Chanka

Chanka

piątek, 17 października 2014

Nad nami dmuchawce, chujawce i ja. Właśnie zawala się świat...

Tamci wyszli po policję, a Ceron bacznie się nam przyjrzał.
- Wy naprawdę nic nie braliście? - spytał podejrzliwie, z dozą uśmiechu.
- Brał cię… w aucie… - zanucił Doug, kompletnie nie odnajdujący się w sytuacji, a na pewno nie w pytaniu.
- Przepraszam za kolegę, on się dziś nie wyspał. – dodał Wenom, zatykając mu dłonią usta.
- Naprawdę?
- Nic a nic. – odpowiedziałam, tak już nie na żarty.
- Mniej niż zeroooo ooo… - krzyknął Wenom, zarzucając nutę. Zaczęliśmy wszyscy śpiewać, a Ceron siadł tylko na parapecie i spoglądał na nas jak na kretynów. I słusznie.
Na o-o-o-o! weszła psiarnia.
- Mamy Scoobiego! – ryknął Hewlett. Policja popatrzyła na nas podejrzliwie, ale chyba z lekką zazdrością.
- Co, zazdrościcie fazy, nie? – krzyczał Doug.
- Granatooowii, ech. – mruknęłam przeciągliwie.
Rzeczeni granatowi nas obmacali, skuli i przywiązali do krzeseł.
-Skazali nas na krzesło… drewniano-metalowe! Powiedz mojej żonie, że ją kocham! – darł się Wenom.
- To ty masz męża, czy żonę, bo już nie nadążam. – fuknął Doug.
Któryś z policjantów się roześmiał. Został odesłany.
- Panowie, co wy chcecie konkretnie zrobić? – spytał Ceron, wyraźnie zaintrygowany poczynaniami policji.
- Poddać krew szybkiemu testowi na obecność narkotyków.
- E, doktorku, uważaj na tę blondi pannę, ona nie znosi igieł! – wybuczał Doug.
- Hewlett, po co mówiłeeeeś… cała frajda na nic. – odparł Wenom.
- Ja go tylko uprzedzam przed smokiem… yyy znaczy przed prawym sierpowym żebrowym! – wymyślił na poczekaniu.
Policjanci się odwrócili do Cerona.
- Naprawdę?
- Tak, to prawda. Może ostro przylutować. – Ceron z trudem powstrzymywał śmiech.
Policja znów zaszczyciła nasze oczy widokiem swoich facjat.
- No to panie przodem.
- Wenom, idziesz na całość! – zaczął klaskać skutymi rękoma Hewlett.
Odpięto mnie od mojego krzesła i przesadzono na taki fotel.
- Ty! Granatowy! Ręce precz od niej, bo jak nie to ci przypin… przyje…kurde jak to było! – zaplątał się Hewlett.
- Dolę. Ja też. – dodał Wenom.
Kiedy zapinali mnie w takie plastikowe tasiemki, Ceron zrobił face palm.
- Panowie, nie te środki, nie tych ludzi…
- To tylko kobieta! – wtórowali jeden drugiemu.
- A myślałem że emancypacja doszczętnie wyginęła. – wciął się Doug.
- Stary, skąd ty takie słowa znasz? – pisnął Wenom.
- A co ja takiego powiedziałem?
- Emon…emany… emancy… pacja. Emancypacja.
- Ma się, heh, ten paszport Polsatu, to wiesz… nieograniczone możliwości!
- Jak wy nic nie braliście, to ja was nie znam. – burknął Ceron, śmiejąc się.
- Też tak sądzę Ceronku, też. – odparł Doug.
- Co? Już? Ceronku!? Przed chwilą to ja byłem obiektem twoich pragnień! 10 minut temu był nim Deszczu! A teraz co? Ceronek? On ma żony!
- Żonę. Jedną…
- Stary, nie wiesz co tracisz – przerwał wielką mowę Wenom przez chwilę – Żonę…! Dzieci! – darł.
- Nie mam dzieci. – odparł.
- No, to stary, DO ROBOTY! – ryknął Wenom, śmiejąc się zapalczywie.
W tej samej chwili w drzwiach tylnych pojawiła się Baśka patrząca się w jakąś kartkę w ręku.
- Kochanie, słyszałeś, niezła jatka, podobno Desz… o żesz kurwa ja pierdolę. – tak wyglądała jej reakcja.
- A ta, jak na zawołanie przyszła! – roześmiał się Doug.
- Pierdol, pierdol, może coś z tego będzie, nie Ceruś? – burknął Wenom.
- Co się tu… - zaczęła.
- Jak widzisz, polska młodzież potrafi się bawic bez alkoholu! – parsknął Hewlett.
- Tylko narkotykami. – dociął mu Ceron.
- Ach, ty, dowcipnisiu, niech ci będzie, przystojniaczku! – obruszył się Hewlett.
W tym momencie policja wyciągnęła igły.
- Panowie, ja coś na temat tych tasiemek już mówiłem. – powiedział Ceron. Oni mu dali podobną śpiewkę, jak wcześniej.
Przy podejściu do odwiertu w mojej skórze, instynkt antyszprycowy wziął w górę. Dwóch policjantów w tej samej chwili upadło na ziemię, a mnie zawiodło to do Raya. I zawiodło.
- Uprzedzałem. Teraz sobie łapcie. – parsknął Lekarz.
- Tu trzeba żandarmerii!
- Oni nic nie poradzą. Zostawcie mi ją na koniec, dam radę sam.
- My tez możemy użyć chloroformu.
- Pan chyba sobie kpi. Chloform już przyswoiła.
Baśka mnie przekonała, że pigułka gwałtu, to dobra rzecz, dla mojego dobra. Nigdy nie sądziłam że to powie.
- Eeeej, to mój patent! – ryczał Doug.
- Coś go książe nie użyłeś wtedy, kiedy trzeba było. – parsknął Wenom.
Ceron poinformował mundurowych o tym narkotyku, na co trochę się zdziwili, ale cóż – mus to mus.
0% razy cztery. Czyści.

