – Azarow czym prędzej gdziekolwiek – byle dalej, Collins natomiast biegł i myślał co ma zrobić. Jeśli nie będzie na dyżurze – sprawa dla Blackburna będzie klarowna, jednak jeśli będzie na dyżurze, Cornelius może sobie pomyśleć, że po prostu poszedł do łazienki czy coś. I taką właśnie wersję przyjął Michael.
Zdyszany, blady i zlany potem usiadł na fotelu w gabinecie i złożył twarz w ręce. To, od czego w tej chwili uciekł, to niewyobrażalne tortury i męczeństwo, a to co właśnie ryzykuje, jest dokładnie tym samym. Sięgnął do kieszeni, i wyciągnął coś, co wyglądało jak Loritab, ale nie miał zamiaru przetestować tego na sobie. Włożył to z powrotem i wstał do łazienki. Spojrzał na siebie w lustrze – wyglądał jakby ktoś go otruł polonem, albo miał objawy choroby popromiennej, tak stwierdził, jednak wiedział, że popada w paranoję. Bolało go całe ciało, czuł że jest cały spięty, w uszach cały czas mu coś dzwoniło, jego ręce drżały. Nachylił się do umywalki i przypomniał mu się widok zza parawanu, co spowodowało, że Collins momentalnie poczuł konwulsje i zdążył dobiec do muszli klozetowej, aby zwymiotować. Chwilę potem, odetchnął spuścił wodę, oparł się tym razem o ścianę, i nie patrząc na przeklętą umywalkę, umył sobie twarz. Kiedy już uważał, że czuje się dobrze, postawił się do pionu i nie dalej jak sekundę potem zemdlał.
Obudził się na leżance, na której niegdyś przyjmował sparaliżowaną strachem Brendę. Czuł się, jakby ktoś uciskał mu głowę, albo zrobił sobie z niej piłkę bejsbolową, bo cholernie bolała go głowa z tyłu. Dotknął się tam, poczuł jeszcze większy ból i wymacał opatrunki. Moment później zauważył, że ma na szyi kołnierz ortopedyczny, jęknął coś niewyraźnie, usiłując zobaczyc, kto krząta się obok.
- Panie Collins, proszę się nie ruszać. – mruknął Blackburn, całkiem normalnie, nie jak kilkadziesiąt minut wcześniej zwracał się do Lilly. Pochylił się nad nim, i Michael ujrzał jego bezecną twarz.
- Co się … - wydukał, zamurowany.
- Zemdlał pan w toalecie, a przy okazji walnął przy tym głową o parapet. – odparł, przygotowywując jakąś strzykawkę. Kiedy Michael to zobaczył, chciał się ja najszybciej zerwać i uciekać, lecz nie mógł się ruszyć. Nie, nie miał założonych żadnych pasów. Po prostu nie miał siły.
- Panie, idź pan z tą strzykawką…! – jęknął z przerażeniem, ale przekonująco. Blackburn spojrzał się na niego, uśmiechnął w dziwny sposób, zaśmiał się krótko nie otwierając ust.
- Igieł się pan boisz? – odparł, widocznie rozbawiony. Collinsowi wcale nie było do śmiechu. Nie wiedział co to jest, nie miał pewności czy to witamina czy kuźwa bloker gamma. Nic nie wiedział.
- Niepotrzebne po prostu. – wycedził lakonicznie. Cornelius przeniknął go wzrokiem, dokładnie tak jak w wyobrażeniach Michaela, gdy ten miał go złapac pod biurkiem.
- Nic pana nie boli? – zapytał, wpatrując się cały czas w jego oczy.
- Nie. – skłamał pewnie. Bolało jak skurwysyn. Ale nie chciał ryzykować, co miałby mu podać Blackburn, który kiwnął głową, mrucząc „jak pan woli” i wyrzucił strzykawkę do żółtego kosza na odpady medyczne. Coś tu nie pasowało Michaelowi. Skąd ten syf w umywalce, skoro Michael przed chwilą wyrzucił niezużytą nawet strzykawkę, ale już jednak napełnioną – mało tego, moment później założył żółte rękawiczki i mędził, że nie wie kto tu urzęduje, ale robi większy bajzel niż jego dzieci.
