Chanka

Chanka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cholera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cholera. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 listopada 2014

Dance me to the end of love

- I don’t wanna remember! I don’t wanna! I love you, I’ll tell ya’! Not Greg Taylor… it was Taylor, only Taylor… he Taylor. I… I have been drunk… drunk because of you, but it’s not your guilty, I didn’t tell this. I… Nie chcę pamiętać! Nie chcę! Kocham cię, powiem Ci! Nie Greg Taylor... to był Taylor, tylko Taylor... on Taylor. Ja... ja byłem pijany... pijany przez ciebie, ale to nie twoja wina, tego nie powiedziałem. - znów się łamał. Jego emocje przypominały sinusoidę, chwilę był na haju, gdzie krzyczy, potem popada w płacz… KURWA, CZY ON POWIEDZIAŁ "HE"?
- I didn't know that someday and someone... called a man could make me feel like he wasn't a man. It was once, but I'm not gay. Nie sądziłem że któregoś dnia ktoś... kogo nazywa się mężczyzną może sprawić że poczułem się przy nim jak nie przy mężczyźnie. To było raz, ale nie jestem gejem.
- Don’t speak… Już nic nie mów. - urwałam.
- …I … I should, I should tell you! I should! ... Ja ... Ja powinienen, powinienem ci powiedzieć! Powinienem! – zaczął łkać.
- Don’t… Nie... - szepnęłam.
- … I sho-uld… Po-wi-nienem...
Złamałam się i ruszyłam w jego stronę, Monique złapała mnie za ramię, ja pokazałam jej ręką, że wszystko będzie dobrze. Ona się wycofała, stanęła dalej i przymknęła drzwi. Ja podeszłam odważnie, lecz w połowie, zwolniłam, aby nie wykonywać gwałtownych ruchów, nie wiem czemu takie coś przyszło mi do głowy. Stanęłam przed nim, i myślałam chwilę, czy obok siąść, czy co… Ale on zadecydował. Z łóżka klęknął przede mną i przytulił twarz do mojego brzucha. Zrobiło mi się nie tyle co głupio, to aż dziwnie… zadrżałam.
- You are scared of me? Boisz się mnie? – wyszeptał.
- Ashamed. Raczej jestem zawstydzona. – odparłam. Uśmiechnął się.
- It’s unbelievable hear your voice in your belly… To niewiarygodne słyszeć twój głos w twoim brzuchu.
Chłopie, Ameryki nie odkryłeś.
- …and constrained. I zażenowana. – dokończyłam i zniżyłam się, twarzą w twarz.
- Twice have seen naked, and still…? Dwa razy widziana nago i nadal... ?
- Still. Nadal.
- You’re pure divine beauty. Aphrodite may feel ashamed, standing next to you… Jesteś czystą, boską pięknością. Afrotyda może się przy tobie schować...
- Stop it, I know that you can chatter, chatter and chatter. Przestań, wiem że możesz tak paplać, paplać i paplać. – roześmiałam się.
- Oh, I’ve just only expressed myself… Och, ja tylko wyraziłem swoje zdanie.
Oboje byliśmy rozbawieni, ale chyba zaczął się emocjonalny zjazd.
- … we shouldn’t be together. I did horrible thing. ...nie powinniśmy być razem. Zrobiłem coś strasznego.
- Cheating is bad. Zdrada jest zła.
- It’s not about cheating. Tu nie chodzi o zdradę.
Zlał mnie zimny pot. Miałam już przed oczyma wizję Brandona z The Shame, albo Goslinga z Drugiego Oblicza.