Kolejnego dnia, udałam się jak zwykle do pracy, i tylko gdy mój identyfikator zapipczał przy wejściu, tak chyba Franek już wiedział, żeby wysłać swojego adiutanta z pocztówką do mojego gabinetu. Weszłam tam, i nikogo nie zastałam (no bo jak, skoro wszyscy wiedzą o co chodzi z Aide). Jedynie kartkę na stole od Klimczuka, że mam przyjść jak najszybciej. Usiadłam w fotelu, popatrzyłam się trochę na ten kawałek papieru, z tekstem napisanym widocznie zestresowanym pismem kochanego generała. Westchnęłam głęboko i spojrzałam, jak zwykle w sufit, ale nie tym razem, aby poskarżyć się Najwyższemu, tylko ot tak, wiedząc, że na górę muszę pójść jako major, a mogę wrócić w najgorszym wypadku jako cywil…
Z przemyśleń wyrwał mnie interkom, który ogłaszał coś tam, co mnie w ogóle nie dotyczyło. Już niedługo mogło zacząć dotyczyć, albo w ogóle nie będę miała szansy słuchać Naganiacza, czyli interkomisty, zwanego krócej Nagano.
Zebrałam w sobie siły i poszłam odważnym krokiem na klatkę schodową, aby pójść do jaskini smoka. W rzeczywistości miałam serce w gardle i ten tupliwy, głośny łomot oficerek, był jak szczekanie przerażonego psa. Głośne, ale w dalszym ciągu strachliwe. Wszyscy patrzyli na mnie trochę dziwnie, jakbym była jakimś pedobear’em, jakbym skrzywdziła miliony ludzi, a wszystko przez to, że akurat tak pojebane życie, to tylko Deszczu mógłby mieć. Nikt bowiem u nas w robocie nie wiąże się ze współpracownikami, owszem, z innymi zielonymi – tak, ale nie tymi z którymi ma się pracować. Ja złamałam tę zasadę, chociaż, szczerze mówiąc – nie znajduję u siebie żadnej winy. Skąd miałam wiedzieć, że ktoś podszywający się pod inną osobę, jest w rzeczywistości osobą którą znam? Nawet nie wyobrażam sobie, jak mogłam być taka ślepa, nie mogąc zauważyć choć krzty podobieństwa, między dwoma osobami, które okazały się być jedną.
To tak jakby ktoś posądził cię o to, że cudzołożysz z księdzem, ale to było wtedy, kiedy on jeszcze nim nie był. W takiej sytuacji właśnie się znajduję. Nikt nie wie skąd znam Aide, czy w ogóle go znałam. Wszyscy myślą natomiast, że ja zrobiłam to za co Randall pójdzie siedzieć. Niezwykłe, ale cóż, ludzie tacy są. Lepiej wiedzą z kim sypiasz, niż ty sama.
Stanęłam w końcu pod drzwiami Franka, w duchu myśląc, z jakimi słowami na ustach wejść. Ale w sumie, nie wiedziałam, co chce wiedzieć, bo jak od razu wejdę z tłumaczeniem, to mogę się wysypać i powiedzieć o słowo za dużo, nie? Trzymać gębę na kłódkę, wejść z pokorą.

Klimczuk siedział i coś pisał, podobnie jak Randall, kiedy mnie wezwał na rozmowę. Spojrzał na mnie i nie uśmiechnął się, a tylko powrócił do swojej roboty, mrucząc pod nosem – siadaj, Deszcz.

wtorek, 7 października 2014

Watching every motion in my foolish lover's game...

... On this endless ocean finally lovers know no shame...