„Ja pierdolę” – pomyślał Michael. – „Dzieci? Kurwa, albo ktoś mnie tu robi w konia, albo jestem wariatem.”
Collins już naprawdę zgłupiał. Jest w domu wariatów i czuje się jak pomyleniec. Cała sytuacja zaczęła go przerastać – nie ufał Blackburn’owi, powiedziałby że łże z tymi dziećmi. Ale jeśli to powiedział, to podważył swoją nieufność, a co za tym idzie – zniechęciłby Collinsa do dalszego penetrowania piwnicy. Z drugiej strony miał Forresta, zaufanego człowieka i zbłąkaną przez Lilly Brendę. Pytanie jest następujące:

KOMU WIERZYĆ?!

Rozdział 7 - Sprzymierzeniec i groźba

Rozdział 7
„Sprzymierzeniec i groźba”

Michael siedział zamyślony w szpitalnej kantynie, popijał poranną kawę z automatu przypominającą raczej jakiś produkt kawo podobny, bowiem Collins zamiast jej docelowo pic, moczył zaledwie w niej usta i wciągał nosem zapach pobudzającej kofeiny. Cała sytuacja zdawała się go powoli przerastać, czuł się osaczony przez osobę Lilly. Wiedział, że ona teoretycznie nie zrobi mu nic złego, jednakże same jej „wizyty” są dla niego wysiłkiem psychicznym dość ciężkim do zniesienia. Collins mimo tego, że wiele w życiu widział, nie mógł pojąć, że w tych czasach ktoś nadal robi doświadczenia na ludziach i pilnuje swojego dobytku laboratoryjnego lepiej niż oka w głowie. Brenda jest na niewidzialnym łańcuchu, z mentalnym kagańcem, pod groźbą śmierci. Forrest coś wie, lecz naciskanie na niego jest bynajmniej bezcelowe, dopóki sam się nie wygada, nie powie nic więcej niż by sam chciał.
Natomiast osoba Gabriela zdaje się być kimś bliskim, a przynajmniej zaznajomionym ze Smoke, skoro sama wspomniała, że „Gabryś wie”. Michael nie miał pojęcia jak Lilly skontaktowała się z Gabrielem, jak ona się mogła do niego dostać, lub on do niej. Żaden z tych przypadków nie był możliwy.
Podczas zgłębiania się w meandry mechanizmów wywierania presji i „obsługi” ludzi przez Pannę Smoke, Collins jednych uchem usłyszał przebijające się z tłumu nazwisko „Lacroix”. Natychmiastowo obrócił się on w kierunku zasłyszanego sygnału, niczym zając nasłuchujący niebezpieczeństwa.
Zobaczył tam wysokiego mężczyznę, niemalże kopię Gabriela – niemalże, ponieważ mężczyzna był od Gabrysia co najmniej 10 centymetrów wyższy. Mało tego – miał on dłuższe włosy, jak Kudłaty ze Scooby-Doo, kształty jego twarzy były twardo rysowane – wyglądał on wyraźnie starzej, dostojniej i mniej dziecinnie niż nieduży Gabriel o łagodnej i sympatycznej minie. Ten natomiast wyglądał na wyrachowaną i zimną podróbkę Gabrysia.
Lacroix Senior rozmawiał z Percy’m. Collins jak najszybciej wypił zimnawą już kawę, i podszedł raz jeszcze do podstarzałego automatu niby celem nabycia nowej mieszanki energetyzująco-szkodliwej, a tak naprawdę po to, aby posłuchać co Percy ma do powiedzenia na temat Gabriela panu Lacroix.
- Widzi pan, sprawa się komplikuje… Gabriel ma częste napady manii, jego choroba się widocznie zaostrza a zwykłe leki już nie pomagają. Mówi bez sensu, jakby głośno myślał, chodzi, nie może usiedzieć na miejscu, uważa że nie jest chory, a to są właśnie elementy depresji maniakalnej. Z czasem przejdzie on w stan łagodny, a tu z kolei mogą go najść myśli samobójcze, wie Pan… ta choroba jest jak sinusoida. On może zdawać się normalny, ale minutę później pobije granicę normalności do maksimum manii. Tego nie da się przewidzieć…
Collins ze zdziwieniem słuchał, jakby Percy wcale nie mówił o Gabrielu. Gabriel nie miał w ogóle oznak żadnej choroby – fakt, może był trochę nieśmiały, może zbyt górnolotny, ale nie chory. A co dopiero mówić o ciężkim przypadku depresji maniakalnej, o jakiej bredził Percy.