- Xanax… I… I gave it to you, because… cause I wanted you to be devoted to me… I wanted to close doors, and keep you in cage, just for me, only me… I told your friends terrible things about you… to keep you in home. I didn’t want any men looked at you greedily… In real, I did you too much harm. In real – I should drug Xanax. Forgive me, and go away. Forget about me, live your life, you’re perfect woman, I’m sure that somebody will want to change me… Sorry. I’m sick, that’s kinda mental ill, I’m dangerous… Don’t keep me by you… I treated you like parrot in cage, I’ve just got to make you free… Fly babe, fly… Xanax... ja... ja dałem ci go bo... bo chciałem żebyś była przywiązana do mnie... chciałem zamknąć drzwi, i trzymać cię w klatce, tylko i wyłącznie dla mnie... Powiedziałem twoim znajomym okropne rzeczy o tobie... żebyś została w domu. Nie chciałem żeby jakikolwiek mężczyzna spojrzał na ciebie pożądliwie... Tak naprawdę, zrobiłem ci już za dużo krzywdy. Tak naprawdę, to ja powinienem brać Xanax. Wybacz i odejdź. Zapomnij o mnie i żyj swoim życiem, jesteś perfekcyjna. Jestem pewien że ktoś będzie chciał mnie zmienić... Przepraszam. JEstem chory, to taka trochę choroba psychiczna, jestem niebezpieczny... Nie trzymaj mnie orzy sobie... Traktowałem Cię jak papugę w klatce, i właśnie cię uwolniłem... Leć maleńka, leć... - spoglądał gdzieś w powietrze, jakby naprawdę wypuszczał papugę. Na twarzy spłynęła mu łza, która brnąć poprzez jego tak psychicznie wykrzywioną twarz w silny uśmiech, skakała po skórze, niczym młody koliber. W dłoniach trzymał moje dłonie i ustawicznie je głaskał. Ten jego omotany wzrok, ta łza, i jej ślad… ta cała sytuacja, była tak psychodeliczna, jak cała dyskografia Pink Floydów razy dwa...dzieścia milyjonów pisiont tysięcy.
- Now, you do me harm. No, teraz to mnie krzywdzisz. – jęknęłam, podobnie jak w szpitalu, pół roku temu.
- It’s better to take harm once, and not being harmed till the end of life. Lepiej przyjąć krzywdę raz, niż być krzywdzonym do końca życia. – odparł, przykładając rękę od mojej twarzy. – Don’t cry, and don’t touch me anymore. Let’s kill this feeling together. Nie płacz i nie dotykaj mnie już więcej. Zabijmy to uczucie razem.
Wybiegłam z płaczem. Monique spojrzała na mnie, pobiegła za mną i mnie zatrzymała.
- He did you something?! He did?! Zrobił ci coś? Zrobił, no? – trząsła mną.
- No! … yes, but no, nevermind! Nie! ... tak, ale nie, nieważne! – jęknęłam.
- What he had done?! Co on zrobił?!
- Just want to say good-bye forever… Tylko chce powiedzieć żegnaj na zawsze... - załkałam. – I’m sorry! I gotta go! Przepraszam! Muszę już iść! – skierowałam się do drzwi i jak naćpana, stoczyłam się po ścianie, na sam dół. Ze spuszczoną głową, stanęłam na środku chodnika, spojrzałam w górę, gdzie gwiazdy spadały jako mokre krople. Znów opuściłam głowę i idąc środkiem drogi, powędrowałam w stronę Bay Bridge.
Usiadłam na barierce i zaczęłam rzucać kamiorami w wodę. Tak upuszczałam, jeden, za drugim. To nie były zwykle kamiory. Potem zaczęły to być pamiątki po tym wspaniałym roku, broszki, chustki, jakieś duperele, zdjęcia, prezenty. Nie byłam już zdenerwowana. Byłam załamana we wszystkich możliwych miejscach. W końcu chyba opróżniłam torbę ze wszystkiego, co nie było niezbędne do powrotu do domu. Razem z tymi rzeczami, upadały i topiły się wspomnienia, moje uczucie, łzy… Na moście samobójców, w San Francisco.