Myślałam że Klimczuk wyleje mnie z roboty, przez to, co widział wtedy na widowni, po tych końskich zalotach Randalla… Nie przez intrygę. Nie przez zhańbienie munduru czy coś takiego, pod co można byłoby to podciągnąć. Nie.
Chodziło o Ray'a, a właściwie Scotta Harringtona, a właściwie to gówno prawda, bo nazywa się Ray. Mózg rozjebany.
Fakt faktem, że zbliżają się aniwersary. Należy ćwiczyć tańce, wygrać jebany puchar ligi konserwatorów powierzchni płaskich, wkupić się w łaski Klimisiaczka, i w tymże właśnie celu zajęliśmy dużą salę…
- Dopóki nie wygracie, nie ogolę się! Rozumiecie? – ryknął Hewlett, jak jakiś wykładowca na bani, który nie wytrzeźwiał po wczorajszych imieninach ciotki Kryśki.
- Stary, ty mało że wyglądasz jak Węgier, albo jaki Żyd, to jeszcze cię wezmą za jakiegoś Abdula i przy najbliższej okazji będziesz szamał ołów, aż ci się będą uszy trzęsły. Albo nos. – odparł Wenom.
- Panie Kapralu Sebastianie, proszę tak się nie zwracać i nie obrażać przyszłego kapitana oficera Navy Seals!
- US Marines. – poprawiłam pana przyszłego kapitana.
- US Marines. Tak powiedziałem przecież… Ekhem, a tak w ogóle, gdyby nie Wenom i jego złamana noga niegdyś, to byśmy tu wszyscy nie siedzieli, wieta?
- Pierdolenie, tak ta noga była złamana jak jego wał, a że wszyscy wiemy co robi Wenom w trakcie i po aniwersarach, to nie musicie mnie pytać skąd wiem czy nie ma złamanej pały. - wymruczałam smętny monolog. Wenom spojrzawszy się na mnie z litościwą miną (ale taką, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem), entuzjastycznie krzyknął:
- Dzięki mojej girze, zawdzięczasz mi chłopa, Deszczuś!
- Ja już na lotnisku wyhaczyłem laskę z laską! – odparł Ray.
- A ja w magnetycznej klatce! – parsknął Doug.
- Od kiedy pornole kręcą w magnetycznych klatkach? – zapytał Wenom. - Która to kategoria na redtube?
- Pamiętasz, Deszczu? - zwrócił się do mnie Hewlett.
- Chyba twoje żebra pamiętają to najlepiej. – odparłam, mrucząc beznamiętnie. W zasadzie nie byłam smutna, ale to widmo klęski wiszące nade mną mnie przytłaczało.
- Hewi… powiedz mi coś, czego nie wiem… - uśmiechnął się Wenom. – Czyżby gorrrący romans?
- Oo taak… - zamruczał Doug. – Moich żeber z jej stopą.
- Co do tego, że fajne magnesiki na syrach1 tam dają, to wiem. – dodał Wenom…
- Z mojej strony wygląda to obszerniej, ciekawiej i na pewno bardziej interesująco, niż z twojej, Deszczu. Więc ja może opowiem.
- No dawaj Mickiewiczu.
- W pewną letnią, majową noc…
- Mrrr, brzmi romantycznie… - Wenom dalej się wydurniał jak głupi.
- Byłem na stażu w tutejszym szpitalu. Cała jednostka gadała o piękności która przylutowała pewnemu plecakowi, dodatkowo, pasztetowi… A że ja miałem ochotę pobyć sam na sam w księżniczką uwięzioną w zamku, konkretniej w tej magnetycznej celi, wziąłem kolejkę tzw. Misji uspokajania. Czyli podawania jakichś melis czy chuj wie czego, bo się strasznie miotałaś ze wściekłości. Ordynator uprzedzał mnie o straszliwym smoku broniącym dostępu do panny. A tak serio to uprzedził, że to nie tylko kobieta, ale tez wysokiej klasy komandos. Ja, jak nierozumiejący, co się do niego mówi, albo po prostu głupi - poleciałem na żywioł, bez chloroformu, bez włączenia tych magnesów, czy co tam się włącza - ze strzykawkami. Ty spałaś. Znaczy, tak wyglądałaś. Pochyliłem się nad niewinną buźką, chciałem się przyjrzeć.
- Taaahaa, przyjrzeeeeć. – jęknąl Wenom. - Tysiąc i jeden pornoli się tak zaczyna. Rżnąć to my a nie nie nas.
- Goń się... No i wtedy oczy się otworzyły i dostałem z metalowego buta prosto w żebra. I to był właśnie ten smok.
- Dratewka się znalazł, szczęście że z siarką i owcą nie przylazł. – parsknęłam.
- Ciiii… czy… czy to nie jest tak wzruszająco, romantyczne? – jęknął Wenom, nabijając się z kolegi…
- Raczej reumatyczne. – wygiął się Doug, prostując tułów z ręką w tym miejscu.
- No, ale dzięki temu, wyciągnęli mnie z ancla! Bo biję wszystkich!
- Sam Hewlett wiesz, twojej ciekawości poniżej pasa, nie mogło nic innego powstrzymać, jak zdrowe uderzenie! – roześmiał się Wenom…
- No, dobra a skąd wiesz, co ja chciałem zrobić?
- Idź ty w cholerę, miano największego zboczeńca w tym terenie dzierżę ja! I nie oddam! – krzyknął. – Deszczu dobrze o tym wie! Gadać dalej, może ciekawszych rzeczy się dowie pan Ray! Że może Hewlett jest gejem!