- Jak… jak to pan powiedział, że leki nie pomagają…? To jak go chcecie leczyć? – zapytał Senior, wyraźnie zagubiony, zdezorientowany i podenerwowany.
- Używamy elektrowstrząsów, sprawdza się to u 4/5 pacjentów. Działają długofalowo i skute…
- Śmie pan mówić, że podłączacie mojego syna do prądu i traktujecie go nie lepiej niż krowę przed ubojem? Czy pan sobie żartuje? – zaczął się miotać Lacroix. – Pan wybaczy, ale to jest ponad moje wszelkie oczekiwania. Chcę przenieść syna do innego szpitala, teraz. – wyrecytował lakonicznie, ledwo utrzymując swoje emocje na wodzy.
- W tej chwili jest to niemożliwe, jego stan nie pozwala na to… - ciągnął smutem Percy. Michael zmierzył go wzrokiem, wiedział że kłamie. Percy był zdzirą tak małego kalibru, że nawet oszukiwanie nie wychodziło mu tak, jak jego mistrzowi, Blackburnowi. Lacroix Senior opętanym i zawziętym wzrokiem patrzył się w sztucznie ufną twarz szpetnego obszczymurka, który niestety należał do grona lekarzy.
- To się okaże. – warknął Francuz, grożąc palcem w skórzanej rękawiczce i machnął swoim również skórzanym płaszczem na odchodne. Fałszywość Percy’ego ujawniła się pół sekundy później, gdy zadarł nos, obluzował mięśnie twarzy i prychnął niedbale, jakby ktoś przed chwilą próbował mu napluć w twarz. Moment przed obróceniem się w kierunku bloku A, Collins obrócił się ze swoją kawą, zaczekał aż Percy odejdzie na stosowną odległość i … rzucił się w pogoni za Lacroixem.
Wypadając przez drzwi hall’u zadawał sobie pytanie „dlaczego ja go gonię?”. Nawet nie wiedział o co konkretnie chce go zapytać, albo co mu powiedzieć, nie potrafił zebrać swoich myśli. Przez moment zdawało mu się, że ktoś odbiera mu umysł, obawiał się, że Lilly wkracza do akcji, jednak chwilę potem odzyskał pełnię umysłu i dopadł drzwi od taksówki Lacroix’a. Chwilę się zapowietrzając, łapiąc oddech w końcu udało mu się wydusić z siebie jakiekolwiek słowo, ku zdziwieniu francuza. Oparł się o auto.
- Gabriel wcale nie jest chory. – wypalił szybko widząc jego minę, jakby mu w czymś przeszkadzał, bo chciał chyba sam coś powiedzieć, ale wiadomość Collinsa zupełnie go zgubiła.
- Kim pan jest? – zapytał, zacierając ręce w jakimś nerwowym tiku. Zimnym i przenikającym spojrzeniem szukał w jego oczach odpowiedzi. Michael obejrzał się na szpital, potem na niego. Spuścił głowę, popatrzył na swój kitel i ponownie popatrzył na francuza, który parsknął, otarł twarz dłonią i chyba chciał się roześmiać, ale jakoś tak sytuacja sprawiła, że po jego twarzy przemknęło jedynie coś w rodzaju uśmiechu.
- Przepraszam, nie zauważyłem… - wymamrotał przez dłoń, po czym zmienił ton na poważny - … skoro tak, skąd pan wie, że Gabriel nie jest chory?
- Widziałem się z nim. – odparł bezwiednie Collins. Na te słowa Lacroix kazał odjechać taksówkarzowi.