Drżącymi rękoma przeglądałam kieszenie, i znalazłam taką karteczkę… widocznie wcisnęła mi ją Monique, bo napisane było na niej – on zwariował z miłości, pisze to dzień w dzień, na każdych nutach, w każdej książce, a nawet na rachunkach… Pomyślałam tylko: „To, co było w Vegas, pozostaje w Vegas.”

To co było we Frisco, pozostało we Frisco.

wtorek, 28 października 2014

NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE ODNAAAAAAAAAAJDZIE WINCYJ NAS... TA SAMA CHWIŁAAAAAA

Popatrzyłam się z uśmiechem na Jakuba.
- Na serio. – krótko westchnęłam.
Kuba spojrzał się na mnie krytycznym wzrokiem, skinął głową i zaczął dalej obserwować ulicę, jak na kierowcę przystało.
- Tak chcesz lizać rany? – spytał, co chwila na mnie spoglądając. Nerwowo w chuj.
- Myślę, że jest to dobrym lekiem. A ty odpowiednim lekarzem. – mruknęłam, spoglądając na okno.
- Na jakiej podstawie tak sądzisz?
- Nie jesteś dziwkarzem. Doskonale rozumiesz kobiety, ich problemy i uczucia. Nie jesteś też gejem. Jesteś kolejny, taki z lekka idealny. Tylko nie mów mi o sobie strasznej prawdy, dobrze? – zaczęłam mazać paluchem po szybie.
- Nie mam strasznej prawdy. Takiego jakiego mnie znasz, taki jestem. Nie mam nic do ukrycia, może po za tym, że nie miałem okazji przelecieć stada lasek, jak Wenom, czy twój były. – odparł cicho.
- Jesteś … jesteś zielony w tym temacie? – uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Trochę. – westchnął lekko ze wstydem.
- To jak ja… - parsknęłam śmiechem.
- Nie no, ty podobno miałaś wspaniałego kochanka, rozumiem, że od kolejnych wymagałabyś czegoś więcej, niż od poprzedniego.
- Może nie tyle więcej, co czegoś innego. Może właśnie delikatnej miłości, nie napastliwej i gwałcącej, tylko lekkiej i pobudzającej zmysły. A może nie wymagam niczego. – westchnęłam znów, rozmarzona. Kuba zamilkł i krytycznie tym razem popatrzył na ulicę.
- Jeśli nawet bym się zgodził, to czego byś oczekiwała? – spytał niepewnie.
- Ja nawet nie potrzebuję seksu. Chodzi mi tylko o czułość i delikatność. To bycie. A tamto powyżej, może być takim dodatkiem, ciekawym urozmaiceniem… Chociaż, i może to jest to, ten zakazany owoc, dalej kusi…
- Czyli nie oczekujesz, abym poszedł z tobą do łóżka? – zaczął kombinowa, gestykulując rękoma.
- Powiem ci, że nie, ale w głębi duszy, liczę na to.
- Kobiety… mówią nie, myślą tak. – uśmiechnął się.
- Mężczyźni … niby zawsze gotowi, lecz odmawiają. – roześmiałam się, rechocząc.
Jakub spojrzał się na mnie po raz kolejny.
- Mogę z tobą zostać, ale nie licz na nic więcej. Nie taki jestem.
Zagryzłam wargę z uśmiechem.
- Zapłacę ci, jeśli chcesz. – roześmiałam się.
- Nie. – roześmiał się i on. – Nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że … ech... - westchnął głęboko. Spojrzałam mu w oczy.
OOOO JAAAA WIELKI KRASNOLUD SZCZERZY SIĘ ZA OCZAMI.
- Coś cię dręczy? – spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
- Widzę że ciebie coś dręczy.
- Nie, ciebie bardziej. Ta paplanina to jak robienie perkusji z pozytywki. Przekręć kluczyk i powiedz co masz do powiedzenia.
- To jest trochę ciężkie do...
Uśmiechnęłam się pod nosem i odchrząknęłam.
- Ciężkie to są walizki.
Jakub hurr-durr-nął coś pod nosem, ale nic złożonego nie powiedział. Nawet równoważników zdań. W ogóle było to niespójne, nielogicznie, jak matura z polskiego napisana przez małpę.
- Wiem, że to nie jest odpowiedni moment na takie oświadczenia… - odchrząknął.
- Jest, jak najbardziej. – zaczęłam machac rękami, z miną not bad.
- Nie jest. Nie jesteś gotowa na to. Ani ja.
Poderwałam się na fotelu jak bachor z ADHD na widok śmiej-żelków.
- O ja cię nie pierdolę, teraz to musisz powiedzieć! - ryknęłam z werwą. Jeśli on TAK powiedział, że ja NIE JESTEM NA TO GOTOWA, to to musi być coś cholernie ważnego i delikatnego.
- Jesteś pijana, pójdziesz spać, źle to przyjmiesz. Porozmawiamy kiedy indziej.
- Powiedz to. Po prostu.
- Nie. - hurr-burrnął po raz drugi. Z zaciśniętymi wargami rzuciłam się do schowka, porozrzucałam pirackie płyty, i o tak. O TAK.
Jeb w odtwaracz, piosenka numer 1, rok 1992, Becia powie to za mnie!


