Chanka

Chanka

poniedziałek, 20 października 2014

W sumie i tak jesteś kolejną cegłą w murze

- You will do, if I'll do it, or not, well it doesn’t make sense, that if I would tell you this straight route to this bunch, he he, no way… Zrobisz, tak czy owak, ech – to nie ma żadnego sensu, gdybym powiedziała ci prostą drogę do tej skrytki...
- It’s not nice. To nieładnie. – słusznie zauważył. – But keep talking. Ale kontynuuj.
- All in all it’s just another brick in the wall… W sumie to tylko kolejna cegła w ścianie... - zaintonowałam jak Gilmour i Waters w duecie.
Ray spojrzał chwilę na dwóch wyżej wymienionych panów na obrazie, pokręcił głową i rozejrzał się po mieszkaniu. Podszedł do wstawki z surowego muru na ścianie, i zaczął podważać podejrzane cegły, zdejmować obrazki i opukiwać kamienie. Znalazł jeden o dość osobliwym dźwięku. Próbował go podważyć, wyjąc, ale nic z tego.
- To prostsze niż myślisz. – bąknęłam, z bananem na ryju. Wstałam i wsunęłam cegłę w jej miejsce, po czym usłyszeliśmy kliknięcie i front cegły wyskoczył, odsłaniając szeroką paletę asortymentu. Ray spuścił powietrze z piersi, odetchnął i spojrzał na mnie, nieco podnosząc brwi. Ja natomiast walnęłam się na kanapę, rozwalając każdą kończynę w różne strony świata, nie tylko te na kompasie. Pan Poszukiwacz, walony Indiana Jones, tylko przeszedł gdy już zutylizował moje zasoby, i pogłaskał mnie po głowie, chwaląc mnie za dojrzałą decyzję.
- Sometimes, it’s good have something from shitty and moron. - burknęłam. Czasami to dobrze mieć coś z gówniarza I kretyna.
- We have too big fellowship of morons in this world. Mamy za duży poczet debili na tym świecie.
W myślach tylko przemknęła mi myśl, że największym pocztem debili jest amerykańska armia, ale postanowiłam tego nie mówić, by nie ranic uczuć tego jakże wrażliwego i delikatnego człowieka… westchnęłam i spojrzałam ślepo w ekran zgaszonego telewizora. To będzie trudne, bardzo trudne wyrzeczenie, choć szczerze mówiąc – jak najbardziej prawidłowe. Przecież nie od dziś wiadomo, że narkotyki szkodzą.
Podniosłam się i leniwie przeciągnęłam. Obejrzałam się na niewinnie zmywającego <sic!> talerze, zamrugałam oczyma, że coś tu jest nie tak, ale w sumie mi pasuje i po cichu wstałam, wykradłam się z mieszkania i wpełzłam do windy, niczym postrzelony Bond. Zjechałam nią do garażów i poszłam do rzyga, przegrzebałam go uważnie… i jest. Apteczka, HE HE, co jak co, ale jakby ktoś potrzebował pomocy, to mam nawet morfinę, buahahaha. Z zaciętą miną, wyciągnęłam puszkę z amfetaminą, zsypałam trochę na palec, wciągłam, chwilę się delektując, i wsypałam nieco do pudełka z tabaką, białą nawiasem mówiąc, toteż nikt w życiu się nie domyśli. Nikt!
Zadowolona, rytmicznym krokiem, poszłam do windy, i oparłam się. Jak królowa stanęłam pod ścianą i podniosłam głowę do góry, nie wiem czemu, śmiejąc się do siebie, takim głębokim i przerażającym śmiechem, jakby ktoś mi zmodulował głos na didżejce.
Drzwi od windy ukazały mi niestrudzonego Pana Poszukiwacza, który najwyraźniej czekał na windę. Minę miał przestraszoną, która potem zmieniła się w podenerwowaną.
- You felt offened? Uraziłem cię? – zapytał.
- No… He he… Nie, hehe... - parsknęłam.
- You are angry? Jesteś zła?
- Kche, che, che… nope… Nie... - wybełkotałam.
Pan Poszukiwacz wyciągnął mnie z windy i przytulił, tak mocno, że aż ciężko mi było oddychać. Mój wyraz twarzy był zabójczy – najpierw taki uchachany od ucha do ucha, a teraz – eee, co jest?
- … I thought that I told something wrong… I’m sorry, I’m trying to… to help you. To help us… and we could, hey, hey, Jesus Christ, what you …? Pomyślałem że powiedziałem coś nie tam... przepraszam, próbuję... próbuję ci pomóc. Pomóc nam... moglibyśmy, hej, hej, na Boga, co się …?
Osunęłam się w tym uścisku jak zmarłe, bezwładne dziecko i rozpoczęłam upadek ku podłodze. Zmajaczonym i tępym wzrokiem spojrzałam na niego i poczułam takie jakby ogromne ciepło w głowie, a na końcu korytarza stał … Randall.
- Wypuścili cię! To ja cię gołymi rękoma zajebie! – krzyknęłam. - Co ty do mnie mówisz, ty nazistowska świnio!? Pierdol się na złamany ryj… ty kurwo stara niedojebana! – wrzeszczałam. – Wypierdalaj, hitlerowska kreaturo!
Ray coś próbował mnie uspokajać, głaskał mnie po głowie, a ja powoli coraz bardziej popadałam w zamroczenie, mrugając nerwowo oczyma i drżąc. Zaniósł mnie do mieszkania i położył na wersalce, po czym zadzwonił gdzieś, i położył chłodny ręcznik na moje czoło. W tym samym momencie straciłam przytomność.
Obudziłam się u siebie, na swoim kochanym wyrku. Leniwie się przeciągnęłam i zobaczyłam na stole pudełko Xanaxu. Z przerażeniem, odwróciłam od niego wzrok, zamknęłam oczy i powtarzałam sobie ‘ nie, tego tu nie ma, nie ma tego tu’ i odwracałam się z powrotem, niechętnie spoglądając na owe opakowanie. Usiadłam wyżej i spojrzałam w okno, a na nim na siebie. Przypomniało mi się, od kiedy właściwie zażywam te syfy. Od przerwy pomaturalnej, kiedy mieliśmy swój zespół psycho rockowy, coś jak Pink Floyd, od tamtej pory, to zaczęło wchodzić w życie, a kilka lat potem stało się nałogiem. Chcąc nie chcąc, postąpiłam śladami Syda Barretta, i chyba czas najwyższy zawrócić. Z tym że to droga jednokierunkowa, i zdaje mi się, że za chwilę będzie zjazd. Oby na lepsze, ale błagam, tylko nie Xanax!
Do mieszkania wszedł Ray, taki jakiś zamyślony i niepoukładany od wewnątrz, a na zewnątrz, oczywiście, wręcz z perfekcjonistyczną precyzją, wyczesany i wypachniony, w eleganckim szarawym płaszczu, sięgającym mu aż do połowy uda, i finezyjnie zaplątanym szaliczkiem pod szyją, zimno niebieskiego koloru. Cały on, choćby miał na głowie kilka setek (spraw), to o swój wygląd zewnętrzny, zawsze zadba. Takie jakieś, dziwne, wręcz niemęskie zboczenie.
Spojrzał krótko na mnie, widząc że się obudziłam, odwrócił wzrok i poszedł się rozebrać. Za chwilę był znów w polu mojego widzenia, i tym razem znów mnie nie zawiódł – granatowa, lekko połyskująca koszula od Calvina Kleine’a i czarne spodnie, jakoś idealnie wytonowane, do tej koszuli. Tsaa, wyczucia w modzie, to można mu tylko pozazdrościć. Właściwie, nie dziwię się, skoro miał starszą siostrę.
Przeszedł, kompletnie mnie ignorując, i wypakował wcześniej przyniesione zakupy, na które nie zwróciłam uwagi. Z zainteresowaniem patrzyłam co robi, on jednak nadal zdawał być się mnie obojętny. Kiedy wszedł do sypialni, aby odłożyć kluczyk, nie wymieniając ani słowa ze mną, zrobiło mi się strasznie przykro, okropnie i wstyd. Gdy wychodził, wycisnęłam z siebie:
- Why Xanax … ?! Dlaczego Xanax …?!