- O, to ja się tu zwierzam z moich heteroseksualnych wspomnień, a ty mi tu mówisz że jestem pedałem!
- Ale to by tłumaczyło fakt, że nie masz żadnej panny! – wypiszczał Wenom, nie wierząc w swój cwany intelekt. Tak to nazwijmy, bo w zasadzie on go bardzo rzadko używa.
- Ty też nie! – zawtórował mu Hewlett.
- Może jesteście parą? – mruknęłam.
Wszyscy zaczęli się napadowo śmiać.
- Ja się zaraz zleję ze śmiechu! – jęknął Wenom.
- Dajcie mu pampersa! Wenom, poczuj tampon! – krzyknęłam.
Cały Brecht przerwał jakić sztywniak, o gejowskim wyglądzie, z jakąś dziewuchą i magnetofonem. Alfons i … (nie zdążyłam pomyśleć):
- Hej, jak nie tańczycie, to oddajcie salę!
- Put your hands on my tummy, and take the key, babe! By mouth! – zaintonował Hewlett. Pedziowo jak stąd do Meksyku.
- Sory bro, mam nadzieję że nie jesteś gejem. Sala obok zdaje się być wolna, czemu nie pójdziesz tam? – zapytałam, śmiejąc się z reszty. – Przepraszam za kolegę, on chyba skręcił nie to co trzeba, jakiś proszek do prania albo kurwa Gazetę Wyborczą.
- Banda idiotów, nie wiem co wciągaliście, ale powiem to Klimczukowi!
- Marihuaen! – odparł Wenom.
- Śmiało, idź, pozdrów go! – krzyknęłam, trochę nieświadoma w tamtej chwili co w zasadzie ja wyprawiam.
Za jakieś 10 minut wkroczył… batalion żandarmerii na czele z Klimczukiem. W pierwszej chwili zaczęliśmy się śmiać, (boże jak śmiesznie, zaraz się kurwa zesram ze śmiechu) ale jak Klimczuk powiedział – ta kobieta to agresor, 4 ancle conajmniej, wszyscy komando – to się lekko mówiąc, posraliśmy w gacie.
- No nieeeee, ten gej serio tam poszedł? – ryknął Wenom.
- To karnawał is gettin’ started? – dodał Hewlett głupio.
Sprawialiśmy wrażenie nieźle nachlanych, albo dobrze przyćpanych. Żandarmeria chciała nas wziąć siłą, na co zaprotestował Ray, ale oni uznali, że skoro jesteśmy naćpani, to i też nieprzewidywalni. Dlatego się nie cykali.
Trafiliśmy do szpitala wojskowego, gdzie dyżur miał Ceron. Kiedy wszedł na salę i zobaczył nas, a w szczególności Hewletta, to upuścił rękawiczki.
- Chcemy rozmawiać z ordynatorem. – rozkazał żandarm.
- Hee… - parsknął i uśmiechnął się Jeff. – To są ci naćpani?
- Tak, ale my rozmawiać z ordynatorem, tu i teraz! – zawtórował. Tak nawiasem mówiąc, to oni chcieli rozmawiać z ordynatorem dlatego, że gdy znajduje się przyćpanego żołdaka, to o ile jest jakoś ustawiony, o tyle generał będzie dbał żeby nic nie wypłynęło na ten temat. Tego ma dopilnować ordynator. A zgadnijcie kto nim jest.
- No, to nie jest zbyt możliwe… - odparł Ceron, powstrzymując śmiech i spoglądając w czubki swoich butów.
- Dlaczego? - warknął żandarm jak rasowy rottweiler.
- Bo to ten kudłaty Węgier którego ściskacie. – nie wytrzymał i zaczął się ćmiać gdy to mówił, wkładając kolejne rękawiczki.
- Taaak to jaaaa, typ niepozornyyyy… - Doug zaczął udawać Stachurskiego.
- Niepokorny, ćpunie. – poprawiłam typa.
- Eeej Ceron, jak mam fryzurę na Elvisa, to nie znaczy, że jestem od razu kurde kudłaty! - informacje dotarły do Presleya ze znacznym opóźnieniem, no albo jego munio nie poradził sobie z tak wielkim napływem informacji.
- Kudłaty? A gdzie Scooby? Auuu! – dopiero ogarnął wszystko Żmija.
- Akurat na załogę pogromców to wy się nadajecie. Jak Deszczu do koła gospodyń wiejskich.
- Powiedziałabym ci żebyś spierdalał, ale w sumie to masz rację. - burknęłam porozumiewawczo.
- No Welmy nam brakuje… ale Wenom jest goootów się poświęcić, swoje przeżył, czas na kastrację, zamykamy punkt rozpłodowy klaczy. – pogłaskał Wenoma Hewlett.
- Ale to Ray nosi okulary!
- No, ale Fred i Dafne to para…
- A to sory, zwracam honory…
Wszystko przerwał żandarm.
- Widzi pan, panie doktorze, musieli coś brać!
- Nie sądzę. – pokręcił głową. – Znam ich.
- To proszę uruchomić laboratorium. I jakąś załogę.
- Załoga G! – krzyknął jeden.
- Punkt G! - krzyknął drugi.
- Tylko, że ordynator ma do tego uprawnienia. – odparł Ceron.
- Stanowczo zezwalam! – powiedział ordynator.
- Ech… w takim razie, wzywamy policję… - zdenerwował się Truskawka.
- Uuuuuu… - zawyliśmy bez szacunku.
- Rym cym cym, będzie dym. - skwitował Wenom piskliwie.