- Nie, nie… odjedźmy gdzieś dalej. – mruknął Michael, licząc w głowie ile minut lunchu mu jeszcze zostało i czy zdąży wrócić na dyżur. Senior zaprosił go do środka i wkrótce pojechali kawałek dalej. W strugach deszczu przemknęli do przystanka kilka kilometrów od szpitala i usiedli w budzie. Collins wyciągnął papierosy, zaproponował Francuzowi, który nie odmówił i zaczął swoją mowę.
- Nie powinien pan był go tutaj sprowadzać. – mruknął Michael. – To chyba najgorsze co mu pan w życiu zrobił.
- Kazałem go tu położyć z polecenia, sądziłem że nie będą go traktowali jak bydło… - odparł Lacroix, wydychając dym.
Collins prychnął śmiechem.
- Wie pan, elektrowstrząsy to powszechna metoda leczenia, ale zapewniam pana, że lekarz z którym pan rozmawiał bredzi jak cyganka uważająca się za portugalkę. Może pan nie widzi, ale ten szczyl nawet nie umie kłamać. Gabriel nigdy nie był poddany elektrowstrząsom, a Percy jest tak pierdolnięty, że prędzej zełże na gorzej, niż powie prawdę na lepiej.
- Skoro Gabriel jest bezpieczny, dlaczego pan właściwie …?
- Nie wiem co się dzieje, ale ktoś miał wyraźny cel usadzenia pańskiego syna w Mansford i to na długi czasookres. Nie mam pojęcia dlaczego, mogę jedynie dodać, że jest z nim wszystko w porządku, aczkolwiek nie chce się on z panem widywać…
Michael ukradkiem wszedł do szpitala przemoczony do suchej nitki, potruchtał do swojej połowy gabinetu, i korzystając z nieobecności Percy’ego, przebrał się. Wyszedłby za moment niewątpliwie bez kiwnięcia palcem, gdyby nie to, że Percy pozostawił włączony komputer na trybie obserwacji kamery… gdzieś w jakiejś celi. Dosyć ciemnej, obskurnej i widocznie zaniedbanej, z odpadającym tynkiem i marną lampką ją oświecającą. Cela ta była pusta.
Collins spojrzał na jakieś notatki włączone obok i kartki na biurku zapisywane wyraźnie kaligraficznym pismem, należącym do Corneliusa. Gdzieś już obiło mu się o uszy, że osoby z przesadnie pięknym pismem mają wyjątkowo zryty umysł i psychikę. Ale do rzeczy, co tam było napisane?
W gruncie rzeczy były to opisy zachowań. Puste opisy, które wskazywały na kompletny brak jakiegokolwiek zachowywania się obiektu. Tym obiektem musiała być Lilly, Collins szczerze powątpiewał, by chodziło o kogoś innego… Jednak najbardziej interesujące było to, co znajdywało się pod zapiskami Blackburna. Był to rysunek i zapewne nie jego autorstwa, a pod spodem spis pisany już ręką Corneliusa.

Peter Westham-Lloyd, Therese Lloyd, Mary Lloyd (Christensen), Richard Christensen, Hubert Christensen, Helen Christensen, Henrietta Christensen
Claytonrough Manor, West Abbey Rd. 1290– Reading
Jean Francis Rousseau – Lacroix, BA in history of Art, working as museum guide in Versailles, living: Roger Hennequin Rue 43/16, Trappes (nearby Paris)
Gabriel Adrien Rousseau – Lacroix, BA in modern art, working under service-contract, living: 15/871 Rue de Vaugirard , Paris (center)
Katherine Watson, James Watson, Ingrid Calabrese
12 Goring Rd, Cray’s Pond, South Oxfordshire

Z rysunku dowiedział się jednej, pewnej rzeczy – Lilly jest ciotką Gabriela i Huberta. Tutaj jednak miało to takie znaczenie, że jeśli Blackburn zebrał informacje na temat krewniaków Lilly, to jednocześnie oznaczało to iż Ci ludzie SĄ mu do czegoś potrzebni. Ale do czego?