niedziela, 19 października 2014

Is it only a dream that there'll be no more turning away?

Wracając już po pracy, ciągle cisnęły mi się myśli, co jeszcze mogę się dowiedzieć, a czego jeszcze nie było mi dane poznać. Gorzej chyba niż CIA, nic nie może być, no może – terrorysta, ale to się wzajemnie wyklucza. Diler narkotyków nie, no bo po co by kazał mi wyrzucać ekwipunek zaobrazkowy. I tak resztę mam pochowane w innych miejscach, aż tak to się nie poświęcam. Wystarczy nigdy nie zostać przyłapanym, ja nie kłamię, tylko nie mówię całej prawdy. Jak mnie weźmie jakaś kicha, to wtedy co, znów popaść w alkohol? Za drogi i nieskuteczny. Wracając do zawodów, myślałam jeszcze, co może być zawodem, którego nie wykonuje się poza miejscem zamieszkania, ani kilka godzin. Kiedyś mi się obiło o uszy, że ma wykształcenie medyczne, ale nieukończone. Płatny zabójca? Nigdy w życiu, prędzej ja. Złodziej, ani jakiś szantażysta ekonomiczny, eee, na kij mi to wyliczanie. Zaraz będę na chacie z różowym rzygiem… a właśnie. Zanim pójdę do domu, muszę go umyć. Zejdzie mi się na pewno z godzinkę.
Szorując, delikatnymi ruchami maskę samochodu, myślałam chwilę, czy te szyby, które zostały wmontowane, gdy jechałam do pracy, są uszczelnione… bo jak nie, to zaleje mi środek. Rzyg złazi niechętnie, znaczy rozwadnia się, ale często trzeba płukać szmatę, co by tego różowego niewiele było. Po wymyciu, opłukałam samochód i zaczęłam woskować. Tak mnie to zajęło, że w sumie nie wiem kiedy minęło kilka godzin, bo kiedy zadzwonił mój telefon, zorientowałam się dopiero, że jest 19:30.
Pomyślicie pewnie, och jak się martwił, zadzwonił 4,5 godziny od momentu kiedy powinnam wrócić.
Nie. Bramę od jednostki zamykają o 19, a ja czasami siedzę dłużej, zwłaszcza po takich wybrykach, jak dzisiejsza rozmowa. Nie odebrałam telefonu, bo już w sumie kończyłam, został mi tylko jeden błotnik. Za chwilę do garażu z kluczykami wpadł zasapany Ray, który jak mnie zobaczył, odetchnął z ulgą i oparł się o drzwi.
- Where have you been all this time? Gdzie byłaś cały ten czas? – wyzionął.
- Just cleaned my car, actually – I’m finishing… Właśnie sprzątałam auto, w zasadzie już kończę... - mruknęłam, zajęta polerką.
- I worried about you. Why you didn’t tell me about this, why didn’t you call? Martwiłem się o ciebie. Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym, dlaczego nie zadzwoniłaś?
Podniosłam wzrok z zamurowaną miną.
- Why didn’t I tell? Well, I forgot. But why you resigned? All this time, I was thinking, what else you can do, as job? I thought that you’re hitman or drugs dealer, you know? I don’t have any ideas, because I don’t know, what you will do, if you joined be jobless. So? Dlaczego nie powiedziałam? No cóż, zapomniałam. Ale dlaczego zrezygnowałeś? Cały czas rozmyślałam, co innego możesz robić, jako pracę? Myślałam że jesteś płatnym zabójcą, albo dilerem narkotykowym, wiesz? Nie mam żadnych pomysłów, bo nie mam zielonego pojęcia co będziesz robił, jeśli wybrałeś bycie bezrobotnym.
- Well, you know that I’m pianist, I told you it, in … nevermind where. I told you. No, wiesz że jestem pianistą, powiedziałem ci to w... no nie ważne gdzie. Mówiłem ci.
- Continue… Kontynuuj.
- I handed in my CV in concert hall. I think I’ll get this job. Dałem CV do filharmonii. Myślę że dostanę tę robotę.
- You don’t speak polish, so in which way you would work? And, how you got classified of it? Nie znasz polskiego, więc w jaki sposób będziesz pracował? I skąd wziąłeś ogłoszenie?
- I didn’t. I just handed in my CV. I have degree of Juilliard school, it’s … Znikąd. Dostarczyłem tylko CV. Skończyłem Julliard, to...
- Harvard of the music schools, yada-yada… How you imagine your work in Poland? You can speak Polish, master? Harvard muzycznych szkół, bla-bla... Jak wyobrażasz sobie swoją pracę w Polsce?
- I’m sure that after seeing my CV, they will want me, anyway if they don’t have job for me. Jestem pewien, że po obejrzeniu mojego CV, będą mnie chcieli, bez względu na to czy mają posadę dla mnie, czy nie.
- Jasne, panie Mozart. A teraz z innej beczki… znaczy… zaraz, jest jakiś obiad?
- I didn’t understand. Nie zrozumiałem.
- Kurde sory – is any dinner in home? Jest jakiś obiad w domu?
- Yes, it is. But what you wanted to say? Tak, jest. Ale co chciałaś powiedzieć?
- Nevermind, żreeeć! Nieważne! – pobiegłam w stronę drzwi, wciskając mu w ręce klucze, impertynencko zarzucając płaszczem.
Stojąc w windzie, popatrzyłam na swoje odbicie w szybie i na odbicie pana Mozarta. Teraz dopiero uderzyła mnie potężna różnica wzrostu między mną a Wielkim Mozartem, wynosiła grubo ponad 30 cm, strach by pomyśleć, jakbym była o 20 cm niższa. Troll i Yeti, ot co…
- Ray? – bąknęłam, przypominając sobie, o czym rozmyślałam w samochodzie. Że tak irytujące pytanie, utknęło mi między głową a językiem, psia mać.