1 - nogach

Here I am, once again I’m torn into pieces - can't deny it, can't pretend... just fuck up something done.

Po kilkunastu minutach przygotowano telewizor i puszczono film, przy mnie, świadkach i Randallu, oraz policji i delegowanych od żet wu. Wszystko się wyjaśniło, bo wszystko było dobrze widać. Siedziałam na sali, na zewnątrz zdegustowana jak Mckayla Maroney a wewnątrz jak Sasha Grey oglądająca swój debiut w branży1. Hewlett spytał czy wszystko okej na muniu, ja odparłam zdawkowo, że raczej tak i podwinęłam kolana na fotelu, przytulając się do nich. Tak, taki emowski zawis nad swoją nieudolną dolą. Randalla chyba zamkną, a ja siedziałam dalej, coraz bardziej osamotniana przez kolejnych mundurowych. W końcu zostałam sama jak pierdolony Chuck Noland w Castaway'u, na początku sali, a na końcu moralności. Było mi niedobrze. Cały czas. I tylko niechęć sprzątania po sobie w przypadku erupcji rzygów mnie powstrzymywała od tego czynu.

Zdawało mi się że nikogo tu nie ma.
W tej samej chwili ktoś oparł się nade mną jak Randall.
Ale to nie Randall. To Ray.
- He didn’t did you harm? Nie zrobił ci krzywdy? – zapytał, głaskając mnie po głowie.
Natychmiast obróciłam się i stanęłam na fotelu, przytulając go. Boże, w tej chwili nie pomyślałam w żadnym wypadku CO GDYBY ktoś to widział. Nie. Ściskałam to kochane cielsko, próbując nie ryczeć (bo ryczeć oficerowi nie przystoi), próbując zgasić emocje, no i nadal mając na uwadze to żeby się nie porzygać.
Kątem oka zobaczyłam zaciekawionego sytuacją Klimczuka, spoglądającego w naszą stronę. W tamtej chwili, miałam to kompletnie gdzieś. Niech mnie wywala. No niech mnie wypierdoli na podrapany, zbity ryj. Jebie mnie to. A przynajmniej w tej chwili.
- … he didn’t, but I was close to did harm to him… ...nie zrobił, ale ja byłam blisko zrobienia mu krzywdy … - mruknęłam zgrywając W-pytę-supermena.
- My little fighter. Mój mały wojownik. – szepnął, patrząc mi prosto w oczy, z uśmiechem, potem pocałował. Już widzę minę Kliczki. Taaa, to jest to. Nuta zażenowania i trochę wstydu, że siedzi tam i patrzy. Tak jakby siedział w szafie gdy jego córka uprawia seks.
- Let’s get outta here, my boss is sitting on the end of this room. He’s toungue-tied. Wynośmy się stąd, mój szef siedzi na końcu tego pokoju. Jest zażenowany.
- Right. Jasne.
Wyszliśmy z sali za rękę, i jaki cudowny traf był, (o kurwa!) że trafiliśmy na żandarmów prowadzących Randalla. Miny ich trzech były niesamowite, a ja dla wzmocnienia efektu, namiętnie pocałowałam Ray’a, który był zdumiony moim zachowaniem. No bo ja tak nie mam. No nie jestem ani wulkanem namiętności, ani wanną romantyzmu. Może trochę jestem niemą cipą. Nie mówię zawsze tego, co mi ślina na język przyniesie. Ale za to nie jestem zboczonym megakutasem jak Wenom. Trzeba znać złoty środek.
Z szyderczym uśmiechem spojrzałam się na udupionego przeze mnie Randalla, a żandarmi z rozdziawionymi koparami spojrzeli po sobie. Musiałam jeszcze wrócić do gabinetu po klucze, i po drodze spotkałam moich świadków, widząc nas oboje, uśmiechnęli się szeroko.
- Honey, why they are just smiling, not like everyone with eyes outta face? Kochanie, dlaczego oni tylko się uśmiechają, a nie jak wszyscy z oczami na wierzchu?
- Because they know, babe. Bo oni wiedzą, kotku.
Ray zmarszczył brwi i sam sobie przypomniał że powiedział Hewlettowi, co powiedział. Wzięłam kluczyki i wyszłam dziarsko z gabinetu.
- Okay, now don’t laugh because of my car. That’s not my failure. Okej, a teraz nie śmiej się z mojego samochodu. To nie ja nawaliłam.
Właśnie. Jak oboje zobaczyliśmy mój samochód w dziennym świetle, ja zrobiłam minę Not Bad, a Ray powstrzymując się od śmiechu, odwrócił się, zakrywając usta.
- Nie jest tak źle. – powiedziałam. – And you, my lovely villain, you had to not laugh. A ty, mój kochany zdrajco, miałeś się nie śmiać. – roześmiałam się, targając go za czuprynę.
- I’m sorry… (śmiech) but I didn’t know that you do paintings on your car. Przepraszam... ale nie wiedziałem że malujesz na swoim aucie.
- This car is love of my life. Like when you would dye your hair and get shitty tattoos on your all body. Ten samochód to miłość mojego życia. Tak jakbyś pofarbował sobie włosy I zrobił gówniane tatuaże na całym ciele. – wsiadłam do samochodu.