Wpatrywał się w te kartkę myśląc o dworku, o rodzinie Christensenów i Lloydów, i o tych Watsonach – wiedział bowiem, a raczej się domyślał, że James Watson to ten górnik. Zagadką była Ingrid Calabrese. Gdy o tym myślał, zwężył wzrok i rzucił okiem na miniaturowe drzewko oliwne stojące na biurku Percy’ego, po czym przelotnie spojrzał w monitor, co spowodowało u niego stan przedzawałowy – na całym polu ekranu widniała niewyraźna twarz, przerażająco zbliżona i o wyraźnie zmanierowanej i wściekłej minie. Na jej twarzy coś drgnęło, być może jakaś niekontrolowana mimika. Zanim Michael zdążył cokolwiek pomyśleć po uspokojeniu swojego umysłu, usłyszał ostatnie kroki podchodzące pod drzwi gabinetu. Czym prędzej usiadł przy swoim komputerze i włączył cokolwiek, udając że pracuje.
Ku zdziwieniu Michaela, do gabinetu nie wszedł Percy, ale… jakiś mężczyzna południowej urody, nieco kurduplowaty i krępy, ale nie gruby. Gdy tylko spostrzegł Collinsa, stulił się, zrobił głupkowatą minę, jakby chciał przeprosić, że pomylił pokoje, ale zamiast tego wydał idiotyczny i krótki jęk, po czym chciał cofnąć się na korytarz, zanim Michael uprzedził go krótkim i zwięzłym pytaniem czy kogoś szuka.
- Eee, ja… tego… ja myślałem że to gabinet doktora Percy’ego… także ten… ja przepraszam. – i cofnął się zgodnie z przewidywaniami Collinsa. Jeszcze przed zamknięciem drzwi, spojrzał na monitor komputera wyżej wymienionego „doktora”. Zanim jego głowa wpadła na pomysł, by łączyć jakiekolwiek fakty z tym facetem, do gabinetu wpadła z hukiem Brenda, o swoim potarganym, „Lilijnym” wyglądzie i warknęła, aby poszedł za nim, po czym chytnęła się, oparła o ścianę i dokładnie wtedy pani Graham zaczęła normalnie mówić. Nic jej nie powiedział, czym prędzej wstał i wyszedł w poszukiwaniu nieznanego jegomościa. Zdążył go „wyhaczyć” na wyjściu z głównego hall’u. Koleś wyraźnie był znerwowany, jakby coś zrobił – oglądał się za siebie i dookoła, jakby unikał śladu zauważenia. Gdy tylko Collins ruszył za nim pewnym krokiem, ten wyraźnie zaczął przyspieszać kroku, by w ostateczności uciekać. I uciekł, potrącając Forresta w przejściu, a sam Michael nie mógł wybiec sobie ot tak z pracy.
Nieznany koleś wyraźnie nie zauważył, że przy przepychance ze strażnikiem zgubił … portfel. Człowiekiem, który przyszedł był niejaki Andrea Calabrese.
- Pierwsze słyszę takie nazwisko. – mruknął Forrest ze zdziwieniem oglądając te dokumenty. – Calabrese… Andrea Calabrese. – powtarzał, aż gdy w pewnej chwili w umyśle Collinsa błysnęło światełko. Gdzieś już dziś widział to nazwisko, tak, widział – pisane odręcznie. Efektownym i perfekcjonistycznym pismem.
Tak, to nazwisko było zapisane na kartce z biurka Percy’ego.
Collins ruszył czym prędzej do swojego gabinetu, i wiedział że choćby Percy tam był, on będzie musiał się dowiedzieć o tym całym Calabrese. Po prostu nie mógłby spać wiedząc, że jednym z kluczy do zagadki może być Andrea, który właśnie zwiał, ale warto pamiętać, że zgubił portfel. Znajdzie go… pojutrze po południu. Nie będzie miał z tym problemów.
Michael z hukiem wpadł przez drzwi do pokoju i ze zniesmaczeniem zauważył iż Percy siedzi jak karny piesek na swoim foteliku, trzymając jakąś świeżą dokumentację w ręku. Spojrzał na niego spod swoich spryciarskich okularków w stylu taty Ludwiczka, żując skuwkę od długopisa. Nawet nic nie bąknął, wydawało się jakby oczekiwał samoistnego wytłumaczenia się Collinsa, na co ten nie miał absolutnie chęci i braku oporu. A opór miał. Przed szczeniactwem i cwaniarstwem.