- Yes? Tak? – odparł, spoglądając na mnie z zaciekawieniem, ale coś mu się kiepsko poaktorzyło, i zauważyłam w tym nutę zdziwienia, a gdzieś za oczyma przerażenia. Gdzieś tam, za tą srebrną i błyskotliwą tarczką tkwił taki miały krasnoludek, który jakby trzymał w ręce tętnicę w mózgu i groził rozcięciem, w razie rychłego nieposłuszeństwa.
- I wanna ask you, but you must be honest… clearly honest, like priest on confession. Chcę cię o coś zapytać, ale musisz być szczery, jak ksiądz na spowiedzi. – napomknęłam, z uwagą wpatrując się dalej w srebro, upatrując, czy gdzieś ten krasnoludek nie wyłazi.
- Sure. Jasne. – wypowiedział pewnie, choć jak na moje szpiegowskie oko, tyćkę niepewnie.
- You resigned army. Resigned CIA… joined music. I don’t wanna believe, but… I gotta feeling that you hide something, and don’t want to talk about it. Zrezygnowałeś z armii. Zrezygnowałeś z CIA... wybrałeś muzykę. Nie chcę mi się wierzyć, ale... mam przeczucie że coś ukrywasz i nie chcesz o tym rozmawiać. – wyrecytowałam, spoglądając co jakiś czas w czubki butów, aby przybrać pozę i minę kota ze Shreka, co doszczętnie perfekcyjnie opanował Doug – chodzi mi na przykład o scenę ze stołem z powyłamywanymi nogami.
Tymczasem krasnolud raczył wyjrzeć zza spojrzenia i ukazać swoją perfidną twarz. Ray chwilę zamilkł, głęboko westchnął, jakby myślał – kurde, ma mnie. Spojrzał raz jeszcze na mnie, niczym jak Vic Vega na pana Białego i Różowego, dołożyć w rękę kubek i istny Michael Madsen, vel Pan Blond, stoi we własnej osobie, w windzie, obok mnie.
- I don’t have any secrets. But you have. They call it ‘drugs. Nie mam żadnych tajemnic. Ale ty masz. Nazywają to narkotykami. – emancypacyjnie zaznaczył ostatnie zdanie, które powinno mnie urazić, względem wcześniejszej jatki z wywalaniem mąki, ale… nie tylko Szwajcaria złotem stoi, znaczy się, nie tylko za obrazem chowam cenne drobne. Chyba wiedział, że taki głód, a raczej – taka ochota na przyjemności, niczym cukierek, uzależnia i zachęca na więcej, kosztem kłamstwa.
Przełknęłam ślinę, i zmrużyłam oczy. Spojrzałam na zegarek, nie wiedzieć czemu, a potem na windę, znaczy się, na ten taki „wysokościomierz”, czyli gdzie się znajduje. W milczeniu oczekiwałam na niechybne ‘dling, dlang, dlung’ staro wrocławskiej windy, która tylko z bliska ukazywała swój urok rodem z lat 70. Istotnie, blok z tego okresu pochodził, tylko te jedne, pieprzone windy, nie zostały wymienione podczas generalnego remontu. Chyba jak ktoś się kiedyś zakatrupi w niej i zrobi niechcący trumnę, to wtedy zmienią.
I jest sygnał. To niezręczne wymienianie spojrzeń zakończyło otworzenie drzwi, i prędki wyjazd z windy. Ray cierpliwie podążał za mną, ale na twarzy rysowała mu się typowa dla jego gatunku i płci, niecierpliwość. Nacisnęłam na klamkę z grymasem na twarzy, z przyzwyczajenia z impetem pchając drzwi. Uderzyłam czołem prosto w szkło od judasza, bo drzwi zaprotestowały. Tak naprawdę, nie sądziłam że drzwi są zamknięte. Szarpnęłam raz i drugi, zamek zakołotał płaczliwie, szarpnęłam więc po raz trzeci, uderzając splecioną w pięść dłonią, dopóki drzwi nie wydał głuchego łomotu świadczącego o zatrzaśnięciu. Lecz to nie było zatrzaśnięcie. Oprzytomniałam i rozpoczęłam przetrzepywanie kieszeni w poszukiwaniu pęczka kluczy , który jak zawsze sam podwijał się pod rękę, i balastując w kieszeni, dawał dowód swojej obecności, tak teraz uciekł gdzieś jak szop pracz w śmietniku i szczerzy zęby, jakby miał niezły ubaw z dozorcy niedorajdy. Ten ubaw w duchu dławił Raymond – podszedł i spojrzał na mnie tak, jakby chciał się roześmiać, ale ta myśl i ten jebany krasnoludek trzymał skutecznie minę w poważnym grymasie twarzy. Wyciągnął klucz, celowo go jeszcze potrząsając, aby zaznaczyć kto tu jest blondynką, a gdy już odnotowałam, co ze mną jest nie tak, stuliłam pysk i spojrzałam na zamek, w myślach wymyślając mu od kurewsko przezabawnych złośliwców. Z taka też miną weszłam do mieszkania, milcząc i rozmyślając, czy moja ostatnia skrytka, ten ostatni pieprzony bastion, został odkryty przez żołnierza z Montezumy. Byłego żołnierza z Montezumy, skrytkę należącą do aktualnej namiastki żołnierzy z Montezumy. Rzucona na podłogę torba pierdolnęła przeraźliwie, a ja aż się wzdrygnęłam na ten głuchy dźwięk i syknęłam, po raz kolejny wyklinając, ale tym razem torbę i tym też razem na głos. Ray skrzywił się, orientując się chyba, że to co powiedziałam nie było miłe, a na pewno w żadnym przypadku przyjemne. Odwróciłam się na pięcie i runęłam na kanapę, wyciągając nogi. Gdy już się dogodnie usadowiłam, zdałam sobie sprawę, że właściwie przyszłam tu głównie zjeść, pożywienie to był główny cel tego szaleńczego „biegu” na szczyt wieżowca. Westchnęłam i tym razem nie mieląc niepotrzebnie ozorem, co by nie niepokoić „niepoliszmena”, wstałam i zabrałam się do kuchni, wyniośle ociągając stopami. Stanęłam przy patelni, i kilka razy, z kilku ujęć obejrzałam ugotowane cudo, jak Magda Gessler, krytycznie, ale i ciekawie się przyglądając temu … czemuś. Ray wreszcie ruszył z miejsca, niczym