Kuba spojrzał na mnie takim... eee... wzrokiem. Ciężko powiedzieć jakim. Takim pustym, ale z krztą czegoś w stylu "omujborze, wydało się". Skryty strasznie jest, wiecie o tym, a teraz mu się średnio udaje.
Do końca drogi nie odezwał się ani słowem. Becia przeleiała, przeleciało stado Cyganów na Cyganach, i cisza, 4 i 33 jak w ryj strzelił.

Wypatoczyłam się z samochodu, chyba już tak bardziej trzeźwa. Jak żółw łomotałam się do wejściowych, słusznie zauważył (tzn. nabrał się) że sobie nie poradzę, toteż poszedł za mną i otworzył mi kolejne drzwi - od klatki.
Wtedy moje supermoce wróciły, zawinęłam się na pięcie, dałam susa do drzwi i zatarasowałam sobą wyjście.
- Gadaj. - burknęłam.
Minę miał jak skrzywdzone zwierzę. Już nie dawał rady się ukrywać.
- Jeśli już, to nie tutaj. Samochód?
- Mieszkanie. - wycedziłam.

Usiadł na kanapie. Spięty jak plandeka na żuku. Złapałam krzesło, postawiłam przed sobą, siadłam okrakiem i oparłam się na oparciu.
- Słucham.
"Rozmowę" przerywało głuche bicie wiatru o ściankę budynku. Wpatrywałam się w niego, a jego czarne (pod wpływem pory dnia) oczyska łypały po podłodze, jakby nikt nie sprzątał tutaj od roku.

Jeśli by tak stwierdził, to miałby rację.

- Rozmyślam o czasach naszej młodości... - mruknął niepewnie. Chciałam wyrwać - hej! Ja nadal jestem młoda!
Ale tego nie zrobiłam. Zaintrygowało mnie to.
- Byliśmy tylko my, tacy młodzi, szaleni, wolni... - skończył (chyba!) ze świeczkami w oczach. - Nie znasz tego, prawda?
O tak. Dokładnie tak wtedy wyglądałam. Coś mi świta, ale...
- We were young and wild and free... Now nothing can take you away from me... We've been down that road before...
- Ale to już koniec... sprawiasz że wciąż wracam po więcej.
Zamurowało mnie. Tak mnie zamurowało, że siedziałam tam jak kołek, wpatrując się nadal w niego. Chyba zaraz się poryczę. Prawie jak w jakimś romansidle.

UWAGA
Jeśli do tej pory nie kojarzysz (tak jak ja powyżej) o co tutaj do cholery chodzi, już tłumaczę.

To jest piosenka Bryana Adamsa. Następny wers - refren - brzmi tak:
Kochanie jesteś wszystkim, czego pragnę