Kilka godzin później siedział z Forrestem na schodach paląc papierosy.
- Dla mnie to musi być jakiś znak. Ona daje ciągle jakieś znaki. – powtarzał Collins beznamiętnie. - Wiesz, że ona ma jakieś zdolności nadprzyrodzone. Włada Brendą. To jest groźne, wiem… ale jednocześnie niebywałe. – opowiadał pochłonięty wrażeniem.
- … ona przypomina syrenę. Mówi, znaczy syrena to śpiewa… ale nikt nie chce jej słuchać, boi się być nią owładnięty. Ty jej słuchasz. Miej to na uwadze, jeśli wiesz co syreny robią z ofiarami… - mruknął ponuro.
- I uważasz, że zasługuje na wieczne więzienie? – ze zdziwieniem Collins próbował obronić swoje zdanie.
- Nie zasługuje, ale być może tak jest lepiej dla wszystkich. Nie wiesz jaka jest naprawdę. Nawet Blackburn nie wie i jej nie okiełznał w pokojowy sposób. A jeśli kogoś zabije?
Ostatnie zdanie zamurowało Michaela. Chciał głęboko wierzyć w to, że Lilly nie ma złych intencji. Czuł, że skoro uratowała mu życie, to nie ma na celu jego śmierci.
- Gdyby chciała mi coś zrobić… już dawno by to zrobiła.
- Pieprzysz jakbyś był w niej zakochany. – odparł nostalgicznie Forrest. – Żebyś ty chociaż ją widział. – burknął.
- Nie jestem w niej zakochany, ale … ale ona ma jakiś na mnie wpływ, że widzę jej ból i cierpienie. Ona wie, że jestem na to uczulony i będzie mnie nękać Brendą. I samą Brendę też. Zrozum, jeśli ona będzie chciała kogoś zabić, to będzie to tylko i wyłącznie Blackburn, więc nie wiem jak Ty, ale Blackburn za takie pionierstwo zasługuje na karę.
Forrest zamilkł i rzucił okiem na zamyśloną twarz Collinsa.
- Nudzi ci się, co? – parsknął półgłuchym śmiechem. – Widzę, że nie przekonam ciebie abyś zarzucił jej temat. To nie ona jest niebezpieczna. To Blackburn jest niebezpieczny. Było tu dużo takich cwaniaków, zainteresowanych krzykami z ostatniego poziomu. Być może widziałeś pacjentów z końca oddziału B. Twoim zdaniem są chorzy?
Collins pewnie kiwnął głową w geście potwierdzenia.
- Widzisz. A to są twoi poprzednicy… - mruknął Forrest, rozdeptując peta i powracając do swojej pracy.
Michael siedział jeszcze przez chwilę myśląc o tym, co powiedział strażnik. Co ten fajans Cornelius zrobił z tymi ludźmi? I co ma zamiar zrobić Gabrielowi? W ogóle – czy jemu grozi to samo? – te zdania trwały zapętlone w jego umyśle. Wstał, wyrzucił papierosa i postanowił wrócić do pracy.
Collins spokojnie szedł pustym korytarzem głównym oddziału A. Dookoła wszyscy pacjenci byli pozamykani (co było dziwne o tej porze), więc poczuł się on wyjątkowo nieswojo. W pewnym momencie dostrzegł on Percy’ego, miotającego się z jakimś ustrojstwem. Popatrzył on na niego jak wystraszone cielę.
- Wyłaź stąd. – burknął chamsko, starając się zasłonić tę maszynkę którą ciągnął przez korytarz. Michael przystanął i zaczął się przyglądać temu, co osłaniał. – Powiedziałem, jazda stąd!