zagapiony mechanik na pit stopie, i zaczął szprechać, co to jest i z czym to się je. Dosłownie. Ja w miarę słuchania czułam jak ślina spływa mi do ust, i byłam gotowa podnieść całą patelnię i impertynencko władować całość, podobnie jak rodowity polak żłopie piwo, gdy wreszcie wyjedzie na obóz integracyjny z kolegami. Jednak coś mnie, jak nigdy, powstrzymywało i mówiło - te lala, tak przy świadkach nie wypada. W rzeczy samej, jeszcze parę ładnych tygodni temu, nie miałabym oporów wpieprzać rękami jakieś udko i bezceremonialnie popijając piwem albo winem, racząc się dodatkowo bogato przysłodzonym ciastem. Nie dbając oczywiście, o to czy ktoś patrzy czy nie, czy może mam czekoladę pod nosem, albo czy buraczki fantazyjnie nie przystroiły mojej koszuli. To nie miało dla mnie kompletnego znaczenia. Coś czuje że nastaje czas jakiegoś katharsis, hę?
- Sit down, I’ll prepare it for you… Siadaj, przygotuję ci to. - nagle złagodniał i poszedł do kuchni. Usiadłam, I za chwilę już pałaszowałam szamkę. Siedziałam, nieufnie spoglądając w rozbrajające, choć często rozbierające spojrzenie, zaczęłam jeść to kubańskie cudo. W sumie, było całkiem dobre, ale syte chyba tylko dla weganów, którym absolutnie nie jestem. Nigdy nie popierałam wegetarian, z tego względu, że skoro świnia ma uczucia to dlaczego tak jak świni i króliczka, nie broni się konia, a już o tym, że rośliny może też czują ból, to nie wspomnę. Dlatego nienawidzę, jak ktoś robi ból, ale dupy z tego właśnie powodu. Może zabijmy siebie, drodzy ekolodzy, bo niszczymy Ziemię? Ki idiota takie głupoty wymyśla? Z przemyśleń wyrwał mnie dotyk Raymonda. Spojrzałam się znów na niego, z taką miną, jakbym miała rentgen w oczach. Podjął moją lewą dłoń i głaskając ją dosyć osobliwie wydusił z siebie kilka słów, choć chciał to zrobić stanowczo, jak na mężczyznę przystało, jedynie wydźwięk niepewności, wymieszany z melodyjnie barytonowym głosem, wydobył się z jego ust.
- I want us to be honest. You can tell me everything, and we would try to solve your problems. Chcę żebyśmy byli ze sobą szczerzy. Możesz powiedzieć mi wszystko I wtedy spróbujemy rozwiązać twoje problemy.
Moja dotychczas obojętna mina, zamieniła się w spazmatyczny burak z nutą niedorzeczności, chcący zamaskować strach przed niewygodną prawdą.
- Ja nie mam nic do powiedzenia. – burknęłam niefrasobliwie. Ray spojrzał na mnie tym razem wątpiąco i spojrzał w stół, po czym podniósł głowę i popatrzył gdzieś za mnie, ja się obróciłam, nie wiedząc o co chodzi. Zwróciłam głowę z powrotem ku niemu i arogancko zaczęłam rozstrzeliwywać go wzrokiem. SZAJSE!
- I… I know that you… you have something up your sleeve... Ja... Ja wiem że ty... że masz coś w zanadrzu... – wydukał niepewnie.
- …but what do you mean this time? … ale o co ci tym razem chodzi? - krzyknęłam dosyc opryskliwie. – Everytime when something is wrong, not going with your thoughts. Could you tell me, with bold and capital letters, without fucking hesistance, what’s going on? Za każdym razem, kiedy coś idzie nie tak, nie tak jak sobie umyśliłeś. Mógłbyś mi powiedzieć, pogrubionymi I drukowanymi literami, bez żadnych jebanych przerywników, o co ci chodzi? – zaczęłam opluwac się jadem. Raymond puścił moją dłoń, I wstał.
- You know… only somebody, who keeps something in secret, react aggressively… when somebody is accusing him or her. I know that in this flat is still cocaine, acid and other surprises, just waiting in hiding… I want us to be honest. You were thinking, that when you give me everything from behind of picture, without fuss, it’ll be nice? Alas, I’m very cagy and experienced with addict, well, I know that good-bye with drugs, it occur to you too easily. Wake up, you are really adult, to tell drugs last good-bye! Wiesz... tylko ktoś, kto ma jakiś sekret, reaguje agresywnie... kiedy ktoś oskarża go bądź ją. Wiem że w tym mieszkaniu nadal jest kokaina, kwas i inne niespodzianki, tylko czekające w ukryciu... Chcę żebyśmy byli ze sobą szczerzy. Myślałaś, że kiedy dasz mi wszystko zza obrazka, bez zbędnych ceregieli, to będzie fajnie? Niestety, jestem bardzo nieufny i doświadczony z uzależnionymi, i wreszcie wiem, że to pożegnanie z narkotykami przyszło ci za łatwo. Obudź się, jesteś naprawdę dorosła, żeby powiedzieć narkotykom ostatnie „do widzenia”! – wygłosił swoje kazanie, na co ja z miną Jokera, zaczęłam bić brawo. Moja mina oznaczała dla Raymonda wygraną za rozpracowanie mojej inteligencji, ale też zniesmaczenie, bo to rzeczywiście była tajemnica, o której nawet w najśmielszych snach bym nie powiedziała. Choćby mnie przypalali i grozili śmiercią - na tyle ten nałóg był nieustępliwy.
- I don’t wanna do mess, so tell me where it is, and I won’t do you excuses. Nie chcę robić bałaganu, więc powiedz gdzie to jest, to nie będę ci robił wymówek.
Na ostatnie słowa parsknęłam gromkim śmiechem, I rypnęłam kilkakrotnie widelcem w stół, aby zaznaczyć mój ubaw I zlekceważenie…