- Well, you know what I think? Love of your life must be only one, I’m very jealous… Ech, wiesz co myślę? Miłość twojego życia musi być tylko jedna, jestem zazdrosny...
- You require more time, than he. Wymagasz więcej czasu niż on.
- Rather it. Raczej to.
- It’s he. Chevrolet Camaro, masculine. Be careful of glass. To on. Chevrolet Camato, rodzaj męski. Uważaj na szkło.
- Sure. What you did last night, that it… sorry, he is painted and punched? Jasne. Co robiłaś poprzedniej nocy, że to... przepraszam – on jest pomalowany I stuknięty?
- I wanna know, too. Też bym chciała wiedzieć.
- Oooh, honey, bad truth – alcohol? Oj, kochana, brzydka prawda – alkohol?
- If only. Gdyby tylko.
Ray popatrzył na mnie zdumiony i wesoła mina zmieniła się na posępną i zdenerwowaną.
- Drugs, again? Znowu narkotyki? – zapytał, ukrywając chyba swoją wściekłość. Bardzo udanie, jak widzę.
- Oh, it was laaast tiiime. Oj to był ostatni raz. – jęknęłam. – But there’s worse truth. Ale jest coś gorszego.
- I’m listening, like on confession. Słucham, jak na spowiedzi.
Spojrzałam się na Ray’a i znów na drogę.
- You know, what cocaine does with people. Wiesz co kokaina robi z ludzi.
- I know. Very stupid. Wiem. Bardzo głupich (ludzi).
Spojrzałam się znów na Ray’a, lekko zezłoszczona.
- Okay, let it be, stupid. But it makes people … more confident. Dobra, niech będzie, głupich. Ale sprawia że ludzie są... bardziej pewni siebie.
- Yes. And? Tak. I?
- This Randall was picking up me, and I don’t remember what it was. He gave me… Ten Randall mnie podrywał a ja nie pamiętam co to było. Dał mi...
- That I know. And there’s the point, why you shouldn’t and better – can’t take drugs. It’s on your laundry list, to do. To wiem. I to powód dlaczego nie powinnaś I lepiej – nie możesz ćpać. To jest na twojej litanii.
- So, what you did of your laundry list? No to co zrobiłeś ze swojej litanii?
- I’ve resigned of CIA. Zrezygnowałem z CIA.
(bulszit, to nie ludzie rezygnują z CIA, to CIA rezygnuje z nich, hehe)
- Well, it was very important, and… No, to było bardzo ważne, I...
- And what you did from your laundry list? A ty co zrobiłaś ze swojej litanii?
- … I’m trying not to smoke… not too much. Staram się nie palić... za dużo.
Ray spojrzał na mnie z politowaniem.
- I understand that you are going home with me, right? Rozumiem że wracasz do domu ze mną, tak?
- Yes. Tak.
- And you wanna me to stay, right? I chcesz żebym został, tak?
- Right. Tak.
- How long you want to? Jak długo?
Spojrzałam się na Raya jakby tym pytaniem chciał wymusić na mnie obrzydliwie wazeliniarską i romantyczną postawę „CHCĘ ZOSTAĆ Z TOBĄ DO KOŃCA MEGO ŻYWOTA, MÓJ TY ROMEŁO”.
- Till I won’t get bored with you. Dopóki się tobą nie znudzę. – zaśmiałam się. Jestem pokładem gówna, a nie romantycznych motylków.
- So, you will have short course of not taking drugs, you know? No, to będziesz miała krótki kurs nie-brania narkotyków, wiesz?
Weszliśmy do mieszkania.
- Where you have your little arsenal… huh? No to gdzie jest twój mały arsenał, hę?
Podeszłam do fototapety z muzykami i odkleiłam twarz Rogera Watersa. Tam znajdowała się dziura, w ramie, gdzie przechowywałam to, czego nikt oprócz mnie, nie miał prawa znaleźć.
- Take these all. Bierz te wszystkie.
Wyjęłam garśc koki.
- That’s all? To wszystko?
Wyjęłam dwa blistry lsd.
- Are you sure? Jesteś pewna?
Ściągnęłam cały obraz i wytrząsnęłam całość z ram. Następnie wszystko pozbierałam, w miarę możliwości.
- Where’s your bathroom? Gdzie jest twoja łazienka?
Palcem wskazałam drzwi do łazienki.
- Come with me. Chodź ze mną.
Oboje nachyliliśmy się nad muszlą.
- You know, what to do. Wiesz co robić. – spojrzał na mnie wymownie.
Z łezką w oku wyrzuciłam mój dobytek… Ray objął mnie z tyłu i położył głowę na moim ramieniu.
- Well, that’s love, honey. Throw something what you like, for somebody that you love. No, to to jest miłość kotku. Rzuć coś co lubisz, dla kogoś kogo kochasz.
- Please, stop this talking, antiterrorist. No proszę, przestań gadać antyterrorysto. – warknęłam, odwracając się do rozbawionego Raya.
- Antiterrorist? Antyterrorysto? – odparł, śmiejąc się. – Be my terrorist, please… Bądź moim terrorystą, proszę. - dotknął moich ust.
- Cuff me, del tigre.