Collins wzdrygnął się, patrząc dalej na Percy’go jak na obślizgłego węża, po czym chciał coś powiedzieć, gdy ten ryknął – STRAŻ! – Michael cofnął się z niezrozumiałą miną, po czym gdy ujrzał wychodzących pachołów zza rogu, gdzie stał Percy, oderwał się od nich i chciał uciekać, lecz bardzo szybko, bo po jakiejś półsekundy od myśli odwrotu, napotkał się z wrytą postacią Blackburna. Z przerażeniem w oczach spojrzał na pewną siebie minę, był niemal pewien że wyciągnie on zaraz nóż i go zaszlachtuje, ale mylił się. Cornelius bez słowa wstrzymał strażników gestem dłoni i kładąc mu na ramieniu dłoń, przeszedł dalej. Sam zaś Collins wypadł w popłochu z bloku pacjentów.
Szedł korytarzem, próbując sobie przypomnieć, co takiego targał Percy i po co? Wyglądało to jak zwykłe, trochę małe łóżko z jakimiś pasami i sprzętem do elektrowstrząsów z opaskami, plus jakieś dodatkowe kabelki i monitor (to akurat żaden szok, jeśli chodzi o szpital psychiatryczny). Zagadką było jednak to, że Percy to taki idiota, że gdyby dał Collinsowi normalnie przejść, ten nic by nie podejrzewał, natomiast skoro kazał mu się zmywać, to miało to charakter nieco tajny, toteż Michael domyślał się, że najpewniej ten sprzęt służył do doświadczeń ze Smoke.
Collins poszedł odwalić papierkową robotę, obejrzał raporty tygodniowe pacjentów i zabrał się za przygotowanie kubeczków z lekami, więc miał możliwość przyjrzenia się, co konkretnie jest wciskane Gabrielowi. Były to: Depakine (lek na padaczkę, mała szkodliwość), Xanax (na dłuższą metę niebezpieczny) i … Kefrenex. Kiedy Michael to ujrzał, zdębiał, bo nie dość, że jest to silny i niebezpieczny lek, wyjątkowo groźny dla osób z chorobami serca, to jeszcze w dawce 1000mg, przy czym widełki dawkowania ustalone są przez producenta na 150 – 800mg. Blackburn definitywnie chce zaszkodzić Lacroix’owi, bowiem ten cierpi na wrodzoną wadę serca, a do tego ten lek podawany zdrowej osobie POWODUJE chorobę. Oszołomiony wynikiem tego śledztwa Collins postanowił jakkolwiek pomóc Gabrielowi – znalazł w apteczce wielokolorowe tabletki na zgagę i leki przeciwbólowe, żadna pielęgniarka nie zauważy różnicy, a Gabrielowi nie zaszkodzą zbytecznie, przynajmniej o wiele mniej niż te prawdziwe leki. Następnie Michael podmienił tabletki w zbiorczym pudełku leków oznaczonych jako przydział Gabriela. Na jakieś dwa tygodnie będzie spokój, o ile nikt się nie zorientuje.
Ciekawe było też to, że kilku innych pacjentów otrzymuje również ten sam zestaw co Gabryś, więc Collins zapamiętał ich imiona i nazwiska.
„William Vaughn, Luke MacPherson, Ewan Cole, James O’Connell”
Kilkadziesiąt minut później Michael siedział  już w gabinecie i wyszukiwał informacji w Internecie. Niestety, nie znalazł niczego o trzech pierwszych, natomiast Vaughn miał odbicie pogłosowe gdzieś na jakiejś uczelni w Szkocji, jako uczeń z najwyższą średnią, na wydziale psychiatrii. Wtedy Collins był już wyraźnie pewien, że zapuścił się gdzieś, gdzie nigdy nie powinien.
Wychodząc z pracy, zauważył Deana stojącego za bramą, przy ulicy, z teczką i spoglądającego na zegarek. Ubierał się on jak jakiś detektyw: jasny, długi trencz z pagonami, czarna i aksamitna fedora na głowie oraz czarne i połyskujące w wieczornej poświacie sztyblety. Całośc dopełniała mahoniowa fajka z rytmicznie utrącanym cybuchem, wydająca przy tym zgrabny kłębek dymu. W ubranych w ciemne, zamszowe rękawiczki rękach dzierżył starą, lekko obdrapaną na rogach aktówkę. Whitcombe nie był podstarzałym panem, był mężczyzną koło 40-stki o wiecznym dwudniowym zaroście, lekko kręconych, półdługich, ciemnobrązowych włosach. Krytycznie spojrzał na Collinsa przez moment i odwrócił się ponownie w poprzedni kierunek „wpatrywania”. Wyraźnie na coś czekał.