sobota, 18 października 2014

Generał brygady - tududu tududu - wychodzi na zwiady - tududu tududu

Usiadłam i w sumie spojrzałam się przez chwilę na swoje buty, co wyglądało jak wizyta gówniarza na dywaniku u dyrektora, w przedszkolu, jakbym miała 5 lat i podpaliła klasę, a nauczyciela zwyzywała od kutasonogich pieniaczy. Potem spojrzałam na Klimczuka i z powrotem na te buty, które były wyjątkowo brudne, jak moja dusza. Franek skończył pisać, odsunął się od biurka i spojrzał na mnie, tak jakby trochę z politowaniem, ale uważnie. Tak jakby był moim ojcem i przyłapał mnie na seksie. Obrócił się do tyłu i wziął jakąś zakurzoną książkę, dmuchnął na nią, i przetarł ręką, co by było widać napis co to jest.
- Deszczu, nigdy nie sądziłem, że w mojej pracy, będę musiał kiedykolwiek tłumaczyć coś starszemu oficerowi. Jesteś pierwszym starszym oficerem płci pięknej w naszej elicie i pierwszym którego muszę w tej chwili pouczać… - odparł monosylabicznie.
NIE NO CO TY TATO.
Na słowo pouczenie, podniosłam głowię, co wyraźnie odnotował.
- Nie licz, że pouczenie ode mnie to jak pouczenie na policji. To nie te ubrania, żeby tak było, dobra? Pozwól że zacytuję… - poszukał w regulaminie - … osoby będące w podlegających sobie nawzajem stanowiskach pracy, nie mogą być w oficjalnym związku ani innych bliskich sobie stosunkach… i teraz odnajduję sposób karania: …karany może być tylko i wyłącznie pracownik o wyższym stopniu, któremu podlega drugi pracownik, będący jego partnerem. Kary są następujące: w przypadku jednokrotnego wykrycia takowego wykroczenia, żołnierz o wyższym stopniu dostaje karę: 14 dni pozbawienia wolności. W przypadku kolejnego wykroczenia, kary są następujące: a) 14 dni pozbawienia wolności, gdy żołnierz należy do korpusu szeregowych bądź podoficerów, b) degradacji do najniższego stopnia w korpusie, dodatkowo – 30 dni pozbawienia wolności, zamiennie z 60 dni przejęcia statusu szeregowca, gdy należy do oficerów młodszych, c) degradacja do najniższego stopnia w korpusie, dodatkowo – 60 dni pozbawienia wolności, zamiennie z 30 dni wojskowej kolonii karnej, gdy należy do korpusu oficerów starszych d) degradacja do stopnia majora, gdy należy do korpusu generalskiego, bez możliwości powrotu do tego korpusu. Rozumiesz teraz, o co chodzi?
Spojrzałam na Klimczuka.
- 60 dni jako szeregowiec, mówisz?
- 30 dni kolonii karnej, majorze.
- Kurwa, no tego to ja się nie spodziewałam. – przetarłam twarz ręką.
WEŹ SIĘ TATO.
- Gdybyś nie pokazała się wszystkim za rączkę, nic by się nie stało. Nikomu bym nie powiedział, zachowałbym to dla siebie. Znam cię dość długo i nawet na rękę by mi było jakby cię w końcu jakiś osobnik płci męskiej usidlił i uspokoił, szczylku. Wiesz co mam na myśli. Teraz wszyscy wiedzą, i sama sobie zawdzięczasz to, że po prostu muszę, naprawdę – muszę z twojego zachowania wyciągnąć konsekwencje.
Popatrzyłam chwilę na regał z regulaminami, potem wpatrując się w dwie flagi, olśniło mnie.
-… zaraz, ale przecież to nie jest ta sama armia, chłopie, wiesz?
- To nie ma żadnego znaczenia. - złożył ręce, w geście że nie odpuści.
ALE TATO.
- A czy ma znaczenie to, że ja znałam wcześniej tego, powiedzmy, partnera?
Klimczuk spojrzał się na mnie tak groźnie, że jakbym była psem to by ogon do dupy mi uciekł, tak bym go podkuliła.
- Może i ma, a jakie masz na to dowody? Żadne.
- Jest świadek.
- Ty i on nie możecie być świadkami we własnej sprawie.
- … jest taki świadek, który wyśpiewa ci wszystko, mało tego, masz go w zasięgu ręki. - pstryknęłam palcami.
JESTEM GENIUSZEM.
Klimczuk spojrzał na mnie dosyć tępo.
- No to, kogo wezwać? – podniósł telefon.
- Hewletta. – założyłam ręce.
Za moment miał pojawić się Hewlett, a Franek z pokerową miną spoglądał na mnie i na drzwi.
- Mogę wiedzieć, co Hewlett ma do tej sprawy?