1 W branży porno rzecz jasna.

wtorek, 16 września 2014

GURLZ JUST WANNA HAVE FU-UN

Jest 3:30 i dalej nie mam tego papierka. Co chwilę dzwoniłam do Hewletta od godziny, w końcu powiedział, że jestem na priorytecie, i że ktoś doniesie mi te wyniki, wsunie pod drzwiami.
3:58. Jestem totalnie wkurzona i już układam w głowie, jak to rozegrać, przełożyć… Najwyżej będę zwlekać najdłużej jak się da, albo wyskoczę z jakimiś kobiecymi problemami…
W tej samej chwili zapukał ktoś do drzwi, pełna nadziei otwierałam drzwi, że to wyniki, natomiast mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam Randalla. Wszedł i usiadł znowu na moim fotelu.
- Undress… Rozbierz się.
- You don’t wanna rather… Nie wolałbyś może...
- … just undress. Tylko się rozbierz...
Spojrzałam na niego i głęboko westchnęłam. Zdjęłam marynarkę i powiesiłam na wieszaku. Cały czas czułam na sobie jego wzrok. Poluzowałam krawat i spokojnie zdjęłam go z szyi, gdy Randall, trochę zniecierpliwionym głosem, poprosił abym podeszła do niego.
Stanęłam przed nim jak wryta, wpatrując się w ścianę za nim. On rozpiął mój pasek i spojrzał na moją twarz. Pociągnął za oba końce, jak konia za wodze, co spowodowało to, że oparłam się na nim.
- Sit on my knees. Astride. Siądź mi na kolanach. Okrakiem.
Przełknęłam ślinę, i miałam ochotę zapaść się pod ziemię. W myśli tylko jedno słowo. Dziwka. Dziwka. Dziwka. Dziwka. I nie myślałam o sobie. Bynajmniej! Myślałam o Randallu.
Spojrzałam z stronę drzwi i chciało mi się płakać.
- I said, sit on my knees. Powiedziałem, siądź mi na kolanach.
Trochę zdezorientowana, spojrzałam na niego i zrobiłam to, co mi powiedział. Czułam się strasznie niekomfortowo w tej sytuacji.
- You had never did striptease, as I saw, you know? Nigdy nie robiłaś striptizu z tego co widziałem, wiesz? – zaczął mówić do mnie, rozpinając mi koszulę. Gdy już to zrobił, wsunął dłonie pod nią i obmacał całe moje tułowie, masując biodra i biust.
Nie skomentował niczym, poza jakimś dziwnym dźwiękiem zadowolenia. Dziwka, dziwka, dziwka!
Przewróciłam oczami, milcząc. W duchu, tliła się jeszcze nadzieja na wyniki, ale coraz bardziej nachodziła mnie myśl, że po prostu trzeba będzie się zeszmacić. Trudno, nie mam wyboru.
Kiedy Randall zaczynał się dobierać do stanika od frontu, wiedziałam, że już nie ma ratunku. Całe napięcie, jakie we mnie było, w oczekiwaniu na list, odpuściło…
- …you feel him? … czujesz go? – zapytał Randall, rozkoszując się … mną.
- …yeah, sir… … tak, sir …
- Dean, remeber it, because you will scream this name soon. Dean, zapamiętaj to, bo będziesz niedługo krzyczeć to imię.
DZIWKA, DZIWKA, DZIWKA, DZIWKA!
W tej samej chwili pod drzwiami pojawiła się brązowa koperta. I w tej samej chwili chciałam zeskoczyć z Randalla, lecz on trzymał mnie dosyć mocno. Przybliżyłam swoją twarz do niego, i zrobiłam to samo co on mi. Ugryzłam go w ucho, ale o wiele, wiele mocniej. Wtedy puścił i upadłam na podłogę obok mojego fotela. Randall pokręcił głową i rzucił się na mnie. Upadł głową na mój brzuch, w jednej chwili odsunęłam się w tył, aby stłuc mu głowę z obu stron kolanami. Biedakowi to wcale nie pomogło, ja zwiałam w kierunku biurka po moją koszulę, i jednocześnie ją zakładając, kopnęłam mój fotel w biegnącego Randalla, co go powstrzymało na krótką chwilę. Zgarnęłam kopertę i próbowałam otworzyc zablokowane drzwi, kiedy Randall złapał mnie od tyłu. Natychmiast się obróciłam, kopnęłam tam gdzie zasługiwał, przyłożyłam w zgiętego łokciem, a gdy próbował ostatni raz mnie dorwać, złapałam jego krawat (och jak weselnie) i zakręciłam nim, robiąc sobie karuzelę. To go wykończyło i ze strachem w oczach podbiegł do zamkniętych drzwi, krzycząc i błagając o pomoc.