- Czeka pan na kogoś? – zapytał niepewnie Michael, stawiając jeden krok w jego stronę. Dean nie odrywając wzroku od przestrzeni, enigmatycznie odparł:
- Na coś. Na autobus.
- Ostatni odjechał dwadzieścia minut temu. Następny jest za dwie godziny… - zająknął się Collins. – Może podwieźć gdzieś pana?
Whitcombe skrzywił usta, jakby był trochę zakłopotany.
- Nie, dziękuję, zaczekam. – rzekł optymistycznie.
Michael wzruszył ramionami i wsiadł do auta, po dłuższej chwili znalazł kluczyk a odpalając samochód zauważył, że zaczyna padać deszcz i to bardzo mocno. Podjechał do Deana.
- Zapowiada się na niezłą ulewę, prawda? – wyjrzał przez okno. Whitcombe znów zrobił swój zakłopotany wyraz twarzy, po czym roześmiał się zdawkowo i wsiadł do auta.
Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu, ale Collins musiał wiedzieć przecież gdzie ma jechać, toteż spytał się o adres, na co szybko odpowiedział, żeby wysadzić go pod barem Irving, o ile wie gdzie to jest.
- Nie ma pan służbowego mieszkania? – zapytał ostentacyjnie. Whitcombe spojrzał na niego krótko kilkakrotnie i odparł:
- Nie, ja mieszkam w motelu, nie jestem zatrudniony na stałe. – mruknął, po czym odchrząknął. Collins wzruszył brwiami, zdziwił się, bo Forrest wychwalał jego pracę, a tu umowa-zlecenie…
- Ile pan już tu pracuje?
- Będzie z rok. – przypuścił, mrużąc oczy.
- A gdzie pan się uczył?
- W Cork.
STOP. Michaelowi coś się nie zgadzało. Umowa-zlecenie dla lekarza to rzadko spotykana rzecz, ale jednak spotykana. Ale nigdy nie słyszał o tym, żeby w Cork uczono psychiatrii.
Collins burknął obscenicznie śmiechem.
- Pan jest z rządu. – stwierdził krótko, spoglądając na niczym nie przejętego Whitcombe’a, który spojrzał chwilę w okno i się roześmiał.
- Pan też? – rechotał. – Witam w klubie odsadzonych od tajemnic!
- Nie jestem z rządu. – odparł flegmatycznie, na co Dean znów się zakłopotał.
- Aż tak źle gram? – mruknął niefrasobliwie, wiedząc, że się zdradził.
- Nie, po prostu w Cork nigdy nie uczyli i nie uczą psychiatrii. – oschle stwierdził Collins.
- Pan mnie zdemaskuje? – lekko zmartwiony mruknął.
- A skąd. Lepiej niech pan powie jak się pan naprawdę nazywa i od kogo pan jest. Może mamy wspólne interesy w Mansford.
- Garreth Huxley, wydział wewnętrzny… do rządu trafiła skarga na dziwne praktyki pana Blackburna. Mam to zbadać.
- Chodzi o projekt „Lilia”? – spytał pewnie. Huxley mruknął krótko:
- Jaki projekt?
Wyszło, że Huxley nie ma zielonego pojęcia o więzionej dziewczynie w piwnicy. Tak samo nie miał też pojęcia, że jest ona żywym eksperymentem.
- Powiada pan, że to jakaś dziewczyna o nadprzyrodzonych zdolnościach?
- Chyba tak. Włada obcymi umysłami, przewiduje i pojawia się w różnych miejscach pod postacią owładniętych. Ciekawe, czyż nie? – mruknął, popijając herbatę z termosu.

Collins uradowany był, że znalazł w końcu kogoś po swojej stronie, kto będzie gotów narazić się, by odkryć tajemnicę Lilly. Wrócił do domu bez obawy że tam będzie – rzeczywiście: nie było jej tam. Po raz pierwszy od kilku tygodni porządnie się wyspał i zamierzał następnego dnia zejść na ostatni poziom…