- Zaraz będziesz wszystko wiedział, generałku ty mój.
Z potężnym hukiem wpadł Hewlett, wepchnięty przez któregoś ze swoich kolegów, co by się nie stresował. Zasalutował i w sumie to popatrzył na mnie, śmiejąc się i na Franka…
- Sierżancie Hewlett, czy chciałby pan być świadkiem w sprawie tej tu obecnej…
- Ale że chodzi o nią i o jej … ta, jasne Deszczu. Ostatnia deska ratunku?
Popatrzyłam się na Hewletta z dołu na górę.
- Jeśli mówisz, że deska, to masz rację.
Hewlett usiadł z bananem na twarzy i zwrócił się do generała.
- Co mam mówić?
- Wszystko co wiesz, od początku…
Hewlett głęboko westchnął, popatrzył się na mnie i z zapartym tchem opowiadał o tragedii młodego Aide, o jego rodzicach, jak się wychowywał, potem szybko przeszedł do San Francisco, gdzie kazał mi dokładać swoje partie informacji, i tym samym wspólnie doszliśmy do porwania i Jalalabadu. Następnie ja już zaczęłam za dużo mówić, na co przystopował mnie Klimczuk, i o Tajlandii Hewlett mówił, sam, mimo trudności, z przedstawianiem scen z plaży Phuket. Jebany kabel.
Ja coraz bardziej zniżałam wzrok ku dołowi, a Klimczuk coraz bardziej chyba zaczął współodczuwać to, co się działo. Wiecie, sranie w banie, love story.
Nie znacie Klimisiaczka, ale to taki nietypowy gość, który żyje w świecie Harlequina. Beka konkretna z niego wśród jemu równych, ale nikt nie odważył mu się w twarz powiedzieć, że mężczyzna czytający romansidła to pizda. Zwłaszcza wojskowy,
... momentami, nawet się śmiał, a ja podnosiłam wzrok i ufnie patrzyłam na opowiadającego, co by nie przekręcił czegoś tam.
- … no i wtedy, gdy się dowiedział o tym że ten zboczeniec Randall miał ochotę na jego dziewczynę, się chłopak wkurzył i stwierdził że ma dość tego ukrywania się. To że wy wiecie, to nie raczej jej wina, tylko jego. Po za tym, naprawdę nazywa się inaczej i w sumie kasując jego tożsamość, pod którą jest jej podwładnym, okazuje się, że sprawa w ogóle nie istnieje.
- Kasować tożsamość jedno, ale ludziom nie wykasujesz tego z pamięci.
- A co to za problem wywalić Deszcza na urlop, hę?
- Nawet nie wiesz jaki. - parsknął, wiedząc że tylko my oboje wiemy (to znaczy, ja i Klimczuk), że mnie nie da się dać urlopu. Ja nie mam życia poza pracą. Nie potrafię się odnaleźć, kiedy nie pracuje.
- Brzmi to trochę abstrakcyjnie – Deszcz, urlop. Boję się tylko że Deszcz mi z tego urlopu nie wróci. I pewnie nie chcesz iść, co Deszczu? - zapytał troskliwie.
- A co ja będę całe dnie robić, co? Tylko nie bardzo rozumiem co miałeś na myśli mówiąc że nie wrócę... - mój wykrywacz szowinizmu drgnął.
- Właśnie. Może jakąś misyjkę?
Właśnie miałam powiedzieć – jaha – ale Hewlett tak się na mnie popatrzył, że kazanie Wenoma przypomniało mi się z prędkością międzygwiezdną.
- … bardzo chętnie, lecz nie.
- Ja chyba znowu ci odpuszczę, wiesz? Ludziom, powiem… naprawdę nie wiem co, bo zgaduję, że nie mogę ujawnić podwójnej tożsamości?
- Ja nie wiem. - burknęłam.
- Ani ja. - odparł Hewlett.
- Wezwę tutaj zaraz obiekt dyskusji.
Za chwilę przyszedł Ray.
- Hewlett, tłumacz, to co mówię. Z racji tego, że wiemy co się kroi między wami dwojga… nie, nie tobą i Hewlettem… wyższa twoja mać musi zostać ukarana, a ja po litanii której wysłuchałem przed chwilą, nie mam serca tego robić. Deszcz nie chce iść ani na urlop, ani na misję. Problem nie leży w karze, a w jakiejś przyczynie, czemu mam odpuścić. Możliwości jest kilka – albo podamy to, że jesteś podwójny, albo to, że któreś z was odchodzi ze swojego stanowiska, chociaż znając Deszcza, to tu chodzi tylko o ciebie, albo to, że coś z prawem, ale zaraz znajdą się inni amatorzy.
tłum: - Ja mogę odejść, bez żadnych problemów.
Wbiłam wzrok w Ray’a. Doskonale wiedziałam że zrezygnował z CIA, rezygnuje z USMC, to ciekawe, co jeszcze?
Klimczuk popatrzył na moją minę, parsknął i westchnął.