- Now, you know? Black and red hats are impetuous. A teraz wiesz? Czarne I czerwone berety są porywcze. – mruknęłam, z szyderczym uśmiechem, wyciągając kopertę i broń. - … so, you want be accused in case of attempt of rape, molestation and mobbing, or you wanna die in case of self defense? Frankly? I would like this second, I hate perverts like you… … więc, chcesz być oskarżony o próbę gwałtu, molestowanie I mobbing, czy chcesz umrzeć w akcie samoobrony? Szczerze? Wolałabym to drugie, nienawidzę zboków takich jak ty... - wykrzyczałam.
- You’re fruitcake, my strawberrie. Jesteś porywcza sztuka, truskaweczko. – odwrócił się, opierając się o drzwi. Na słowo strawberrie, strzeliłam kilka centymetrów w dół od jego krocza, ponieważ akurat stał w rozkroku, to nie celowałam w głowę.
- Not your strawberrie, Dean. Nie twoja truskaweczko, Dean. – warknęłam, ale ze spokojem. – Tępy chuj. – splunęłam. Po strzale, drzwi się otworzyły, Randall wyleciał przez nie, prosto na podłogę korytarza i czym prędzej się wyczołgał i pobiegł w kierunku żandarmerii, która kroczyła w moim kierunku. Ich dowódca wymownie pokazał abym rzuciła broń, poprzez klaśnięcie w opuszczoną dłoń i wskazanie w kierunku podłogi.
- Dobra, już, dobra. – jęknęłam, przyciskając zamki od magazynka, który potem samoistnie wyleciał. – Nie będę rzucać, bo jeszcze się porysuje.
Na korytarz wbiegł Klimczuk, z miną gorszą niż zwykle miał w takich sytuacjach, bo niecodziennie, dochodzi u nas do strzelanin w środku.
- Deszczu, co to kurde ma być?! – wykrzyczał. – Jak ty jesteś ubrana?
W rzeczy samej – rozpięta koszula i z lekka opadnięte spodnie.
- Och, rzeczywiście. – zapięłam jeden guzik ze zdegustowaną miną.
- Oddaj broń. – wyciągnął rękę w moją stronę.
Spojrzałam się na niego spode łba i przewracając ją w jednej dłoni, jak rewolwerowiec z dzikiego zachodu, oddałam Berettę.
- … i idziesz razem z żandarmami. – zarządził.
- Ale za co? – krzyknęłam mu w twarz.
- Za niewinność, jak zwykle. – mruknął, oddając Berettę żandarmowi. – Co tam pieścisz w dłoni?
- Nóż. – wycedziłam przez zęby ze wściekłością. Klimczuk wyciągnął rękę ponownie. Furiatycznie zaczęłam go podrzucać w ręce i w końcu go oddałam.
- I co jeszcze, Franiu? – powiedziałam w podobnym stylu, jak poprzednie zdanie.
- Co to za koperta?
- A jesteś po stronie Randalla czy po mojej? – zwęziłam powieki.
- Po żadnej.
- Czyli po Randalla. To jest moja karta przetargowa, pieprzona polisa ubezpieczeniowa, arka Noego, tfu! Arka Przymierza, dzięki której nie trafię do więzienia.
- Pokaż co to.
Wyciągnęłam kartkę z koperty i pokazałam Frankowi. Nie patrząc na wyniki, wypaliłam.
- Zobacz sobie ‘inne’ i sprawdź czy nie ma tam rufiliny.
Na słowo rufilina, Randall zerwał się żandarmom i zaczął się szarpać, krzycząc że chciałam go zabić. Odwróciłam się do niego:
- Opanuj dupę, masz rację, nawet nadal mam na to ochotę, jebany wieprzu z punktu kopulacyjnego.
Franek spojrzawszy na mnie przez chwilę, chyba kontemplując ten dziwaczny epitet, nie odzywał się przez chwilę. Ale potem przerwał milczenie wieprzów. OWIEC!
- Jest, pisze że śladowe zawartości. No i co w związku z tym?
- Wiesz co to jest rufilina, panie Mądry?
Klimczuk spojrzał na swojego asystenta, który krótko wzruszył ramionami.
- Rufilina to inaczej tabletka gwałtu. – krzyknął Hewlett ze zebranych gapiów. – Ja, We… to znaczy Sebastian Żmijewski i Jakub Rawiński byliśmy świadkami próby gwałtu na niej przez tutaj obecnego podpułkownika Deana Randalla, wczoraj u Stefana.
Klimczuk spojrzał groźnie na nas i potem na Randalla, który nie wiedział nawet że właśnie wytoczono mu oskarżenie.
- Mało tego! – krzyknęłam. – Zapraszam do gabinetu żandarmerię, po płyty z nagraniami z dziś, gdzie wyraźnie widać, jak kolega Randall mnie mobbinguje i molestuje. Starczy już, czy może jeszcze coś dodać od siebie?
Żandarmi, przyzwyczajeni zawsze że wina jest po mojej stronie, poszli do mojego gabinetu i zabrali płyty.

- Pomimo wszystko, musimy cię zabrać. I was, jako świadków. – powiedział żandarm.