- To w takim razie sprawa sama się rozwiązała. Dziękuję za współpracę. Dokończcie formalności już u siebie, Hewlett. Deszczu – wracaj skądś przyszła. Nie chcę cię widzieć w moim gabinecie co najmniej tydzień… I idź się wyspowiadać, zbereźniku.

piątek, 17 października 2014

Nad nami dmuchawce, chujawce i ja. Właśnie zawala się świat...

Tamci wyszli po policję, a Ceron bacznie się nam przyjrzał.
- Wy naprawdę nic nie braliście? - spytał podejrzliwie, z dozą uśmiechu.
- Brał cię… w aucie… - zanucił Doug, kompletnie nie odnajdujący się w sytuacji, a na pewno nie w pytaniu.
- Przepraszam za kolegę, on się dziś nie wyspał. – dodał Wenom, zatykając mu dłonią usta.
- Naprawdę?
- Nic a nic. – odpowiedziałam, tak już nie na żarty.
- Mniej niż zeroooo ooo… - krzyknął Wenom, zarzucając nutę. Zaczęliśmy wszyscy śpiewać, a Ceron siadł tylko na parapecie i spoglądał na nas jak na kretynów. I słusznie.
Na o-o-o-o! weszła psiarnia.
- Mamy Scoobiego! – ryknął Hewlett. Policja popatrzyła na nas podejrzliwie, ale chyba z lekką zazdrością.
- Co, zazdrościcie fazy, nie? – krzyczał Doug.
- Granatooowii, ech. – mruknęłam przeciągliwie.
Rzeczeni granatowi nas obmacali, skuli i przywiązali do krzeseł.
-Skazali nas na krzesło… drewniano-metalowe! Powiedz mojej żonie, że ją kocham! – darł się Wenom.
- To ty masz męża, czy żonę, bo już nie nadążam. – fuknął Doug.
Któryś z policjantów się roześmiał. Został odesłany.
- Panowie, co wy chcecie konkretnie zrobić? – spytał Ceron, wyraźnie zaintrygowany poczynaniami policji.
- Poddać krew szybkiemu testowi na obecność narkotyków.
- E, doktorku, uważaj na tę blondi pannę, ona nie znosi igieł! – wybuczał Doug.
- Hewlett, po co mówiłeeeeś… cała frajda na nic. – odparł Wenom.
- Ja go tylko uprzedzam przed smokiem… yyy znaczy przed prawym sierpowym żebrowym! – wymyślił na poczekaniu.
Policjanci się odwrócili do Cerona.
- Naprawdę?
- Tak, to prawda. Może ostro przylutować. – Ceron z trudem powstrzymywał śmiech.
Policja znów zaszczyciła nasze oczy widokiem swoich facjat.
- No to panie przodem.
- Wenom, idziesz na całość! – zaczął klaskać skutymi rękoma Hewlett.
Odpięto mnie od mojego krzesła i przesadzono na taki fotel.
- Ty! Granatowy! Ręce precz od niej, bo jak nie to ci przypin… przyje…kurde jak to było! – zaplątał się Hewlett.
- Dolę. Ja też. – dodał Wenom.
Kiedy zapinali mnie w takie plastikowe tasiemki, Ceron zrobił face palm.
- Panowie, nie te środki, nie tych ludzi…
- To tylko kobieta! – wtórowali jeden drugiemu.
- A myślałem że emancypacja doszczętnie wyginęła. – wciął się Doug.
- Stary, skąd ty takie słowa znasz? – pisnął Wenom.
- A co ja takiego powiedziałem?
- Emon…emany… emancy… pacja. Emancypacja.
- Ma się, heh, ten paszport Polsatu, to wiesz… nieograniczone możliwości!
- Jak wy nic nie braliście, to ja was nie znam. – burknął Ceron, śmiejąc się.
- Też tak sądzę Ceronku, też. – odparł Doug.
- Co? Już? Ceronku!? Przed chwilą to ja byłem obiektem twoich pragnień! 10 minut temu był nim Deszczu! A teraz co? Ceronek? On ma żony!
- Żonę. Jedną…
- Stary, nie wiesz co tracisz – przerwał wielką mowę Wenom przez chwilę – Żonę…! Dzieci! – darł.
- Nie mam dzieci. – odparł.
- No, to stary, DO ROBOTY! – ryknął Wenom, śmiejąc się zapalczywie.
W tej samej chwili w drzwiach tylnych pojawiła się Baśka patrząca się w jakąś kartkę w ręku.
- Kochanie, słyszałeś, niezła jatka, podobno Desz… o żesz kurwa ja pierdolę. – tak wyglądała jej reakcja.
- A ta, jak na zawołanie przyszła! – roześmiał się Doug.
- Pierdol, pierdol, może coś z tego będzie, nie Ceruś? – burknął Wenom.
- Co się tu… - zaczęła.
- Jak widzisz, polska młodzież potrafi się bawic bez alkoholu! – parsknął Hewlett.
- Tylko narkotykami. – dociął mu Ceron.
- Ach, ty, dowcipnisiu, niech ci będzie, przystojniaczku! – obruszył się Hewlett.
W tym momencie policja wyciągnęła igły.
- Panowie, ja coś na temat tych tasiemek już mówiłem. – powiedział Ceron. Oni mu dali podobną śpiewkę, jak wcześniej.
Przy podejściu do odwiertu w mojej skórze, instynkt antyszprycowy wziął w górę. Dwóch policjantów w tej samej chwili upadło na ziemię, a mnie zawiodło to do Raya. I zawiodło.
- Uprzedzałem. Teraz sobie łapcie. – parsknął Lekarz.
- Tu trzeba żandarmerii!
- Oni nic nie poradzą. Zostawcie mi ją na koniec, dam radę sam.
- My tez możemy użyć chloroformu.
- Pan chyba sobie kpi. Chloform już przyswoiła.
Baśka mnie przekonała, że pigułka gwałtu, to dobra rzecz, dla mojego dobra. Nigdy nie sądziłam że to powie.
- Eeeej, to mój patent! – ryczał Doug.
- Coś go książe nie użyłeś wtedy, kiedy trzeba było. – parsknął Wenom.
Ceron poinformował mundurowych o tym narkotyku, na co trochę się zdziwili, ale cóż – mus to mus.
0% razy cztery. Czyści.

Kolejnego dnia, udałam się jak zwykle do pracy, i tylko gdy mój identyfikator zapipczał przy wejściu, tak chyba Franek już wiedział, żeby wysłać swojego adiutanta z pocztówką do mojego gabinetu. Weszłam tam, i nikogo nie zastałam (no bo jak, skoro wszyscy wiedzą o co chodzi z Aide). Jedynie kartkę na stole od Klimczuka, że mam przyjść jak najszybciej. Usiadłam w fotelu, popatrzyłam się trochę na ten kawałek papieru, z tekstem napisanym widocznie zestresowanym pismem kochanego generała. Westchnęłam głęboko i spojrzałam, jak zwykle w sufit, ale nie tym razem, aby poskarżyć się Najwyższemu, tylko ot tak, wiedząc, że na górę muszę pójść jako major, a mogę wrócić w najgorszym wypadku jako cywil…
Z przemyśleń wyrwał mnie interkom, który ogłaszał coś tam, co mnie w ogóle nie dotyczyło. Już niedługo mogło zacząć dotyczyć, albo w ogóle nie będę miała szansy słuchać Naganiacza, czyli interkomisty, zwanego krócej Nagano.
Zebrałam w sobie siły i poszłam odważnym krokiem na klatkę schodową, aby pójść do jaskini smoka. W rzeczywistości miałam serce w gardle i ten tupliwy, głośny łomot oficerek, był jak szczekanie przerażonego psa. Głośne, ale w dalszym ciągu strachliwe. Wszyscy patrzyli na mnie trochę dziwnie, jakbym była jakimś pedobear’em, jakbym skrzywdziła miliony ludzi, a wszystko przez to, że akurat tak pojebane życie, to tylko Deszczu mógłby mieć. Nikt bowiem u nas w robocie nie wiąże się ze współpracownikami, owszem, z innymi zielonymi – tak, ale nie tymi z którymi ma się pracować. Ja złamałam tę zasadę, chociaż, szczerze mówiąc – nie znajduję u siebie żadnej winy. Skąd miałam wiedzieć, że ktoś podszywający się pod inną osobę, jest w rzeczywistości osobą którą znam? Nawet nie wyobrażam sobie, jak mogłam być taka ślepa, nie mogąc zauważyć choć krzty podobieństwa, między dwoma osobami, które okazały się być jedną.
To tak jakby ktoś posądził cię o to, że cudzołożysz z księdzem, ale to było wtedy, kiedy on jeszcze nim nie był. W takiej sytuacji właśnie się znajduję. Nikt nie wie skąd znam Aide, czy w ogóle go znałam. Wszyscy myślą natomiast, że ja zrobiłam to za co Randall pójdzie siedzieć. Niezwykłe, ale cóż, ludzie tacy są. Lepiej wiedzą z kim sypiasz, niż ty sama.
Stanęłam w końcu pod drzwiami Franka, w duchu myśląc, z jakimi słowami na ustach wejść. Ale w sumie, nie wiedziałam, co chce wiedzieć, bo jak od razu wejdę z tłumaczeniem, to mogę się wysypać i powiedzieć o słowo za dużo, nie? Trzymać gębę na kłódkę, wejść z pokorą.

Klimczuk siedział i coś pisał, podobnie jak Randall, kiedy mnie wezwał na rozmowę. Spojrzał na mnie i nie uśmiechnął się, a tylko powrócił do swojej roboty, mrucząc pod nosem – siadaj, Deszcz.